Temida6
czyli ja i WYMIAR "SPRAWIEDLIWOŚCI"
...
Goście ogółem:
 
10863
Goście aktywni:
 
816
Strefa dla gości:
 
15
<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031





Oddaj głos na mojego bloga!
Aktualna liczba głosów:
 
583
WCZEŚNIEJSZE WPISY TEMIDY6:
Rok 2012
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Kontakt ze mną:
Temat:
Treść:
Podpis:
E-mail:
 
Romans WOLNOŚCI ze SPRAWIEDLIWOŚCIĄ - czy to możliwe?
temida6
Droga usłana cierniami
Słówko o mnie
Używam kremu 35+. Ktoś mnie kiedyś skrzywdził. Przestałam się już go bać, więc walczę o sprawiedliwość przed sądem. Chciałabym żyć jeszcze kiedyś normalnie.
Zobacz mój profil

                                                                          w budowie ...






NOTKI, czyli TEKSTY PISANE W WOLNEJ CHWILI, a czasami z POTRZEBY SERCA
Wymiar Sprawiedliwości zastygł, czyli rozwód po polsku. poniedziałek, 14 maj 2012, 22:32
Niesamowite jest, że droga do sprawiedliwości jest tak wyboista i tak długa.


W moim przypadku, kiedy wydaje mi się, że już pewien etap za mną, okazuje się, że wszystko zaczyna się od początku.

Zwyczajnie, po ludzku "ręce mi opadają".
W mojej sprawie, obecnie dzieje się to samo co, miało miejsce kilka lat temu. Znowu przetrzymywane są akta w I instancji i pomimo moich monitów, nie są przekazywane do Apelacji, celem rozpoznania moich zażaleń.

Od dnia złożenia moich zażaleń minęło już 7 miesięcy, a od drugiego 5 miesięcy i w sprawie nie dzieje się nic.

Powiadomiłam o tym Prezesa Sądu oraz Ministra Sprawiedliwości z nadzieją, że po ich zainteresowaniu „coś” drgnie i pójdzie do przodu.

Jestem bardzo tym zmęczona, ciągłymi monitami, rozmowami, skargami.
Ciągle siedzę przy komputerze i poświęcam czas na sprawy dotyczące spraw okołosądowych, dzieląc ten bezcenny czas pomiędzy moje Iskierki – a doba trwa tylko 24 godziny i trzeba jeszcze znaleźć czas na sen.


Brak mi już słów i sił.

Teraz będę czekała na reakcje Prezesa Sądu i Ministra Sprawiedliwości, no i oczywiście Sędziego orzekającego w mojej sprawie, który nie ukrywa ogromnej niechęci do mojej osoby, za wcześniejsze złożone skargi.


A tymczasem, muszę się psychicznie przygotować do złożenia kolejnych zeznań w sprawie karnej, bowiem Sędzia orzekający w tej sprawie, przyjął kolejny wniosek obrony na przesłuchanie mnie.

Wykańcza mnie to wszystko.
Nie mogę się skupić, jestem rozkojarzona, zdenerwowana i zwyczajnie tym wszystkim przemęczona.
A wokanda w sprawie karnej już w tym tygodniu.

Polska Temida - polska "sprawiedliwość", po raz kolejny. środa, 25 kwiecień 2012, 18:35
Sprawiedliwość! Czy ja jej doczekam?

Na sprawie karnej, po raz kolejny wniosłam o zakaz zbliżania się do mnie i dzieci.



Jako podstawę przedstawiłam Sądowi opinię psychiatry, w której psychiatra sądowy wyraźnie stwierdza, m.in. że badany zagraża bezpieczeństwu dzieci.
Przedstawiłam także gazetę, którą znalazłam w skrzynce na listy z artykułem "Zabił siekierą matkę i siostrę".
Opowiedziałam również o zachowaniach oskarżonego podczas wizyt u dzieci, posiłkując się jednocześnie opinią psychiatry, jako bezspornego dowodu na moje słowa.
Podnosiłam w swojej wypowiedzi fakt, że Sąd w trakcie prowadzenia rozprawy już ponad rok, osobiście nie widzi oskarżonego, nie ma okazji dostrzec jego zachowania, mimiki twarzy, agresji słownej i niewerbalnej oraz innych niekontrolowanych zachowań, w których oparach ja i dzieci jesteśmy zmuszone funkcjonować. Podkreślałam jak bardzo boję się o siebie i dzieci.

Sąd wysłuchał mnie i oczywiście odrzucił, po raz kolejny wniosek o zakaz zbliżania się do mnie i dzieci.



Uzasadniając swą decyzję usłyszałam, że przecież oskarżony nie utrudnia toku procesu (nie stawia się wprawdzie do sądu, ale to jest jego prawo), więc stosowanie środka zabezpieczającego jest bezzasadne.
Według opinii psychiatry stwarza on jedynie zagrożenie dla dzieci i tylko dla dzieci, więc sąd karny nie będzie wchodził w kompetencje sądu cywilnego/rodzinnego, a sprawa ta dotyczy relacji oskarżonego i pokrzywdzonej, a nie dzieci.
Co do przedstawionej przeze mnie gazety, sąd nie umiał się wypowiedzieć, gdyż na tą okoliczność nie miałam świadków.

Reasumując, wyszłam z sądu załamana, niezrozumiana i przestraszona.
Nie wierzyłam w to co usłyszałam.

Po co w mediach głosi się wszelkie postulaty ochrony kobiet zgwałconych, samotne matki wychowujące dzieci dotknięte przestępstwem znęcania.


Po co? Pytam.               
             


Po co wmawiać odbiorcom takich wiadomości i mamić ich, że w razie potrzeby mają zapewnioną pomoc - skoro to wszystko nieprawda!!!

Czy ja lub moje Iskierki otrzymamy ochronę, dopiero wtedy, kiedy wydarzy się kolejne nieszczęście?
Czy to, co się wydarzyło, to jest już nieważne, bo wydarzyło się 6 lat temu?

Ile lat jeszcze będę walczyła o sprawiedliwość i kiedy łobuz poniesie karę za znęcanie się i gwałty?

Kiedy to w końcu się skończy? Nie mam już sił.


... sobota, 21 kwiecień 2012, 22:31
Klucz do wczorajszego dnia:
13.200 + 2.629 + 2.264

Wiadomość w skrzynce na listy środa, 11 kwiecień 2012, 07:35
Znowu się zaczyna. Już jakiś czas temu to przerabiałam.
Zapomniałam, uspokoiłam się, straciłam czujność.

Teraz znowu powraca.
Wczoraj znalazłam w skrzynce na listy, część gazety EXPRESSu z dnia        2 marca 2012r.
W pierwszej chwili pomyślałam, że to kolejna marketowa reklama i miałam zamiar wyrzucić ją do kosza. Jednak wzięłam ją bezwiednie do torebki.

W wolnej chwili, kiedy zaczęłam czytać, uświadomiłam sobie że to jest wiadomość dla mnie.
Tytuł jednego artykułu brzmiał: "Zabił siekierą matkę i siostrę".

Boże - pomyślałam ... i przestraszyłam się.

Czy on ma zamiar to zrobić, czy tylko chce mnie wystraszyć, przed zbliżającym się terminem wokandy w sądzie?

Nie wiem, co o tym myśleć?
Po prostu
znowu zaczynam się bać.
Wyniki badań z RODK - cz. 1 Opinia sądowo - psychiatryczna czwartek, 05 kwiecień 2012, 20:30
Długo czekałam na te wiadomości. Wczoraj je otrzymałam.


Jestem w posiadaniu odpisu opinii psychiatrycznych, które zostały zlecone w sprawie rozwodowej przez sędziego, (na którego, zresztą, złożyłam skargę). Opinia ta dotyczy mnie i łobuza, od którego nie mogę się uwolnić przez ostatnie sześć lat, gdyż nosi on miano „ojca” moich dzieci.

Mam nadzieję, że kolejna negatywna opinia psychiatryczna łobuza, znajdująca się w aktach sprawy rozwodowej przybliży mnie i moje Iskierki do, tak bardzo upragnionej przez nas, WOLNOŚCI i życia  - nie -  w jego cieniu.


Opinia ta jest bardzo długa, bowiem zawiera w sobie reasumpcję z części rozmowy klinicznej z każdym z nas z osobna.
Czytając ją, oczy otwierały mi się bardzo szeroko. To niebywałe, o czym on opowiadał psychiatrze, ileż zamieścił w swych wywodach wątków, z naszego krótkiego (kilkumiesięcznego) małżeństwa. Nie dziwię się wniosków psychiatry, które odważnie postawił, jak dowiedział się później, że nasze małżeństwo trwało tylko 9 miesięcy. Historie, które on opowiedział, wymagałyby co najmniej pięcio- może sześcioletniego związku dwojga ludzi.

Kiedy psychiatra usłyszał ode mnie (i pewnie sprawdził to w aktach sprawy), że czasokres naszego małżeństwa to ciąża i okres popołogowy – miał już pewność, że badany perfidnie kłamie i zmyśla, bowiem jego opowiedziana historia nie mogła się wydarzyć w tak krótkim czasie i w okresie mojej ciąży.



Co więcej, wymyślane przez niego historie, całkowicie odbiegają od zebranego materiału dowodowego. Pojawiły się w jego wypowiedziach wątki, o których nigdy nie powiedział przez 6 lat toczących się spraw, a które – gdyby były prawdziwe – powinny już dawno znaleźć się w aktach sprawy.

Mając w rękach tę opinię czuję spokój i ulgę, choć znając życie i stosunek sędziego do tej sprawy, nadal boję się, że sędzia po raz kolejny nie weźmie pod uwagę kolejnej opinii RODK, która jest niekorzystna dla pozwanego.
Tak działo się dotychczas w sprawie.

Kiedy opinie biegłych lekarzy sądowych, w tym biegłych z RODK, były niekorzystne dla pozwanego, sędzia nie brała ich pod uwagę i orzekała postanowienia zgodnie z jego wnioskiem. Ja, oczywiście, składałam zażalenie do II instancji, jednak za nim zażalenie to zostało pozytywnie rozpatrzone, mijało 8 czy 9 miesięcy. Tyle czasu akta sprawy „leżały” w sądzie I instancji. Sędzia zwyczajnie je przetrzymywała, aby pozwany mógł realizować wydane przez nią postanowienie. Właśnie, m.in. z tego powodu został ustanowiony nadzór administracyjny nad tą sprawą.



Jednak życie po raz kolejny pokazuje, że mimo, iż ja mam rację, to władzę ma sędzia prowadzący sprawę!

Analogiczna sytuacja, tzn. nie przekazanie akt do II instancji ma miejsce teraz. W sierpniu złożyłam zażalenie na wydane przez tego sędziego postanowienie o kontaktach pozwanego z dziećmi i do dziś akta sprawy nie trafiły jeszcze do II instancji. Od mojego zażalenia minęło znowu 8 miesięcy!

Jest to czas, który z perfidią wykorzystuje łobuz, a ja nie mogę nic zrobić, bo postanowienie to jest w trybie zabezpieczenia, a złożenie zażalenia nie wstrzymuje wykonania tego postanowienia.

Mam tylko nadzieję, że Sąd II instancji, rozpatrując moje zażalenie, weźmie pod uwagę opinie psychiatry i po raz kolejny uzna złożone przeze mnie wnioski i zabezpieczy tym samym dobro moich dzieci.

Chcę wierzyć, że zgodnie z opinią psychiatry Sąd II instancji, nie pozwoli na kontakt dzieci z człowiekiem, którego obecny stan psychiczny wyklucza całkowicie samodzielne zajmowanie się małoletnimi.

Wnioski z opinii psychiatry są jednoznaczne: opiniowany może stanowić zagrożenie dla małoletnich, wynikające z choroby i występującej w niej gotowości urojeniowej. W rozpoznaniu różnicowym należy wziąć pod uwagę zaburzenie osobowości o typie paranoicznym, które również stanowią istotną przeszkodę w sprawowaniu opieki i możliwości kontaktu.


W opinii psychiatry znajdują się również takie oto wnioski: badanego charakteryzuje nastawienie ksobne, duży poziom podejrzliwości, nieufności. Podejrzenie doznań omamowych słuchowych. Sztywny. Zawężenie treści myślenia i wypowiedzi. Wielkościowy. Wypowiada się jedynie na tematy, na które chce. Wypowiedzi deprecjonujące rodzinę pochodzenia żony. Zaniedbany pod względem higienicznym.

Natomiast wnioski psychiatry dotyczące mojej osoby zostały postawione w sposób następujący: spokojna, w obniżonym sytuacyjnie nastroju. Orientacja wszechstronna. Kontakt słowny chętny, logiczny. Bez zaburzeń treści i toku myślenia o charakterze psychotycznym. Zgłasza obawy lęku sytuacyjnego. U badanej rozpoznaję stany depresyjno – lękowe reaktywne. Stwierdzone zaburzenia nie ograniczają w żaden sposób poziomu predyspozycji wychowawczych.



Jestem bardzo ciekawa, co z tą opinią zrobi sędzia prowadząca sprawę?


  1. Czy po raz kolejny orzeknie pełnię praw rodzicielskich łobuzowi, czy może tym razem w jakimś stopniu je ograniczy?
  2. Czy moje Iskierki będą mogły w końcu wychowywać się i żyć normalnie, bez ojca łobuza, który niewiadomo kiedy w jakimś paranoicznym widzie zrobi im krzywdę?
  3. Czy ja – matka mogę je ustrzec od nieszczęścia?
  4. Czy ja w ogóle „coś” mogę?

 
Żyję wciąż w nieustannym lęku i niepokoju, bo wciąż nie mogę żyć według swoich zasad.
Mam poczucie, że ciągle „ktoś” nieustannie ingeruje w moje życie, krzyżuje moje plany i niweczy mój codzienny trud.
Jestem tym zmęczona… a terminu sprawy rozwodowej jeszcze nie ma.

Nie pozostało mi nic innego, jak tylko czekać na kolejny termin i drugą część badań psychologów i pedagogów badających również dzieci.

Czekać ... a w między czasie ... żyć.



Prima aprilis niedziela, 01 kwiecień 2012, 17:21
Dziś fajny dzień.
Dawno nie śmiałam się, ot tak, dla żartu.

Udało mi się wkręcić kilka osób z pracy, puszczając prima aprilisową plotkę.
Głos w słuchawce telefonu, kiedy oddzwaniali na puszczony wcześniej SMS był bezcenny. Szkoda, że nie widziałam ich miny, kiedy wyjawiłam im że to żart.

Moje Iskierki również robią od rana wszystkim domownikom żarty. Miło patrzeć na ich uśmiechnięte twarzyczki, kiedy razem z dziadkami dajemy się na nie nabrać.

Miłej niedzieli  :-)

... środa, 14 marzec 2012, 23:14
Klucz do dzisiejszego dnia:
13.164 + 2.593 + 2.228

Pranie mózgu, czyli kolejne badanie w RODK sobota, 10 marzec 2012, 00:29
Za mną jeden z ważniejszych dni, w kontekście walki o prawa rodzicielskie do moich Iskierek.

Przeszłam drugą turę badań psychologicznych.


Wychodząc z RODK - po prawie pięciu godzinach - czułam się jakby mi ktoś zrobił pranie mózgu.


Przeszłam szereg testów składających się z kilkuset pytań (łącznie), szereg pytań otwartych i niemalże wypracowań na temat dzieci, sposobów ich wychowania, spostrzegania ich jako matka oraz swego rodzaju wizualizacje przyszłości, czyli musiałam napisać jak sobie wyobrażam wychowywanie dzieci w przyszłości.


Podczas pisania pytań otwartych, kilkakrotnie przerywano mi myśli i pytano mnie o bardzo trudne intymne sprawy z mojego życia.
Trudno mi było później wrócić do kontynuowania pisania na temat dzieci.

Nie wiem, co miało na celu takie wytrącanie mnie, ale dziś, kiedy już ochłonęłam zaczynam się niepokoić, co ja tam napisałam.

Po napisaniu jednej kartki, zabierano mi ją, bez możliwości wglądu i ewentualnej poprawy jakiejś myśli lub dopisania jakiegoś zdania.
I tak to wyglądało przez te kilka godzin. Podawano mi kartki z pytaniami, a gdy już napisałam swoje odpowiedzi, zabierano mi je i dostawałam następne z kolejnym pytaniem na pustej kartce A4.

Wszelkie rozmowy, pytania testowe i otwarte poruszały różne obszary psychiki, że wydaje mi się jakbym została prześwietlona kilkaset razy i to w każdej mikrocząstce mojego mózgu.


Czułam się jakby moje myśli w kawałkach były wydłubywane i wyjmowane na stół, celem dalszej konsumpcji z dodatkiem różnych przypraw, jakimi były przypominane mi fakty z przeszłości i następnie poddawane ocenie. Przeprowadzająca badanie notowała sobie moje reakcje na wszystkie zadane przez nią pytania.

Dodatkową sytuacją stresującą mnie, był fakt, że badania te odbywały się w godzinach popołudniowych.
Po pierwsze stawiłam się na nie z tak zwanym „językiem na wierzchu”, gdyż byłam zmęczona i zamyślona zawodowymi sprawami, ponieważ musiałam się urwać z pracy, aby stawić się na te badania.

Ponadto pani psycholog, która cały czas siedziała przy mnie (przy jednym biurku), wprawdzie mówiła mi, że nie muszę się spieszyć, że i tak ona została specjalnie dla mnie po godzinach, jednak jej wciąż dzwoniący telefon od syna, któremu mówiła, że nie może jeszcze wrócić do domu bo jest w trakcie badania, bardzo mnie rozpraszał i wciąż miałam dodatkowe poczucie winy, że przeze mnie musi siedzieć w Ośrodku tyle godzin. Czułam się pod ogromną presją.

Sama świadomość tego miejsca i faktu, jak ważne są odpowiedzi, które udzielałam zarówno w testach, jak i w pytaniach otwartych, paraliżowała mnie momentami i w ogóle nie mogłam się skupić.
Również ciągłe patrzenie na mnie: jak mówię, jak i co piszę w danej chwili - też mnie rozpraszało.

Dziś staram się od tego wszystkiego ochłonąć, jednak co zamknę oczy, to ciągle mi się przypominają fragmenty rozmów, które prowadziłyśmy i ciągle je analizuję.

Mam w sobie niepokój i strach przed oceną i decyzją jaką zasugerują biegli sądowi. Zwyczajnie się boję.

2 rocznica śmierci niedziela, 04 marzec 2012, 22:20


Pamięci mojego Kochanego Dziadka.

Gdyby nie Los, dziś świętowałby razem z nami 92 urodziny.

Brakuje mi Dziadku Twojego uśmiechu.
Nie otwierasz mi już drugi rok drzwi, gdy przychodzę z pracy.
Nie głaszczesz mnie i moich Iskierek po głowach.
Nie zadajesz pytań.

Codziennie dawałeś mi buzi, a ja Cię przytulałam.
Ostatni raz, to było kilka godzin przed Twoją śmiercią.
Do dziś pamiętam Twoje spojrzenie, Twoje słowa, Twój uścisk dłoni.

Teraz spoglądasz spokojnie, już tylko z fotografii, na której jesteś szczęśliwy.
Takiego właśnie Cię pamiętam.


Tęsknię za Tobą.
Data co 4 lata środa, 29 luty 2012, 23:59
Zdążyłam.

Właśnie mi się przypomniało, że to wyjątkowa data: data co cztery lata.

... wtorek, 28 luty 2012, 19:05
Klucz do dzisiejszego dnia:
13.149 + 2.578 + 2.213


Kolejna wokanda. piątek, 24 luty 2012, 09:09
Na ostatniej wokandzie w sprawie karnej usłyszałam od sędziego, że następny termin to będą już mowy końcowe stron.
Oj, oburzyła się nagle obrona i zapowiedziała składanie kolejnych wniosków, celem przedłużania tego postępowania w nieskończoność.

Jeden z wniosków polegał na dołączeniu do niniejszego postępowania, tomów z kilku spraw sądowych i postępowań przygotowawczych, które to oskarżony wytaczał mnie, mając nadzieję, że w którejś z tych spraw zapadnie wobec mnie wyrok, a wtedy automatycznie zostanę zwolniona z pracy.


Łobuz nie doczekał się, przez te kilka lat, prowadzonych równolegle kilku spraw, bowiem wszystkie zostały wobec mnie umorzone, lub na poziomie postępowania przygotowawczego – odmówiono im wszczęcia.
Głęboko zastanawiające jest, w obliczu powyższych umorzeń, dlaczego łobuz (poza oczywiście przedłużaniem procesu) żąda załączenia tych spraw do akt sprawy karnej, skoro nie osiągnął na ich gruncie zamierzonego celu. Co więcej, analiza tychże akt przedstawia go w złym świetle.

Ja, jako oskarżyciel posiłkowy, oczywiście prosiłam o odrzucenie tych wniosków bowiem, po pierwsze zostały zrealizowane wcześniej, a po drugie ewidentnie zmierzają TYLKO do przedłużania rozprawy, która i tak trwa już 6 lat.
Prokurator, zapytany o stanowisko, wygłosił jedynie formułkę: „pozostawiam do uznania sądu”.
Sędzia, reagujący alergicznie na moją aktywność na sali sądowej,
zmieszany zaczął przeglądać kilka tomów akt, w poszukiwaniu podobnego wniosku.

Na sali cisza "jak makiem zasiał". Słychać było gwar odchodzący z korytarza sądowego.


Sędzia zwraca się do protokolantki: „były załączane inne akta?”.
Dziewczyna pewnym tonem odpowiada: „Tak, panie sędzio, już dawno. Nie przynosiłam ich na salę, bo dotychczas nie były potrzebne.”
„Na kolejne wokandy, proszę przynosić cały komplet” – rzekł do niej sędzia.

Sędzia zwrócił się do wszystkich: „jeszcze jakieś wnioski?”

Wstałam i zapytałam:
„Czy w marcowym terminie odbędą się głosy stron, skoro nie ma już żadnych świadków do przesłuchania?”

Na to obrona
rzekła: „Rzeczywiście, nie zapoznaliśmy się z aktami ściągniętych spraw, więc prosimy o umożliwienie nam zapoznania się z nimi i dopiero później będziemy składać kolejne wnioski”.

A sędzia zwracając się do obrony:
„Ja też jeszcze nie przejrzałem tych akt, więc złóż wniosek, a ja rozpatrzę go na posiedzeniu niejawnym”.

Wkurzyłam się na ten koleżeński ton i zwracanie się do siebie „per ty” – zresztą nie po raz pierwszy w tym składzie sędziowskim.


Bardzo często, to słyszałam i widziałam, a sędzia z adwokatem nie krępowali się (zarówno na sali, jak i na korytarzach sądu) z okazywaniem sobie koleżeńskich gestów, omawiając prywatne sprawy i przy okazji kierunek jakiejś sprawy, którą orzeka sędzia, a adwokat w niej uczestniczy.

Bardzo mnie to drażni i niepokoi. Te „kolesiowskie” zachowania i wzajemny stosunek okazywany w budynku sądu, podważają całkowicie zaufanie do rzetelności decyzji sędziego.

  

Wielokrotnie na rozprawach sędzia był niezorientowany i nie przygotowany, co do przeprowadzanego wówczas dowodu, czego nawet zbytnio nie ukrywał. Były momenty, że pytał mnie, w którym tomie akt znajduje się dane pismo lub wniosek.

Później, niestety, zaczęło go drażnić moje zorientowanie i nieustająca aktywność.
Nastał w końcu taki dzień, że zaczął traktować mnie jako „zło konieczne” na sali sądowej, które nadzoruje każdy jego krok, a nawet ma śmiałość artykułować niektóre swoje spostrzeżenia.

Ustanowienie nadzoru
administracyjnego Ministerstwa Sprawiedliwości nad tą sprawą, "przelało szalę" wszelkiej tolerancji wobec mnie i tak oto zostałam na pozycji pokrzywdzonej walczącej o ukaranie łobuza, która to pokrzywdzona jest aktywniejsza na sali sądowej od prokuratora.

Zresztą nie raz słyszę komentarze, że prokuratura przecież sama jest zainteresowana utrzymaniem aktu oskarżenia, bo sprawa jest z oskarżenia publicznego, a nie prywatnego - więc moja aktywność jest zbędna.
Jednak, po "zaangażowaniu się" w tą sprawę prokuratorów siedzących na sali, niestety tego nie widać.

Ponadto, ze strony obrony, wiele razy na sali sądowej usłyszałam, że jestem zbyt silną i świadomą osobą, bym mogła być ofiarą przemocy domowej, o czym – ich zdaniem – świadczy moja aktywność na sali sądowej.

Kiedy to słyszę, reaguję na sali i wstając zaczynam ustosunkowywać się do tej bzdurnie powtarzanej tezy.

Sędzia reaguje także, ale na mnie
i poucza mnie, że nie udzielił mi głosu i jak nie usiądę to następnym razem zasądzi wobec mnie karę porządkową. Więc ja czekam cierpliwie „zbita z tropu”, na swoją kolej i kiedy zaczynam się odnosić do tamtej tezy, znowu jestem pouczana, że w tej chwili omawiany jest inny wniosek.

I tak w kółko.


Po każdej takiej wokandzie, wychodzę z sądu tak skołowana, że czasami nie wiem w którą stronę mam pójść lub do jakiego tramwaju mam wsiąść.

A Sprawiedliwość?
Nie wiem czy i kiedy się Jej doczekam???

                               

Jedynie czego jestem pewna, to chroniczny lęk i strach, który mi wszędzie towarzyszy, a którego to w żaden sposób nie potrafię się pozbyć.




Miłego dnia wtorek, 21 luty 2012, 07:21


Na Ostatki uśmiech zostawiam i serdecznie Was pozdrawiam.

                                                                                                Temida 6
Dlaczego mamo, dlaczego? poniedziałek, 13 luty 2012, 00:01
Wpuściłam, po raz kolejny, łobuza do domu. Nie miałam wyjścia – musiałam.

Od sierpnia 2011r. oczekuję na rozpatrzenie mojego zażalenia na postanowienie sądu o kontaktach ojca z dziećmi. Moja cierpliwość wystawiana jest na ogromne próby.


Nie wiem ile i jak długo to wszystko będę jeszcze w stanie wytrzymać?

Nie wiem? Odpowiedzi wciąż nie mam. Co ciekawe, sprawa ta jest pod nadzorem Ministra Sprawiedliwości, ale jak widać to też nie ma żadnego znaczenia, by sprawa ta mogła toczyć się normalnym trybem, bez zbędnej zwłoki.

Łobuz powoli mnie wykańcza.
Dzieci go nie akceptują, nie ma z nimi żadnego kontaktu. Co więcej w ich obecności krzyczy na mnie, wygania mnie z pokoju, twierdząc, że przeszkadzam mu w kontakcie z dziećmi.
Kurator go upomina, a on przez chwilę jest grzeczny, a później znowu zaczyna.

Dziewczynki okazują mu złość
i wyganiają go z domu, a on im wtedy mówi, że bardzo je kocha. Iskierki uciekają do drugiego pokoju i mówią, że nie chcą z nim siedzieć, a on wówczas wykrzykuje do kuratora, że specjalnie nastawiam dzieci przeciwko niemu.

Kurator w tym wszystkim próbuje się jakoś odnaleźć.


Spokojnym tonem próbuje wytłumaczyć łobuzowi, że źle postępuje, że nie powinien tak się zachowywać, ten z kolei zaczyna krzyczeć na kuratora, że jest nieobiektywny. I tak w kółko.
Potem kurator prosi mnie, żebym przyprowadziła dzieci do pokoju. Ja przyprowadzam i zachęcam Iskierki do jakiejś gry, po czym znowu spotykam się z zrzutem ze strony łobuza, że zajmuję mu czas na kontakt z dziećmi i mam natychmiast stąd wyjść. Ja wychodzę, a dzieci idą za mną. I znowu koło zachowań się kręci.

Przecież to jakiś cyrk! Ja mam już tego dosyć.
Dziewczynki po takim spotkaniu są zdezorientowane, nie rozumieją, dlaczego muszę wpuszczać „tego tatę”.

Ja nie wiem jak mam im to wytłumaczyć,
że „jakiś” sąd tak nakazał i ja muszę mu pozwolić na kontakt z nimi, pomimo, że przez całe dotychczasowe życie nie znały go. A teraz jak go poznały, mówią zarówno mnie, jemu, kuratorowi, psychologom, że nie chcą by do nich przychodził.

Przed każdą taką wizytą wymyślają różne sposoby by on tu nie przyszedł. Mówią np. „mamusiu, może przemalujemy drzwi na inny kolor, to wtedy nie znajdzie naszego mieszkania”, albo „mamo, może mu powiemy, że nas tu nie ma, że wyjechaliśmy, to może sobie pójdzie?”. I tak sobie dziewczyny kombinują na swój sposób, by tylko uniknąć spotkania z nim.

A efekt jest taki, że przychodzi termin, a ja go muszę wpuścić do domu.
Iskierki później mają do mnie żal, że ich nie posłuchałam i wpuściłam go do ich pokoiku. Płaczą mi później, że pozwalam mu siadać na ich łóżkach, że one nie będą już na nich spały. I tak co spotkanie.


Ja już sobie z tym wszystkim nie radzę. Mam dość tego.
Nie mam nawet gdzie i komu o tym powiedzieć.

Sąd jest od sześciu lat głuchy na mój głos w tej sprawie.
Psycholodzy bębnią wciąż o prawach ojca oraz o dawaniu mu szansy w sytuacji, jego zainteresowania się dziećmi.

A gdzie w tym wszystkim dobro dzieci? Nikt się tym nie przejmuje i nie rozważa w ogóle tej sytuacji pod ich kątem. Iskierki są kartami przetargowymi, które w swoich łapach trzyma łobuz i przekłada je, kiedy tylko chce i jak chce.

Niczego nieświadome Iskierki zmuszone są robić to co tzw. Wymiar Sprawiedliwości postanowi, czyli obecnie po latach nieinteresowania się dziećmi, Wymiar Sprawiedliwości postanowił dać kolejną szansę ich ojcu i zmusza dziewczynki do kontaktu z nim, wbrew temu co czują, co mówią i wbrew temu co myślą o nim.

Po kilku godzinach wizyty, łobuz opuszcza mieszkanie, nie mówiąc nawet „do widzenia”, co zauważają Iskierki i pytają mnie, „kto go tak wychowywał, że nie nauczył go kulturalnego zachowania”. Kurator wychodzi razem z nim.

Potem zostajemy w domu z tymi wszystkimi rozgrzebanymi emocjami, tysiącem pytań, na które nie potrafię odpowiedzieć Iskierkom.


Nieustannym pytaniem kierowanym do mnie jest: „dlaczego mamo, dlaczego?”.

... wtorek, 07 luty 2012, 22:46
Klucz do wczorajszego dnia:
13127 + 2556 + 2191

Rozterki niedziela, 29 styczeń 2012, 16:05
Zastanawiam się wciąż jak zostanę oceniona. Oczekiwanie na opinię przesłania mi wiele codziennych czynności – wszystko dzieje się w tle tego oczekiwania.


Wiem, że tak szybko nie doczekam się tej opinii, gdyż badania zostały podzielone na dwie części. W styczniu odbyły się rozmowy z rodzicami i dziećmi a także część testów projekcyjnych i rysunki oraz rozmowa kliniczna z psychiatrą, a w marcu nastąpi ciąg dalszy, czyli kolejne testy i rozmowy z psychologami. Po wykonaniu tych czynności Ośrodek ma miesiąc na wydanie opinii. Później akta wrócą do Sądu i nastąpi wyznaczenie terminu rozprawy. Znając „od kuchni” sądy cywilne, termin będzie wyznaczony w najlepszym razie około wakacji.

Wykańcza mnie ta ciągła niepewność, ciągłe oczekiwanie i lęk przed dowiedzeniem się, co o mnie myślą i jak mnie oceniają obcy ludzie, czyli po raz kolejny otworzenie tej przeklętej koperty z opinią o mnie i moich predyspozycjach lub ich braku.


Mam za sobą już 2 opinie tego Ośrodka i doskonale wiem, jakie emocje towarzyszą przy czytaniu tych ich niepodważalnych obserwacji. Te dwie opinie, wydane na potrzeby dwóch różnych toczących się spraw sądowych, były dla mnie korzystne i może właśnie, dlatego nie stawiałam zbytnich oporów przed poddaniem się temu wszystkiemu po raz trzeci.

Jednak w obliczu kulis sprawy rozwodowej, czyli kilku złożonych przeze mnie skarg na sędziego i w zwiazku z tym objęcie tej sprawy nadzorem administracyjnym oraz wciąż nie rozstrzygniętego zażalenia o wyłączeniu sędziego - budzi to wszystko we mnie lęk, gdyż nie wiem jak to  odbiorą biegli w Ośrodku ... i oczywiście jak przez pryzmat tych faktów mnie ocenią.

Jest we mnie nieustający strach przed niezrozumieniem mnie i moich intencji w oczach kolejnych badających mnie biegłych, gdyż takie wrażenie właśnie sprawiali – jakby nie rozumieli, co do nich mówię.

Mam żal do badających, że wielokrotnie mi przerywano moje wypowiedzi w momentach, kiedy wydawało mi się, że mówię o bardzo istotnych sprawach. Nie pozwolono mi się zaprezentować jako matka wspólnie z dziećmi, gdyż z góry założono więź między mną a nimi. Poprzez wytrącanie mnie z toku myślenia, zwyczajnie gubiłam się i czasami nie mogłam skupić własnych myśli.

Dopytywano mnie o moje emocje, które towarzyszyły mi podczas porodów i w okresie okołoporodowym, a nie pozwolono mi mówić o sprawach teraźniejszych.

Zarzucono mi, jako moją wadę: „brak konsekwencji”, który polegał na tym, że po porodzie drugiego dziecka pozwoliłam ojcu na wchodzenie do domu i zbliżanie się do dzieci. Odpowiedziałam wówczas, że jeżeli bym mu nie pozwoliła wejść, to przychodziłby z Policją, bo to był dopiero początek mojej sprawy rozwodowej. Zarzuciłby mi utrudnianie kontaktów z dziećmi, a ja wówczas nie miałam siły chodzić tak często po sądach i walczyć, bo wtedy walczyłam o swoje zdrowie (byłam przed operacją biodra).
Pani z Ośrodka powtórzyła do mnie: „jednak była pani niekonsekwentna. Pani komunikaty nie były jednoznaczne, nie zatrzasnęła pani drzwi przed nim".
Na to ja odpowiedziałam: „przecież nigdy nie do niego nie wróciłam. Od momentu, kiedy uciekłam od niego do domu swoich rodziców, nigdy nie było dwuznacznego komunikatu, że się waham, że może wrócę. Byłam od początku stanowcza. Uciekłam raz i nigdy przecież nie wróciłam”.

Jednak pani to nie przekonało.

Zapytałam tylko, czy w jej ocenie dzieci mają płacić teraz za to, że jak to pani ujęła „nie byłam konsekwentna” i w związku z tym, dacie szansę łobuzowi na kontakt i zabieranie dzieci z domu? Poczekacie do pierwszego skrzywdzenia i dopiero później znowu będziecie przeprowadzać kolejne badania? A co z opiniami psychiatrów i seksuologów badający oskarżonego w sprawie karnej? Czy te opinie nie mają dla was znaczenia ? – zapytałam.

Usłyszałam w odpowiedzi, że wnioski z badania przeczytam w opinii, która zostanie złożona do Sądu. Teraz ona nic mi nie może powiedzieć. Z tonu jej wypowiedzi, zrozumiałam, że powiedziałam o kilka zdań za dużo. Wyraźnie jej się to nie spodobało. Jednak uważałam, że musiałam to powiedzieć.

W ogóle całe badania były wyczerpujące i bardzo długie. Zaczęły się o 9.00 a skończyły ok. 15.20. Panował tam chaos.

Ciągle przechodziłam do różnych pokoi.


Raz do pedagoga, raz do psychologa, raz do psychiatry. Raz byłam sama, raz kazano mi wejść do łobuza i dzieci, bo ten sobie nie dawał rady i dzieci wołały mamę, a młodsza Iskierka się popłakała. Później znowu musiałam wyjść na testy projekcyjne, które też zostały mi przerwane, bo dziecko do mnie przybiegło. Utuliłam, ukochałam i wytłumaczyłam, żeby poszło do siostry. Zaprowadziłam i wróciłam do rozpoczętego testu.
Boże pomyślałam – "jeden wielki bałagan". Nie mogłam się w ogóle tam skupić i zebrać myśli. Byłam bardzo zmęczona i rozkojarzona.

Potem znowu kazano mi pójść na rozmowę kliniczną do psychiatry.
Nie byłam już w stanie normalnie kojarzyć i myśleć. Nie wiedziałam nawet, z kim rozmawiam. Pytano mnie o różne rzeczy, więc odpowiadałam. Po wyjściu nie pamiętałam tego, co mówiłam. Za drzwiami słyszałam swoje dzieci i w ogóle nie mogłam się skupić. Jeden wielki chaos, zarówno w mojej głowie, jak i w tym Ośrodku.

Dziś, ciągle o tym myślę, przypominają mi się strzępy rozmów, zadawanych pytań i odpowiedzi, które udzielałam. Przychodzą mi na myśl rzeczy i fakty, o których zapomniałam powiedzieć, lub te o których nie dano mi powiedzieć.
Mam w sobie złość i strach.

A w marcu – ciąg dalszy, tyle, że bez udziału dzieci, więc będzie trochę spokojniej, choć wcale nie łatwiej, bo przede mną kilka testów - po raz kolejny - badających moją osobowość liczące od 50 do 300 pytań.


Już na samą myśl robi mi się słabo.

W skrócie. środa, 18 styczeń 2012, 20:31
Jestem po i mam ogromny ból głowy.
Łobuz się stawił na badania.

Część badań, kiedy byliśmy wszyscy razem, wypadła dobrze z mojego i Iskierek punktu widzenia.

Później były rozmowy osobno u psychologów i psychiatry.
Rozmowa kliniczna u psychiatry wyszła w porządku. Dano mi do zrozumienia, że z nim jest coś nie tak.
Rozmowy u psychologów były trudniejsze i była tam większa presja. Ciągle moje zachowania i motywacje poddawane były bacznej ocenie.

Nie umiem powiedzieć jak to wyszło, bo poruszaliśmy wiele obszarów, tematów - w rozmowie przeskakiwaliśmy z różnych zdarzeń i zachowań.

Później poddano mnie testom projekcyjnym. Są jeszcze przede mną kolejne testy do rozwiązywania. Termin w marcu.

Czuję w sobie dużo niepokoju. Głowa mi pęka, jestem dziwnie oszołomiona i zdezorientowana.
Iskierki również wróciły zmęczone i rozdrażnione.
Po wyjściu powiedziały do mnie: "mamy nadzieję, że już do nas tata nigdy nie przyjdzie, że te panie mu zabronią."
Jak ja mam im powiedzieć, że właśnie znowu musimy otworzyć mu drzwi w najbliższą sobotę?
Nie wiem jak??

Szerzej odezwę się w najbliższym czasie.
Dzięki Wam Dziewczyny za wsparcie.
Pozdrawiam.
Obawy. wtorek, 17 styczeń 2012, 18:37

Jutro przede mną i Iskierkami badania w RODK.
Jestem zmęczona i zwyczajnie się lękam.
 

Czy pozytywnie zostaniemy ocenione?
Czy sprostam tym wszystkim wymogom, testom i rozmowom klinicznym?

???

Udział w konkursie Blog Roku 2011 środa, 11 styczeń 2012, 22:19
Otrzymałam dziś korespondencję od anomnimowego czytelnika mojego bloga, który skorzystał z "prawie bezpośredniego kontaktu ze mną" i napisał do mnie następująco:

"Zgłoś swojego bloga do konkursu Blog Roku 2011, może twoja historia ujrzy światło dzienne, może będzie to kolejny krok naprzód i szansa na pomoc dla ciebie, bądź dla dziewczyn w podobnej sytuacji życiowej.
Może, dzięki twojej historii więcej kobiet zmagających się z przemocą domową wyjdzie z cienia, może będą miały więcej siły by walczyć o siebie i dzieci.
A może, po prostu, zyskasz jeszcze większe grono wsparcia, bo wiem, że tego bardzo potrzebujesz. Nie zastanawiaj się zbyt długo nad decyzją - tylko ją podejmij. Pozdrawiam.
"


W tym miejscu pragnę podziękować za tę myśl i rzeczywiście, bez dłuższego zastanowienia to czynię.


A oto link:



Proszę, tym samym, Was o wsparcie i poparcie mojego bloga,
w miarę Waszej możliwości i chęci.

O poszczególnych etapach konkursu, będę informowała na bieżąco.
Tak na prawdę, to sama nie bardzo wiem, co i kiedy należy zrobić, aby przejść dalej. Czas pokaże.


Terminarz Konkursu:
15.12.2011 - 12.01.2012 - zgłaszanie blogów do konkursu
12.01.2012 - 19.01.2012 - nominowanie blogów (głosowanie SMS)
19.01.2012– 07.02.2012 – nominowanie blogów (głosowanie SMS) do wyboru Bloga Blogerów
07.02.2012- 14.02.2012- Ocena blogów przez Jury Bloga Blogerów wybór Bloga Blogerów
02.02. 2012 - ogłoszenie nominacji Jury z poszczególnych kategorii tematycznych
14.02.2012 - wyświetlenie zwycięzcy Bloga Blogerów
16.02.2012 – Gala
                                                                                                          
Pozdrawiam Temida6.

Mój numer bloga to: A00901
Chcąc na mnie głosować - wyślij SMS pod Nr: 7122

Strach, lęk, niepewność ... a żyć trzeba dalej. niedziela, 08 styczeń 2012, 16:05
Zobowiązania, niepewność i lęk oczekiwania przed następną rozprawą oraz ogólne zmęczenie - to stan w którym się obecnie znajduję.

W tym tygodniu mam kolejną sprawę karną.


Kolejne zeznania nowych, wciąż powoływanych świadków, które mają tylko na celu przedłużenie tego postępowania, bowiem z góry wiadomo, że zenzania te nic nie wnoszą do istoty sprawy. Dziwię się, że Sąd dopuszcza kolejne osoby w roli świadka. Może dlatego, żeby w II instancji nie było to podstawą apelacji, więc Sąd zgadza się na wszystkie dowody obrony.

Cóż … znowu muszę być cierpliwa. Minął kolejny rok, a ja na jego początku, nie mam żadnej nadziei, że sprawa ta zakończy się w tym roku na poziomie I instancji.

W następnym tygodniu czekają mnie kolejne badania w RODK.


Są to badania, które z pobudek osobistych sędziego (w sprawie rozwodowej) wobec mojej osoby, zostały ponownie wyznaczone z rozszerzeniem o badania psychiatryczne.
Na poprzednie badania (tylko psychologiczne) wielokrotnie ojciec dzieci nie stawiał się. Przyjeżdżałam tylko ja z dziećmi. A on nie poniósł żadnych konsekwencji z powodu wielokrotnego nie stawienia się na badania.

Mam w sobie wiele lęku i strachu.
Brakuje mi siły, by po raz kolejny to przechodzić.
Jestem zmęczona ciągłymi pytaniami, testami, nieustanną oceną mnie, moich motywacji, stanu psychicznego, wydolności i predyspozycji bycia matką.


Męczy mnie to wszystko, gdyż ciągle towarzyszy mi niepewność, strach przed kolejną oceną oraz ta ciągła niecierpliwość
podczas oczekiwania na wydaną opinię biegłych – jest to kolejny miesiąc od dnia badania, a w przypadku choroby biegłych przedłuża się to w następne miesiące. Coś o tym wiem, bo już to przechodziłam i właśnie dlatego tak bardzo się boję.

Moje Iskierki, również muszą po raz kolejny przez to przejść. Boję się także i o nie. Są już świadome, gdzie idą i kim jest pani psycholog.
Wiele już przeszły i ciągle jakieś obce panie pytają ich czy kochają tatusia i.t.p. …
Nie lubią tam chodzić, buntują się, mówią mi, że nie chcą nic rysować i najlepiej żebym tam ich nie zawoziła.

Ponadto jest jeszcze jeden aspekt takiej wizyty. Dziewczynki są już na innym etapie rozwoju, czasem potrafią powiedzieć coś przyniesionego ze szkoły, co niekoniecznie nadaje się do uszu oceniającego nas psychologa, czy pedagoga – biegłych sądowych orzekających o losie rodziny.
Boję się, tak zwyczajnie - po prostu, bo wszystko jest dla nas Wielką Niewiadomą.


Nie mam czasu wyciszyć się do tego spotkania. Przygotować jakoś siebie czy dzieci. Mamy wokół siebie ogrom obowiązków i zobowiązań. Ciągle jakieś zajęcia dodatkowe, codzienne obowiązki – po prostu codzienne życie.
Wieczorem, jak już wszystko obrobię, Iskierki zasną – ja już padam i nie mam na nic siły. Nawet nie mam siły na sen.

Kiedyś było łatwiej. Jak przyszedł koniec dnia, zazwyczaj była to godz. 24, po prostu kładłam się spać i rano wstawałam. Dziś już tak nie jest. Dziś nawet spać już nie mogę.

Rano, już nie raz się złapałam na tym, że nie wiem gdzie mam dziś jechać do pracy. Ponieważ moja praca, często związana jest z pracą w terenie, więc i miejsce nieustannie się zmienia.


A ja jadę i nie wiem w którym kierunku. Niestety zdarza się to coraz częściej ... i w tym roku zaliczyłam już tę niezręczność i dezorientację.

Przedłużający się stres, osłabił znacząco wypracowane wcześniej przeze mnie, mechanizmy radzenia sobie w sytuacjach trudnych. Jestem świadoma, że nie mam wpływu na zmiany, jakie dokonują się wokół mnie.
Reprezentuję już od jakiegoś czasu niższy poziom aspiracji w życiu, czasem bierną postawę, wyczekującą na to, co się stanie i dopiero wtedy jak się już stanie, myślę jak z tego wybrnąć.
Już sam podjęty wysiłek – jest dla mnie ogromnym nakładem energii i pochłania wiele sił. Coraz częściej odczuwam poczucie przeciążenia sytuacją.

Dziś – teraz, czuję się tak nadal.

Nie wiem, czy ja jestem w stanie wypaść normalnie przed oceniającymi mnie psychologami, pedagogami i psychiatrą, skoro jestem ciągle zmęczona, ogólnie w nienajlepszej formie psychicznej i ogarnięta nieustannym lękiem i strachem.

Jedyne co wiem, to to, że ciągle się boję.
Polska Temida - polska sprawiedliwość. piątek, 30 grudzień 2011, 02:00
Przekonałam się, że Wymiar Sprawiedliwości sprawiedliwy nie jest.


Wiedziałam o tym od dawna jednak, czym innym jest subiektywne przekonanie o nieuczciwości sędziów, a czym innym jest dowód w postaci przyznania się do kłamstwa przez samego sędziego.

Trudna była droga, by osiągnąć ten stan, jednak nie dałam za wygrane. Zbyt dużo krzywdy zaznałam od tego sędziego, żeby darować mu kolejne manipulacje, kłamstwa i poświadczanie nieprawdy.

Miarka przebrała się w sierpniu tego roku, kiedy to ów przedstawiciel Wymiaru Sprawiedliwości potraktował mnie bardzo obcesowo. Mnie oraz świadków zeznających na niekorzyść łobuza. Był arogancki, manipulował zeznaniami, wywierał presję na świadkach, mnie nie dopuszczał do głosu, groził wyrzuceniem z sali rozpraw, bezpodstawnie upominał, aż w końcu wydał postanowienie na niekorzyść dzieci.

Wyszłam wówczas z sądu załamana, zrozpaczona i miałam wrażenie, że sprawiedliwość nie istnieje. Nie wiedziałam, do kogo mam zwrócić się o pomoc, kto mógłby mnie wysłuchać i zechciałby mi pomóc.

Zostałam sama z problemem, poczuciem skrzywdzenia i niesprawiedliwości. Miałam wprawdzie wsparcie w najbliższych i kilku znajomych, którzy mnie wspierają przez te 6 lat walki z sądami, jednak nie miałam merytorycznej pomocy kogoś, kto zrozumie stan faktyczny sprawy i wskaże mi dalszy kierunek. Do adwokata nie mogłam zwrócić się o pomoc, gdyż nie stać mnie na to, nawet nie mogłam prosić o pomoc swojego pełnomocnika, który był obecny na sali, ponieważ wciąż oczekuje ode mnie kolejnej transzy za swoje usługi, a ja nie mam pieniędzy. Byłam sama. Sama i załamana.

Próbowałam ochłonąć, jednak nie udawało mi się to. Bardzo mi przeszkadzały w dojściu do siebie wizyty łobuza do dzieci w obecności sądowego stróża, kiedy to łobuz z nieskrywaną satysfakcją nadal znęcał się nade mną, wykorzystując do tego spotkania z dziećmi.

Starałam się to przetrwać, wytrwać po prostu, nie poddać się i nie załamać. Udawałam sama przed sobą, że jestem silna i że dam radę. Nie załamałam się.

Posłuchałam, po raz kolejny, swojej intuicji. Zaczęłam pisać zażalenia, korzystając z drogi instancyjnej oraz postanowiłam napisać do Ministra Sprawiedliwości oraz Premiera.

                     


Nie liczyłam na wiele, jednak czułam, że to moja ostatnia szansa, by Ktoś z zewnątrz przyjrzał się tej sprawie.

W oczekiwaniu na odpowiedź pisałam też do Prezesa Sądu, w którym toczy się moja sprawa rozwodowa. Umówiłam się także na spotkanie z nim i z pismem w ręku poszłam odważnie na rozmowę.

To, co usłyszał ode mnie Prezes tegoż sądu, wydało mu się niewiarygodne. Był wobec mnie bardzo uprzejmy, jednak to, co mówiłam, traktował z niedowierzaniem, był przekonany, że jest we mnie zbyt dużo emocji i że trochę koloryzuję niektóre opowiadane przeze mnie fakty. Czułam jego brak zrozumienia i wiary w to, co mówię.

Przekonywałam go, że to prawda i mam na to dowody, które znajdują się w aktach mojej sprawy rozwodowej. Powiedziałam mu, że wszystko, o czym mu mówię bardzo szczegółowo opisałam w piśmie ze wskazaniem numerów kart. Słuchał mnie uważnie i jakby z coraz większym zainteresowaniem. Żegnając się z nim, pozostawiłam pismo, z którym przyszłam i … czekałam.

W niedługim czasie otrzymałam odpowiedź, że Prezes tegoż sądu przyjął moją skargę za zasadną i objął nadzorem niniejszą sprawę.
Poczułam ulgę i pomyślałam, że coś drgnęło, że to jakiś przełom w sprawie.

W krótkim odstępie czasowym otrzymałam odpowiedź z Ministerstwa Sprawiedliwości, czego efektem również było objęcie mojej sprawy nadzorem administracyjnym.

Byłam przekonana, że teraz moja sprawa będzie potraktowana przez sędziego w sposób uczciwy i zgodny z procedurą i przepisami.
Jednak pomyliłam się.

Napisałam, więc kolejną skargę do Prezesa sądu z wnioskiem o wyłączenie tego sędziego od rozpatrywania tej sprawy. Skarga ta została przekazana według właściwości do odpowiedniego wydziału tegoż sądu, który rozpatrzył ją negatywnie.

Właściwie, to spodziewałam się takiej odpowiedzi, gdyż sędziowie, którzy wydali to postanowienie, to koledzy i koleżanki sędziego, którego chciałam wyłączyć od orzekania w tej sprawie. Sędziowie ci byli z tego samego wydziału.

Nie poddałam się. Pisałam dalej, do II instancji.
Dziś
czekam na rozpatrzenie mojego zażalenia. Czekam i drżę z niepokoju.

Czekam też, na rozpatrzenie mojego zażalenia w sprawie postanowienia, które sędzia wydał w sierpniu, na tej feralnej rozprawie. Postanowienie to dotyczy kontaktów łobuza z dziećmi. Do dziś sprawa nie trafiła do II instancji.
Pozostało mi czekać. Więc czekam.

W trakcie tej bogatej korespondencji, miał swój byt jeszcze jeden wniosek dotyczący tym razem sprostowania protokołu, który oczywiście spotkał się z odmową sprostowania, wydany przez sędziego, na którego odważyłam się poskarżyć.
Nie przyjęłam tego do wiadomości. Złożyłam zażalenie w trybie instancyjnym, oczywiście za pośrednictwem sądu i składu, który był wówczas obecny podczas tej rozprawy. Przedstawiłam w nim bezsporne dowody na to, że mam rację i że protokół ten winien być sprostowany zgodnie z moim wnioskiem.
Wczoraj dowiedziałam się, że sędzia wydał w tej sprawie postanowienie uznające moją rację.

Niebywałe. Wreszcie prawda zwyciężyła, choć w jednej tylko kwestii. Sędzia został „przyparty do tzw. muru” i nie miał wyjścia jak tylko uznać moją rację.


Jednak zastanawia mnie, dlaczego to zażalenie nie trafiło do II instancji, tylko zostało rozpatrzone przez tego sędziego, który przecież już raz odmówił mi sprostowania protokołu?

Wiele jest tu znaków zapytania, na które nie znam odpowiedzi.

Wiele rozumiem i mam świadomość tego, co dzieje się za kulisamisprawiedliwego” Wymiaru Sprawiedliwości,


lecz nie mam mocy sprawczej by, chociaż spowodować by przedstawiciele Temidy piastowali swe funkcje, zgodnie założeniami ustawodawcy.

Jedynie, co mogę, to odważnie wytykać im błędy, choć boję się, że konsekwencje tego mogą okazać się dla mnie zgubne. Dla mnie i moich Iskierek.
Lecz dziś, po sześciu trudnych latach, nie mam wyjścia: albo się poddam, albo zawalczę o dzieci, o siebie, o Sprawiedliwość.

Poznałam już na własnej skórze, jak niebezpieczny jest nadany przywilej niezawisłości sędziowskiej, jeżeli sędzia, który orzeka w danej sprawie kieruje się emocjami w stosunku do strony postępowania.
A jeżeli emocje te są negatywne, których podłożem jest złość i zemsta, to wiem, że może być ze mną źle.

Mam w sobie jeszcze iskrę Nadziei, że II instancja wyłączy tego sędziego od orzekania w tej sprawie i przejmie ją bezstronny sędzia, a nie kolega.
A jeśli tak się nie stanie, przede mną jeszcze długa droga w dochodzeniu sprawiedliwości przed polskimi sądami. Długa i wyboista.
Nie mam tylko pewności, że ją przetrwam. Jestem słaba, zarówno fizycznie jak i psychicznie.

A tymczasem, oczekuję na rozstrzygnięcia, w tych spędzających sen z moich powiek, sprawach.

A w tle tego wszystkiego toczy się życie … i niezakończona jeszcze na poziomie I instancji sprawa karna, w której oskarżonym jest łobuz, który przypomniał sobie, że ma dzieci i
z wszech miar korzysta ze swoich konstytucyjnych praw ojca.


Wigilia 2011r. sobota, 24 grudzień 2011, 21:04
Zdrowych, spokojnych i pogodnych Świąt Bożego Narodzenia



życzy TEMIDA6
Bez widoków na zmiany. środa, 21 grudzień 2011, 22:58
Wiele jest w moim życiu do zrobienia.

Ciągle jakieś zobowiązania wobec osób trzecich, wobec najbliższych i tych trochę dalszych.

Jestem na urlopie i powinnam być wypoczęta.

Powinnam, ale nie jestem.
Nie mam czasu dla siebie, wciąż dzielę go pomiędzy wszystkich dookoła mnie.
Czas płynie nieubłaganie.


Przede mną/przed nami czas Świąt – czas refleksji, zatrzymania się i czas wspólnych rodzinnych chwil.

Owszem, nie będzie to czas samotności – przeciwnie. Jednak ja, choć na chwilę, chciałabym zostać sama.
Wiem, że to niemożliwe. Jestem wciąż wśród ludzi, jednak jestem bardzo samotna, a jak na ironię nigdy nie sama.
Ten swoisty szum wokół mnie - wykańcza mnie.

Obserwuję dookoła mnie znajomych i widzę ich zabieganie, zatroskanie i odnajduję w tym wszystkim sens.

Patrząc na siebie – sensu nie widzę.
Widzę wypalenie, zmęczenie i brak iskry.

Powoli się wypalam.


Moja codzienność piątek, 02 grudzień 2011, 11:45
Jestem i mam się różnie.

Wczoraj miałam problemy z sercem i z doraźnej pomocy uzyskanej na pogotowiu, dostałam skierowanie do szpitala.

Nie skorzystałam i nie poszłam, choć nadal źle się czuję.
Mam te same dolegliwości z którymi zgłosiłam się na pogotowie.
Liczę, na to że mi przejdzie.

Mam za sobą sprawę w sądzie i bogatą korespondencję w trybie skargowym z Prezesem Sądu Okręgowego i z Ministerstwem Sprawiedliwości i czuję się w tym wszystkim zagubiona.

Nie mam siły już tak dalej żyć.
Gubię się w tym wszystkim.

Znowu muszę sformułować swoje stanowisko na piśmie w terminie 7 dni, a 3 już minęły, a ja jeszcze nie zaczęłam, bo życie wciąż kładzie mi pod nogi kolejne kłody.


Moje Aniołki mają teraz wspaniały okres. Ciągle gdzieś jeżdżą na różne konkursy, występy, spotkania gwiazdkowe, a ja w tym wszystkim się gubię.
Zabieram ze sobą kamerę, by miały pamiątkę z występów, a w domu nawet nie mamy czasu jej obejrzeć i cieszyć się z ich sukcesów.

W tle oczywiście praca, która również pochłania mnie w dużej części i odbiera ostatnie siły.
Wszędzie ogromna presja czasu, wymogi, którym ledwo udaje mi się sprostać.

Staram się, jak tylko potrafię, jednak pętla różnych zobowiązań, którą czuję na swojej szyi, zaciska mi się coraz bardziej ... a przede mną jeszcze tyle do zrobienia.

Wciąż musze się bać, a stawką są moje dzieci i ich przyszłość. sobota, 19 listopad 2011, 23:22
Moje zmęczenie sięga zenitu. Zwłaszcza zmęczenie psychiczne.
Akumulatory wyczerpały się, a rezerw już brak.


Właśnie jestem po kolejnej wizycie łobuza u dzieci w obecności sądowego stróża. Szczegóły wizyty pozostawię na następną notkę, bo zwyczajnie nie mam siły, a jak zwykle wizyty te dostarczają wiele negatywnych emocji.
Chociaż kurator jest w porządu, co daje nadzieje, że gdy przyjdzie jego kolej na zeznania - zachowa się uczciwie i będzie pamiętał szczegóły zdarzeń, które mają miejsce podczas wizyt. Zobaczymy.

Za kilka dni mam sprawę karną i m.in. będzie zeznawał poprzedni kurator. Ma on, a właściwie Ona, powiedzieć prawdę na temat człowieka, który posiada miano ojca moich dzieci.

Jednocześnie i boję się i nie mogę sie doczekać tych zeznań.


Nie mogę się doczekać, bo to już chyba 4 termin, kiedy spodziewam się kuratora na sali sądowej. Raz uniemożliwił te zeznania łobuz, bo przyniósł zwolnienie lekarskie, a dwa razy kurator nie stawiał się z powodów bliżej mi nieznanych. Teraz, mam nadzieję, że dojdzie do zeznań.


Boję się, bo
właśnie po raz kolejny jestem świadomoa, że moje życie, los moich dzieci znowu zależy od umiejętności wypowiedzenia się innych ludzi, od ich percepcji, reakcji na stres, pamięci i wnikliwości oraz chęci zaangażowania się. Wystarczy, że kurator zwyczajnie o czymś zapomni, albo adwokaci skutecznie go zastraszą i moje życie znowu będzie stało pod wielkim znakiem zapytania.

Jestem już tym wszystkim zmęczona.

Już przeżyłam kilkanaście zeznań osób mi bliskich, życzliwych i ogólnie dobrze mi życzących i kończyło się to różnie. Niektórzy, przy pierwszej sytuacji stresowej myśleli tylko o tym, aby wyjść z sali sądowej i szybko przytakiwali "wkładane im w usta" zdania formułowane przez obrońców łobuza.
Później bez żadnej refleksji, albo potakiwali, albo mówili, że dziś już nie są tego pewni, że nie pamiętają.

Ich zeznania w konsekwencji były nieostre, niejednoznaczne i nie do końca obciążające łobuza. A po wyjściu z sali sądowej, czasem po tygodniu, przychodzili do mnie i mnie przepraszali, że rzeczywiście nie powiedzieli tego co powinni, co zamierzali, ale było już za późno, bo protokół z ich zeznań był inny niż ich intencje.

Dlatego też boję się bardzo, czy kolejny świadek (kurator), który odważnie napisał w notatkach urzędowych sposób zachowania się łobuza podczas wizyt "do dzieci", które tak na prawdę były i są tylko pretekstem do kolejnego znęcania się nade mną i próbą zastraszania mnie, wykorzystując do tego dzieci - czy świadek ten sprosta temu zadaniu?
Czy powie to wszystko co napisał w notatkach?
Czy  sposób wypowiedzi kuratora będzie pewny, stanowczy?
Czy obrońcy łobuza znajdą kolejny sposób na wytrącenie świadka z równowagi, lub próbę obalenia jego wiarygodności?

Boję się po raz kolejny tego wszystkiego, bo znowu ja i moje dzieci jesteśmy bez głosu. Mogę jedynie tylko się temu przysłuchiwać i liczyć na cudzą uczciwość, odwagę i umiejętność wypowiedzi w sytuacjach stresowych, czyli przed sądem.


Czy kurator zda ten egzamin?

Pozostaje mi tylko bać się i wierzyć, że niedługo skończy się to wszystko.

Przez ostatnie 6 lat, mniej więcej około 2 razy w miesiącu, mam w sobie ten strach i niepewność. Wciąż moje życie zależy od kogoś.
Nie mam już siły.

Jedynę czego pragnę, to w końcu nie bać się.
Niezapowiedziany gość: choroba. niedziela, 13 listopad 2011, 11:26

Już trzeci dzień ledwo żyję.

Zachciało mi się umyć okna, bo słoneczko mnie "skusiło"  - ... i mam co chciałam, a raczej o czym w ogóle nie pomyślałam, że może się to dla mnie źle skończyć, że mogę się rozchorować.

Dziś już nie mam siły.
Tak zwyczajnie, po prostu jestem chora.


I spraw Panie Boże ...
... by leki działały tak szybko jak w reklamach ...
... bo jutro muszę iść do pracy!


OJ, ŻYCIE !!! poniedziałek, 07 listopad 2011, 14:44
Wiele się dzieje, aż ogarnąć jest trudno.


Nie pisałam ostatnio, bo zbyt szybko przemykają mi kadry mojego Życia - czasami nie nadążam, a obowiązków wciąż przybywa … i kłopotów też.

Z bieżących spraw: mam za sobą wizytę ojca do dzieci w obecności sądowego stróża. Oj, tym razem znowu się działo.

Ponieważ Sąd zmienił osobę dozorującą spotkania (po niekorzystnych notatkach pisanych o ojcu dzieci), ustanowiono do spotkań z dziewczynkami tym razem, Pana policjanta (przychodzi w cywilu).

Aniołki bardzo miło i ciepło wspominają poprzedniego sądowego stróża w postaci miłej Pani, która świetnie złapała z nimi kontakt, umiała wyciszyć pojawiające się wybuchy nadzorowanego ojca dzieci, potrafiła subtelnie koordynować przebieg spotkania, by nadzorowany ojciec dzieci nie zarzucił jej zbytniej ingerencji w zabawie z dziećmi.
Sprytnie podpowiadała fajne zabawy i umiejętnie wycofywała się, by ojciec dzieci mógł dalej się włączyć w rozpoczętą zabawę.

Czasami mnie to denerwowało, bo Pani kurator bardzo ułatwiała ojcu dzieci kontakt z nimi, a on nie musiał się już wysilać, bo wszelkimi pomysłami, jak z rękawa, sypała kuratorka.

Ale pomyślałam sobie wówczas, że najważniejsze są moje Aniołki i lepiej, aby ten czas spędziły w przyjemnej atmosferze (choć często przerywanej agresją ojca), niż zmuszone były oglądać leżącego na kanapie ojca-obserwatora, pomrukującego coś pod nosem.

Więc się nie odzywałam, pomimo, że kuratorka odwalała za niego całą robotę i właściwie to przygotowywała mu dzieci  do zbawy i kierowała ich aktywność w jego kierunku.

Wyglądało to tak, że jemu robiło się głupio, więc wchodził w powierzchowne relacje do pierwszego znużenia, a Aniołki potem wyczuwając brak jego zainteresowania, znowu zapraszały do zabawy Panią kurator.

Przedwczoraj było już inaczej, bo i kurator był inny (już druga wizyta w domu Pana policjanta).


Jest to Pan równie miły, jednak bez umiejętności organizowania maluchom w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym czasu wypełnionego zabawą i jakże istotnej cechy w postaci dyskretnej podpowiedzi i ukierunkowania energii dzieci w stronę ojca.

A ojciec dzieci, jak i wcześniej, tak i teraz wykazuje postawę bierną i obojętną – choć przez "pierwsze 5 minut" stara się, jak tylko może, skupić uwagę dziewczynek na sobie, jednak one bardziej zainteresowane są nowym Panem kuratorem, niż nieprzyjemnym, udającym zainteresowanego nimi tatą.
Po przysłowiowych „pięciu minutach” tata „puchnie” i dalej już tylko udaje zainteresowanie dziećmi, spoglądając na zegarek.

Niestety nie ma w pokoju poprzedniej przemiłej Pani kurator (mającej na co dzień kontakt z dziećmi w tym wieku), więc tata ma problem!
A Pan policjant radzi sobie jak może. Bawi się z nimi, rysuje, zadaje zagadki – a tata siedzi i patrzy na swoje dzieci.

Na spotkaniu tym miało miejsce pewne wydarzenie.
Młodsza córeczka, dwa dni wcześniej miała szczepionkę (przeciwko: błonicy, tężcowi, krztuścowi i chorobie Heine-Medina) i w piątek wieczorem pojawił się jej na rączce odczyn poszczepienny. Wieczorem skonsultowałam to z lekarzem, zrobiłam okład i z nadzieją czekałam na dalszy przebieg, mając nadzieje, że odczyn ten będzie się zmniejszał.

Niestety w sobotę, odczyn ten przybierał coraz większych rozmiarów. Zadzwoniłam znowu do lekarza, jednak lekarz uspokoił mnie, że taka sytuacja, co prawda rzadko, ale po tych szczepionkach się zdarza – więc dalej smarowałam i robiłam okłady Aniołkowi.

Gdy wybiła godzina tzw. "zero", czyli czas przyjścia taty i kuratora, mój Aniołek poprosił mnie bym zdjęła jej opatrunek, bo wstydzi się chodzić z zabandażowaną rączką - … więc zdjęłam opatrunek zgodnie z jej życzeniem.

Podczas spotkania, w drugiej jego godzinie, Aniołek sygnalizuje mi, że źle się czuje i ma gorączkę. Rzeczywiście miała 38,5 stopni C.


Kurator sam zauważył, że jest coś nie tak i spytał co dzieje się z dzieckiem.

Powiedziałam wówczas o szczepieniu, po czym gdy zobaczył rączkę dziecka, zobligował mnie do wykonania telefonu na pogotowie.

Zadzwoniłam, więc i powiedziałam, co dzieje się z dzieckiem. Po konsultacji dyspozytorki pogotowia z lekarzem, usłyszałam, że powinnam zgłosić się z dzieckiem do szpitala, by obejrzał to lekarz, bo po tych szczepionkach nie powinien pojawić się tak wielki odczyn poszczepienny.

Przekazałam tę wiedzę na bieżąco ojcu dzieci i kuratorowi i nagle powstał temat przerwania wizyty (wizyta trwa 4 godziny, a to było po 2 godzinach od jej rozpoczęcia). Ojciec dzieci, stwierdził, że znowu coś wymyślam, że ingeruje w jego czas z dziećmi i on ma przecież prawo tu siedzieć do 18-stej.

Kurator oniemiał na reakcję biologicznego ojca i sam go zapytał, czy rzeczywiście nie widzi stanu dziecka i spuchniętej, czerwonej rączki dziecka?

Nie otrzymał jednak odpowiedzi wprost, bowiem ojciec zaczął się wymądrzać, że jego czas jest do 18-stej, że on ma tu prawo być, że dziecko przecież nie jest takie chore, jak próbuje przedstawić to matka. Kontynuował swoje wywody na mój temat, jaka to ja jestem nie porządku i próbował wymusić na kuratorze, aby to on podjął decyzję o przerwaniu tego spotkania.

Wówczas wkroczyłam do dyskusji ja i uprzedziłam kuratora, aby nie podejmował takiej decyzji, aby pozostawił tą decyzję jemu, bo w przeciwnym razie będzie miał problemy w Sądzie, bo ojciec dzieci oskarży go o celowe ograniczanie mu czasu z dziećmi. Kurator posłuchał mnie i pozostawił tę decyzję ojcu. Spytał mnie tylko, czy jest zagrożenie życia dziecka i czy muszę natychmiast jechać do szpitala?

Odpowiedziałam mu - zgodnie z prawdą - że nie ma zagrożenia życia, że jak ojcu tak bardzo zależy, to ja poczekam do tej 18-tej i po skończonej wizycie pojadę z córką do szpitala.
Powiedziałam również, że bardzo żałuję, że ta okoliczność wyszła podczas tego spotkania, bo tak naprawdę to przecież mogłam w ogóle odwołać tę wizytę już na samym początku i nie miałaby miejsca cała ta sytuacja (jednak nie odwołałam, bo nie chciałam spotkać się w Sądzie z kolejnym zarzutem utrudniania kontaktów ojca z dziećmi).

Ojciec dzieci stał tak w pokoju i prowadził monolog na temat całej sprawy. Kurator patrzył i słuchał.
Im więcej słyszał, tym bardziej nie dowierzał, że to wszystko dzieje się naprawdę. Dziecko w ogóle się nie liczyło w tym wszystkim.
Najważniejsze było prawo przebywania w tym domu do 18-tej. Reszta, nie miała dla ojca żadnego znaczenia.

Później, wyszła jeszcze propozycja ojca, żebym sobie pojechała z młodszą córką do tego szpitala, a starszą zostawiła i on się z nią pobawi do 18-tej, bo przecież ma takie prawo.

Aniołek gdy to usłyszał, od razu zaczął krzyczeć, że ona sama nie zostanie z tatą i kuratorem, że chce być z mamą i siostrą.
Osobiście wiedziałam, że tak zareaguje, więc nie mogłam pozwolić na taki stan i nie wyraziłam na to zgody.

Chcąc ukrócić całą tą niepotrzebną dyskusję, powiedziałam, że skoro ma prawo, więc niech zajmuje się w tym czasie dziećmi, a nie kłóci się ze mną i z kuratorem.

Zrobiło mu się głupio i zamilkł na chwilę.

Dzieci jednak nie chciały go w ogóle słuchać. Młodsza tuliła się do mnie, a starsza skakała sobie na łóżku nucąc jakąś piosenkę.

Ja, w tym czasie, pakowałam się do szpitala, bo nie wiedziałam, czy tam zostanę na noc, czy tylko skorzystam z pomocy doraźnej (musiałam być przygotowana na każdą ewentualność – jak to matka!). Starsza córeczka w tym czasie miała zostać u moich rodziców.

Atmosfera w pokoju była gorąca.
Słyszałam wciąż ostrą dyskusję ojca dzieci z kuratorem.

Pikanterii dodawał fakt, że na początku spotkania, ojcu dzieci nagle w kieszeni spodni włączył się dyktafon na funkcję głośno mówiącą i słychać było nasze głosy. Zareagowałam na ten fakt, przypominając, że w Sądzie była mowa na ten temat, że spotkań tych mamy nie nagrywać, bo po to jest ustanowiony kurator. On wówczas odburknął coś pod nosem i powiedział, że to jest jego sprawa, że jak chce to będzie to nagrywał.

Tak, więc kurator był bardzo powściągliwy w swoich rozmowach z nim i nie dawał się prowokować, ucinając tym samym każdą jego zaczepkę, gdyż miał świadomość, że jest nagrywany.

Ponieważ atmosfera spotkania była nie do zniesienia, w końcu ojciec dzieci zadecydował, że nie ma sensu siedzieć tu dłużej, że on poczeka na mnie jak się wyszykuję i razem wyjdziemy z domu.

Powiedziałam, że nie będę z nimi nigdzie wychodzić, że jak chce już zakończyć wizytę, to niech opuści mieszkanie, bo ja musze jeszcze się spakować i dopiero sama, na spokonie pojadę z dzieckiem do szpitala.

Kurator mnie poparł i po ponad godzinnej dyskusji opuścili moje mieszkanie 40 minut przed 18-stą.

Niestety pod blokiem kurator dał ponownie się wciągnąć w dyskusję z nim i następne 15-20 minut, widziałam ich przed klatką jak o czymś usilnie dyskutują - nie podoba mi się to, ale nie mam na to wpływu, choć uważam, że nie jest to w porządku.

UFF – jak dobrze, że już poszli, pomyślałam w głębi ducha.
Dziewczynki również, jakby czytały w moich myślach powiedziały zgodnie „dobrze, że już sobie poszli”.

A ja odsapnęłam, po tym wszystkim i wzięłam mojego Szkraba do samochodu i pojechałyśmy do szpitala.


Tam okazało się, że lekarz, rzeczywiście stwierdził, że bardzo rzadko zdarza się, aby tak ogromny odczyn poszczepienny, który  zobazył na rączce Aniołka. Zmierzył cały jego obszar i powiedział, że nie będzie zgłaszał tego zdarzenia do sanepidu, bo obligatoryjnie zgłasza się odczyny powyżej 10 cm szerokości, a Aniołek mój miał 8,5 cm.

Przebadał dziecko, stwierdził gorączkę, zainfekowane gardło (a przed szczepieniem dziecko było zdrowe), przepisał lekarstwa, dał na miejscu środek odczulający, opatrzył całe miejsce szczepionki i zalecił własną obserwację, a w razie pogorszenia ponowną wizytę na oddział.

Zadowolone wyszłyśmy ze szpitala, że nie musimy tam zostawać i wróciłyśmy bezpiecznie do domu.

Bałam się, że łobuz będzie jechał za nami, jednak na szczęście go nie widziałam.
Poza tym miałam tzw. „pietra” po ostatniej stłuczce, bo stłuczka ta miała miejsce na skrzyżowaniu obok tego szpitala, a tego dnia rano właśnie odebrałam auto od lakiernika.
Na szczęście bez dodatkowych przygód wróciłyśmy całe i "zdrowe".

Tak oto przebiegała ostatnia wizyta ojca do dzieci. Ojca, który przedstawia się przed Sądem jako troskliwy, kochający swe córeczki tatuś, który to o niczym innym nie myśli w życiu, jak tylko o krzywdzie jaka go spotkała, czyli izolacja od własnych dzieci.

Podczas tej wizyty - po raz kolejny - okazał, jaki potrafi być naprawdę troskliwy wobec córek i co jest dla niego najważniejsze.

Ciekawa jestem Waszych komentarzy na ten temat.

A ja tymczasem, muszę ładować akumulatory na następną wizytę.

Za dwa tygodnie znowu muszę łobuzowi otworzyć drzwi i zachęcać (niczego nieświadome) dzieci do kontaktów z ojcem, który swoją agresywną, roszczeniową postawą nie odpuszcza i egzekwuje skrupulatnie swoje prawa biologicznego ojca.


Dzień Wszystkich Świętych 2011r. wtorek, 01 listopad 2011, 19:13

Dzień Wszystkich Świętych (łac. Festum omnium sanctorum ) święto na cześć chrześcijańskich świętych obchodzone 1 listopada.

Od 610 do 731 roku naszej ery święto to obchodzono 1 maja, dopiero Papież Grzegorz III, w 731 roku, przeniósł to święto na 1 listopada.

Dzień Wszystkich Świętych jest często mylony z następnym (2 listopada) tzw. Dzień Zaduszny (dniem zmarłych) i dlatego w tym dniu przyjęło się czczenie zmarłych i chodzenie na groby.

Zwyczaje:
W krajach katolickich zwyczajowo w Dniu Wszystkich Świętych odwiedzamy rodzinne groby czcząc zmarłych. Jest to dzień zadumy związany ze wspominaniem zmarłych.

W kościele prawosławnym takim dniem jest Niedziela Wielkanocna.

W krajach anglosaskich, natomiast, odpowiednikiem Dnia Wszystkich Świętych jest Halloween w tym dniu , jednak, protestanci w odróżnieniu od katolików wesoło świętują.

W większości religii ze świętem zmarłych związany jest ogień, jest on symbolem pamięci, wdzięczności, modlitwy.
Z tradycji pogańskiej ma on także na celu oświetlanie drogi zmarłym, spalenie ich grzechów i odpędzenie demonów.

Ciekawostki:
Jednym z najdawniejszych, zachowanych kazań spisanych w języku polskim jest kazanie na Dzień Wszystkich Świętych (In Die Omnium Sanctorum). Kazanie to znajduje się w rękopisie Biblioteki Kapitulnej w Pradze i pochodzi z połowy XV w. Pełny tekst kazania znajduje się w: Najdawniejsze zabytki języka polskiego, oprac. W. Taszycki, Wrocław 1975.
6 punktów. środa, 26 październik 2011, 19:57
Wczoraj miałam tę nieprzyjemność dostać po raz pierwszy w życiu "punkty" w ilości 6.

Ogólnie źle się z tym czuję, bo po raz pierwszy uczestniczyłam w kolizji drogowej - na szczęście nikomu nic się nie stało, jednak samochody muszą przejść pewien retusz w warsztacie samochodowym.




Wezwano Policję (ileż było czekania na nich, zwłaszcza że spieszyłam się do pracy), potem było ustalanie winnego, pisanie mandatów, pomiary alkomatem i cały zgiełk dookoła, który to jeszcze dzisiaj czkawką mi się odbija.


Uznałam swoją winę
, bo była ona oczywista - nie sprzeciwiałam się od początku, jednak pan o którego się "otarłam" nalegał i żądał wręcz obecności policjantów.

Dobrze, powiedziałam - jak nie chce przyjąć oświadczenia ode mnie, to niech wzywa policję.
Więc ... wezwał.

Dodatkowe koszty z tym związane musiałam więc ponieść ja - bo byłam winna. Dostałam mandat i moje pierwsze niechlubne 6 punktów!

A kierowca, przez którego ja skręciłam kierownicą w lewo i "otarłam" się o pana w samochodzie obok, zwyczajnie pojechał sobie dalej, jakby w ogóle nie wiedział, że wymusił na mnie manewr, który zakończył się kolizją. Ominął spokojnie sygnalizację świetlną, zjechał z krawężnika i skręcił sobie, jak gdyby nigdy nic w prawo i ... pojechał.
A ja w reakcji na jego ruch - odbiłam w lewo i ... miałam bliskie spotkanie z innym uczestnikiem ruchu.

No cóż, pomyślałam - to chyba jest dla mnie jakieś ostrzeżenie i przestroga na przyszłość.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że tuż przed kolizją pomyślałam sobie: "Boże, żebym dojechała szczęśliwie i nie miała jakiegoś wypadku".

Zdążyłam tak pomyśleć i ... bum - stało się.

Teraz, więc załatwiam wszystkie formalności, by jak najszybciej o tym zapomnieć i zrobić samochód przed zimą.

No i cieszę się, że nikt nie ucierpiał, że to była tylko kolizja, a nie wypadek.


Niespokojne życie w Ozazie Spokoju, czyli niepokój i nadzieja. wtorek, 18 październik 2011, 14:42
Wróciłam do „żywych”.

Ostatnie kilkanaście dni z mojego życia były bardzo absorbujące i ponad moje siły.

Sprawa rozwodowa z 23 września, bardzo mnie dotknęła.


Najpierw przeżywałam to, co usłyszałam i doświadczyłam na sali sądowej, później musiałam stanąć w opozycji do wydanego postanowienia Sądu i napisać w swoim imieniu zażalenie do II instancji (adwokat pojechał na urlop, a termin zażalenia wynosi 7 dni).

Wczoraj właśnie zaniosłam zażalenie do Sądu i odetchnęłam z ulgą, bo wiem, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, by uchronić dzieci przed łobuzem. Teraz w niepokoju i z nadzieją czekam na decyzję Sądu II instancji.

Dziś otrzymałam korespondencję od Prezesa Sądu, do którego napisałam po raz drugi skargę (po rozprawie z 23 września), który to zawiadamia mnie, że moja skarga została uznana jako wniosek o wyłączenie sędziego i została przekazana do Przewodniczącego wydziału cywilnego zajmującym się orzekaniem w tego typu sprawach.
Również z niepokojem i nadzieją będę oczekiwała na Postanowienie w tej sprawie, licząc na to, że spowoduje to wyłączenie sędziego, który w sposób ułomny, przewlekły i przekraczając granice prawa prowadził 6 lat moją sprawę rozwodową.

Czekam jeszcze na jedną korespondencję od Prezesa tegoż Sądu, a mianowicie również niedawno, otrzymałam list z Ministerstwa Sprawiedliwości, w którym to informują mnie, że przyjęli moją sprawę do rozpoznania i przekazali mój list do Prezesa Sądu zobowiązując go do odpowiedzi na ten list i kopię tej odpowiedzi zobowiązany jest przesłać do Ministerstwa. Tak, więc z niepokojem oczekuję i tej odpowiedzi.

To był dla mnie trudny okres, bowiem po sześciu latach dochodzenia SPRAWIEDLIWOŚCI w polskich sądach, tej sprawiedliwości się nie doczekałam.

Dotychczas reprezentowałam postawę pełną pokory, wyczekiwania, zrozumienia i nieśmiałości oraz swoistego strachu przed całą machiną sądownictwa.


Po rozprawie 23 września powiedziałam DOŚĆ!
Dość już tego wszystkiego. Muszę coś zrobić, aby ten zastygły marazm polskiej sprawiedliwości w końcu się rozgrzał i zmienił się w aktywne działanie.

Zaczęłam, więc informować w trybie administracyjnym, jak polski Sąd, w mieście wojewódzkim, prowadzi rozprawę rozwodową małżeństwa trwającego 9 miesięcy, którego podłożem jest przemoc domowa.
Opisałam stan faktyczny sprawy, która toczy się już szósty rok.

Mam nadzieję, że COŚ drgnie i w następne święta Bożego Narodzenia będę mogła normalnie żyć, że za moimi plecami będzie stał tylko mój cień, a nie cień łobuza.

A tymczasem, muszę go jeszcze wpuszczać do domu, bo jest ojcem dzieci i Sąd zabezpieczył mu prawa do widzenia się z nimi, gdyż sprawa karna wciąż się toczy i wyrok jeszcze nie zapadł, więc Sąd kieruje się zasadą „domniemania niewinności”.

Więc otwieram mu drzwi, wpuszczam go do mieszkania - do pokoiku dziewczynek, a na wszystko patrzy pan Policjant w cywilu, zabezpieczający prawidłowy przebieg spotkania.
Wpadłam na chwilę, by się przywitać i podziękować. poniedziałek, 03 październik 2011, 20:39
Odezwę się niebawem.

Dziękuję wszystkim za słowa wsparcia i osobistą korespondencję.

W tej chwili "walczę" z ogólnie pojętym Wymiarem Sprawiedliwości, piszę kolejną skargę, wnoszę o uzasadnienia niekorzystnych z punktu widzenia dobra dziecka postanowień wydanych w trybie zabezpieczenia.

O szczegółach napiszę niebawem.

No i mam jeszcze za sobą - wizytę z chorym zakaźnie ojcem dzieci.
Do wizyty nie dopuściłam i pewnie będę miała z tego powodu kłopoty - ale tym będę martwić się później.

A tymczasem dochodzę do siebie staram sobie radzić z ciśnieniowym bólem głowy.
Coś okropnego, czuję się, jakby tył głowy miał mi wybuchnąć.




 
Blogowa Koleżanka "Amaterasu559" bardzo trafnie napisała o Aniele zemsty.

Też bym sobie życzyła spotkać Go na swojej drodze usłanej cierniami.
A tymczasem, żeby Go przywołać, pozwolę sobie skopiować jego postać - może znajdzie do mnie szybciej drogę?



Pozdrawiam wszystkich serdecznie i jeszcze raz dziekuję za wsparcie.

Temida6


Dzisiejsza wokanda. piątek, 23 wrzesień 2011, 17:35
Dzisiaj polska Temida po raz kolejny zadała mi cios.
Nie ogarniam tego, nie rozumiem.

Nie jestem w stanie napisać szczegółów, bo wciąż to przeżywam i muszę sobie jakoś z tym poradzić.

Miałam dziś sprawę rozwodową. Była to wokanda wyznaczona po mojej skardze do Prezesa tegoż Sądu na przewodniczącego składu sędziowskiego, m.in. za przewlekłość tego postępowania (moje małżeństwo trwało tylko 9 miesięcy, po czym uciekłam po porodzie od łobuza, będąc już w drugiej ciąży - a rozwód trwa już 6 rok).

No i dostało mi się. Mnie i dzieciom.

Zobaczyłam dziś ludzką twarz polskiej Temidy: pełną nienawiści i zemsty za to, że miałam śmiałość się na nią poskarżyć do Prezesa Sądu.
Poczułam się na sali sądowej jak w starciu z łobuzem - jakby sąd mówił jego głosem.

Jestem załamana.

Dzisiejsze wydarzenia były garścią kamieni rzuconą w szybę samochodu.



Teraz ... właśnie pękam.
Ochrona matki i dzieci przez polską Temidę. czwartek, 22 wrzesień 2011, 19:42
Po raz kolejny wyszłam z sądu załamana.

Nadal czuję się jak wystawiona potrawa na talerzu, którą to podaje polska Temida łobuzowi i gwałcicielowi.


Ten tydzień jest dla mnie wyjątkowo bardzo trudny.
Na początku tygodnia miałam wokandę w sprawie karnej (jutro mam sprawę rozwodową).
Miał to być jeden z ostatnich terminów. Był wezwany kurator sądowy - miał zeznawać, po nim miały być złożone wyjaśnienia oskarżonego, mowy końcowe i niebawem powinien już zapaść wyrok.
Niestety, ten rozplanowany harmonogram, po raz kolejny skutecznie zburzył oskarżony.

Dotychczas, pomimo wzywania go przez Sąd (z klauzulą obowiązku stawiennictwa) celem złożenia wyjaśnień, oskarżony jak zwykle nie stawiał się, a Sąd nie wyciągał z tego żadnych konsekwencji prawnych.
Ja na sali milczałam, gdyż bałam się zwrócić uwagę na ten temat polskiej Temidzie, że uchybia procedurze karnej. A poza tym, przecież na sali jest jeszcze prokurator, który też milczy, tudzież nie zauważa tego w ogóle.

Tym razem oskarżony, po raz pierwszy postąpił zgodnie z procedurą postępowania karnego i usprawiedliwił swoją nieobecność dostarczając zaświadczenie lekarza sądowego, potwierdzające jego niezdolność do uczestniczenia w czynnościach procesowych. Więc polska Temida miała klarowną sytuację: oskarżony jest chory, więc odraczamy posiedzenie. I tak też się stało.

Podczas tego posiedzenia, po raz drugi w tym procesie, mój pełnomocnik i ja wnieśliśmy o zakaz zbliżania się do mnie do czasu orzeczenia wyroku. Wniosek ten poparł prokurator. Oczywiście obrońcy oskarżonego byli przeciwni. A co na to polska Temida?

Polska Temida jest ślepa i nie widzi zagrożenia, więc odrzuciła złożony wniosek, argumentując ustnie, że przecież oskarżony nie napada mnie na ulicy, nie ma dowodów z ostatnich miesięcy, że groził mi pozbawieniem życia. A fakt, że przychodzi do dzieci 2 razy w miesiącu i w ich obecności awanturuje się, poniża mnie i używa tylko inwektywy nie jest przesłanką do zastosowania środka zabezpieczającego w postaci zakazu zbliżania się do mnie i dzieci, bo przecież nie użył wobec mnie siły fizycznej.
Ponadto sąd karny nie będzie ingerował w postanowienia o zabezpieczeniu wydane przez sąd cywilny. Nie chce się narażać na zarzut ze strony obrony oskarżonego, że jest to sprzeczne z postanowieniem zabezpieczającym prawa ojca.


Wysłuchałam z niepokojem tej argumentacji i powiedziałam, że oskarżony wykorzystuje fakt wizyt do dzieci, aby znęcać się nade mną, że dzieci nie są w polu jego zainteresowań, że to tylko pretekst (czego dowodem są notatki kuratora). Weźmy na przykład ostatnią wizytę w sobotę: powiadomiłam kuratora i oskarżonego, że odwołuję wizytę, bo dzieci są chore. I mimo tej informacji, oskarżony nakazał kuratorowi przyjść na spotkanie, bo on mi nie wierzy i sam chce to sprawdzić. Więc przyszedł.
Była piękna pogoda, temperatura za oknem ok. 26 stopni. Kurator przyszedł w krótkim rękawku, a po 15 minutach dzwoni do domu spóźniony ojciec. Otwieram drzwi i co widzę: łobuza ubranego w ciemny płaszcz i sięgającego ręką za pasek. Zdębiałam. W jednej chwili pomyślałam: albo mnie zastrzeli, albo obleje jakąś cieczą. Popatrzył na mnie z satysfakcją i poprawił sobie spodnie i następnie przekroczył próg mojego mieszkania. Zamykając drzwi byłam sparaliżowana (choć bardzo starałam się, aby łobuz nie zobaczył we mnie strachu). Powtórzyłam więc, że dziewczynki są chore, leżą w łóżku i odwołuję wizytę. Na co on powiedział, że sam chce to sprawdzić. Podszedł do nich i zapytał: „no co chore jesteście? Może tatuś przyniesie wam czekoladkę?”. Aniołki popatrzyły tylko na niego i nic nie odpowiedziały. A on dalej: „to co, mam iść po tą czekoladkę, powiedzcie, to wam kupię?”. Okazałam łobuzowi i kuratorowi zaświadczenie lekarskie i poprosiłam o zakończenie tego spotkania, by dziewczynki mogły w spokoju dochodzić do zdrowia.
Łobuz coś jeszcze rozmawiał do dzieci, odburknął w moją stronę i zażądał do kuratora, aby w jego obecności zmierzyć dzieciom gorączkę. Powiedziałam, że niedawno dostały Nurofen na obniżenie temperatury, więc pomiar temperatury nie ma w tym momencie żadnego znaczenia. On jednak się uparł, więc musiałam zmierzyć im gorączkę (obie miały 37,3`C). Po niedługim czasie, razem z kuratorem wyszli – on oczywiście bez żadnego „do widzenia”.
W skrócie opowiedziałam przebieg tego spotkania, jednak nie spotkało się to z żadną reakcją sądu.

Sędzia mówił, że oskarżony mi teraz nie mówi, że mnie zabije, nie kieruje wobec mnie gróźb karalnych, ostatnio mnie nie uderzył – nie ma przecież na to dowodów – więc mi nie zagraża.
No dobrze, ale przecież w aktach są dokumenty, które świadczą o tym, że groził mi wielokrotnie, że wielokrotnie mnie zgwałcił, znęcał się fizycznie i psychicznie. Przecież jest oskarżony m.in. o znęcanie się nade mną i gwałty oraz kierowanie gróźb karalnych. A co z jego zachowaniami niewerbalnymi? Czy jest na nie paragraf?

Dlaczego, więc polska Temida nie reaguje na głos kobiety/matki pokrzywdzonej przestępstwem przeciwko rodzinie i pozwala na wpuszczanie go do domu. Przecież jego zachowania, to nic innego jak kolejne formy znęcania się nade mną i dziećmi. Przecież oczywistym jest, że w trakcie postępowania karnego on nie powie mi w obecności kuratora sądowego, że mnie zabije - jest na to za mądry.

Jakiego dowodu chce polska Temida
, żeby móc ochronić matkę i bezbronne dzieci przed łobuzem. Czy dowodem ma być moje ciało - jak już po raz ostatni mnie zgwałci i dobije? Przecież do tego wszystkiego to zmierza.


Ciśnienie jakie towarzyszy nam w ostatnich latach nakręca spirala nienawiści z jego strony i strachu z mojej strony. Ja już nie wytrzymuję tego ciśnienia. Czuję się bezbronna, nie czuję żadnej ochrony i wsparcia, a tyle przecież się mówi – chociażby w mediach – na temat ochrony ofiar przemocy domowej przed łobuzem. A co jest w moim przypadku: ja MUSZĘ łobuza wpuszczać do swojego domu i nie wolno mi się nic odzywać. To jakiś absurd!!!

Sędzia powiedział mi, że przecież ja nie muszę być przy kontaktach z dziećmi, że mogę wyjść z domu. Zapytałam zdziwiona: „jak to, mam wpuścić oskarżonego do mojego domu i zostawić go tam z dziećmi?” Nie otrzymałam już odpowiedzi.

Dlaczego polska Temida ode mnie tego wymaga? To kolejny absurd!
Udało mi się stworzyć bezpieczny dom dla dzieci. Mnie osobiście udało się jakoś otrząsnąć od traumatycznych wspomnień z przeklętych „4 ścian Królestwa Tłumionego Krzyku”. A teraz po latach mam wszystko oddać łobuzowi? Mam zostawić swój dom, dzieci i po prostu wyjść??? Mam pozwolić, żeby łobuz swoje patologiczne zachowania przenosił do mojego domu? A czy ktoś w ogóle pomyślał o dzieciach?

Do jasnej cholery, czyje prawa są tu chronione? Czyje dobro jest na pierwszym miejscu?
Czy dzieci również są traktowane przez polską Temidę jak obiad na talerzu podany łobuzowi, czy może będą przystawką dla niego?

Czy rzeczywiście musi dojść do kolejnego skrzywdzenia, żeby polska Temida mogła drgnąć i ochronić dzieci przed niekontrolowanymi zachowaniami zboczeńca?

Czy samo poczucie zagrożenia, w obliczu zgromadzonego materiału dowodowego dotyczącego poczynionych przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu nie wystarczy, aby polska Temida ochroniła matkę i jej dzieci przed łobuzem, który metodycznie je wykańcza?

Czego jeszcze trzeba? Kolejnej tragedii jak w Szczepankowie na Mazurach, gdzie łobuz zabił żonę i dzieci. I co z tego, że później on sam popełnił samobójstwo.
Czy mój koniec ma być podobny?


Już nie wiem GDZIE, JAK i DO KOGO mam mówić, żeby mnie wysłuchano, zrozumiano moją sytuację i aby ktoś mi pomógł. Nie wiem, chce mi się krzyczeć, ale nawet i na krzyk już sił mi brak.

W sprawie karnej z tego tygodnia, wynikł jeszcze bardzo istotny fakt, który również budzi we mnie lęk. Okazało się bowiem, że wystawione zwolnienie lekarskie przez sądowego lekarza, było wydane na podstawie przyniesionej przez oskarżonego dokumentacji tj. wyników badań laboratoryjnych i po konsultacji z lekarzem chorób zakaźnych. Co oznacza, że łobuz jest chory na jakąś zakaźną chorobę, lub co najmniej podejrzewa się u niego chorobę zakaźną. Ale skoro lekarz sądowy potwierdza niezdolność na podstawie innej dokumentacji medycznej stwierdzającej stan pacjenta, to znaczy, że jest rzeczywiście chory.

Spytałam więc polską Temidę: „czy w obliczu informacji o chorobie zakaźnej oskarżonego mam go wpuszczać do domu? Co ja mam zrobić? Przecież on właśnie mając świadomość, że jest chory przyszedł w sobotę do dzieci? Czy ja mam go wpuszczać do domu?”

W odpowiedzi od polskiej Temidy usłyszałam: „Ja nie jestem tu do odpowiadania na pytania.”

Więc zostałam z tzw. „ręką w nocniku”. Odroczono mi termin rozprawy na kolejne 3 tygodnie i koniec dyskusji – bo przecież z polską Temidą nie wolno rozmawiać.

Jutro mam wyznaczoną wokandę w sprawie rozwodowej. Wokanda została przyspieszona w efekcie uznania mojej skargi na działanie tegoż Sądu.
Ale cóż, z tego, że polska Temida drgnęła w przedmiocie przyspieszenia terminu wokandy, jak łobuz był bystrzejszy – zabezpieczył się zwolnieniem lekarskim poświadczonym przez lekarza sądowego, więc sprawy nie będzie.

Płonne były moje nadzieje, że jutro na rozprawie polska Temida podejmie decyzję o cofnięciu postanowienia o kontaktach ojca z dziećmi w trybie zabezpieczenia.
Jak widać łobuz przewidział taki rozwój sytuacji i sam się zabezpieczył. A przecież polska Temida nie może nic zrobić bez strony na sali rozpraw, nawet, jeśli chodzi o ochronę i zabezpieczenia praw dzieci. To z łobuzem trzeba obchodzić się jak z jajkiem, a dzieci … jakoś sobie poradzą, a jeśli nie, to już będzie temat dla innego składu sędziowskiego.

Tak więc, łobuz nadal może przychodzić do dzieci, nawet jeśli jest chory – bo jak skończy mu się zwolnienie lekarskie (zwolnienie, a nie zakaźna choroba), to ja mam obowiązek go wpuścić do domu, bo w przeciwnym razie polska Temida ukarze mnie za utrudnianie kontaktów ojcu z dziećmi.

Cóż mi pozostało? Znowu czekać i modlić o cud.

A dzieci i ja – nadal jesteśmy skazane na metodyczne wykańczanie nas przez wykształconego łobuza.


Ciekawa jestem jakie konkretne rady dla polskiej Temidy, miałaby Pani Jolanta Kwaśniewska, która uczestniczyła w panelu na III Kongresie Kobiet i zabierała głos na interesujący mnie temat "Przemoc wobec kobiet - margines czy codzienność?"

Ciekawe, czy podobnie jak ja uznałaby, że działanie Wymiaru Sprawiedliwości - w moim konkretnym przypadku - jest niesprawiedliwe i bardzo krzywdzące ofiarę przemocy domowej i jej dzieci, a dające jednocześnie cały wachlarz możliwości łobuzowi unikania odpowiedzialności za swoje czyny z możliwością kontynuowania przestępstwa znęcania się nad rodziną.

Ciekawe, czy odniosłaby, takie samo wrażenie jak ja, że to łobuz jest chroniony przez prawo, a kobieta, która odważyła się przerwać milczenie i krzyknąć DOŚĆ! wystawiana jest jak obiad na talerzu, a jej dzieci podawane na deser wprost przed nos ich oprawcy.


Omawiany przez Panią Kwaśniewską temat podsumowałabym następująco: przemoc wobec kobiet – to nadal codzienność w wielu polskich domach, która traktowana jest na marginesie przez polski Wymiar Sprawiedliwości.

Działania Temidy są bardzo dalekie od powszechnego poczucia sprawiedliwości społecznej. Polskiej Temidzie brakuje w jej wymiarze tzw. „czynnika ludzkiego”, czyli czynnika, który pozwoliłby jej spojrzeć na przepisy kodeksu postępowania karnego w relacji do przepisów kodeksu rodzinnego i opiekuńczego – zwłaszcza, jeśli orzeczenie Temidy dotyczy rodziny i jej przyszłego bezpieczeństwa, choćby miałoby być ono tylko pozorne.
Bo czymże jest środek zabezpieczający w postaci zakazu zbliżania się do osoby, jak nie właśnie takim pozornym poczuciem bezpieczeństwa osoby pokrzywdzonej przestępstwem.
Przecież, jeśli łobuz będzie chciał ponownie mnie skrzywdzić – to żaden zakaz i tak go nie powstrzyma. Ja jestem tego świadoma.

Ale nawet i to nie jest mi dane otrzymać od Wymiaru Sprawiedliwości – tej odrobiny poczucia bezpieczeństwa. Ja muszę łobuza i gwałciciela wpuszczać do domu.

Dla polskiej Temidy ważniejsze i silniejsze jest domniemanie niewinności, które chroni łobuza do wyroku, niż ochrona i zabezpieczenie osoby pokrzywdzonej przestępstwem i jej bezbronnych dzieci - bo nas nic nie chroni.

Polska Temida, wychodzi, chyba z założenia, że skoro wytrzymałam ostatnie 6 lat, to jeszcze następne też wytrzymam.

A ja jestem jak szyba samochodu – twarda do czasu, wielokrotnie zarysowana, popękana. Już niewiele mi potrzeba, abym pękła. Wystarczy już tylko jeden mały kamyczek po drodze, który uderzy we mnie niespodziewanie i cała się posypię.



A jak wiadomo: skleić przedniej szyby samochodu już się nie da – trzeba ją wymienić.

Tylko jak na to zareagują moje dzieci?



Nominacja One lovely blog... czwartek, 15 wrzesień 2011, 14:34
Niniejszym kontynuuję wirtualną zabawę i przedstawiam jej zasady:

1. Podziękuj i wklej na swoim blogu link blogera, który przyznał ci tę nagrodę.

Otrzymałam informację o nominacji mojego bloga. Z dopisku w komentarzach z dnia 11 września na moim blogu autor nominacji doprecyzował dlaczego: cyt. „Nominacja dla najlepszej MAMY pod słońcem i dla Kobiety dla której przeniesienie góry to pikuś. Podziwiam Cię również za Twoją siłę i odwagę.”

Bardzo dziękuję za ciepłe i przemiłe słowa e-koleżance, która bloguje „na krańcu nieba” - kobiecie ciepłej i wrażliwej na los drugiego człowieka, o otwartym sercu i pięknym umyśle, troskliwej mamie i piastunce domowego ogniska i jednocześnie polecam Jej blog: http://nakrancunieba.blog.interia.pl/



2. Skopiuj i wklej logo na swoim blogu - co niniejszym czynię:



3. Nominuj inne wspaniałe blogi za wyjątkiem blogera , który przyznał ci nagrodę.

Pragnę poinformować, że nominuję następujących autorów blogów, których zachęcam do wzięcia udziału w e-zabawie, mającej na celu przedstawienia siebie w tzw. pigułce, czyli w siedmiu punktach. Tak więc zapraszam do wirtualnej spowiedzi:

Arytreia – za to, że jest dzielną , wrażliwą Kobietą, pięknie opisującą swoje emocje oraz za jej otwarte serce i wytężony wzrok na potrzeby drugiego człowieka;

Cisza58a – za ciepłotę słów, za wsparcie, za odwagę w pisaniu o swoim życiu, za dojrzałe i celne komentarze, za towarzystwo w tunelu oraz asertywne podejście do codziennego życia;

Kolill76 – za bardzo oryginalne i wciągające czytelnika opisy z Jej życia wzięte, za codzienny a jednocześnie wysublimowany język i styl, za humor (czasem rubaszność), za bardzo oryginalny stworzony klimat, co stanowi zachętę do powrotu;

Amaterasu559 - za wrażliwość i ciepło oraz celem zachęty do częstszego odwiedzania wirtualnego świata;

Majkas2
- za wprowadzenie czytelnika w świat poezji, za trafne i właściwe ujęcie emocji w kilku wersach, za bawienie się słowem, za subtelność i nietuzinkowość.


4. Napisz o sobie krótką notatkę w siedmiu punktach.


1/ Ciągle myślę o wolności, choć paradoksalnie ją posiadam, jednak jest ona dla mnie wciąż niedostępna – jakbym była poza jej zasięgiem.

2/ Marzę o wakacjach z dziećmi – nigdzie nie wyjeżdżałam od sześciu lat. Dzieci są dla mnie Kimś najważniejszym i chciałabym dać im więcej siebie niż jest to możliwe obecnie.

3/ Nigdy nie zaufam już mężczyźnie, nawet jeśli moje otoczenie będzie miało inne zdanie na ten temat – boję się bliskości.

4/ Boję się ludzi, choć paradoksalnie nie mam problemów z nawiązywaniem bezpośredniego kontaktu.

5/ Spostrzegam siebie, jako osobę cichą, kruchą, wycofaną, ciągle czegoś się bojącą. Otoczenie moje mówi mi, że jestem wyjątkowo silna, dzielna i zaradna. Nie potrafię obiektywnie ocenić, jaka jest prawda – pewnie po środku. Ale faktem jest, że nie rzucam słów na wiatr, dotrzymuję słowa, obietnic i jestem wytrwała w dążeniu do obranego celu.

6/ Zdarza mi się podejmować decyzje pod wpływem emocji. A ponieważ, czasem, wychodziło mi to na dobre, więc niekiedy słucham nadal tego, co serce mi podpowiada.

7/ Mam w sobie dużo empatii, co powoduje, że moja głowa jest czasami zaprzątnięta problemami innych ludzi. Dla mnie samej, często brakuje już czasu i sił, więc żyję w biegu i poddaję się temu, co LOS przyniesie. Doskwiera mi brak czasu i niedobór snu oraz żelaza :-)



5. Napisz swoim nominowanym komentarz, aby dowiedzieli się o nagrodzie i nominacji.
10 rocznica niedziela, 11 wrzesień 2011, 18:32
Dla mnie ta data jest też swego rodzaju 10 rocznicą pewnych wydarzeń, bo właśnie od 11 września 2001 roku wszystko się zaczęło. Właśnie tego dnia usłyszałam po raz pierwszy głos człowieka, który – jak później się okazało – stał się moim katem.

Pamiętam to jak dziś. Ktoś nas umówił na spotkanie i tego dnia mieliśmy się poznać. Zadzwonił do mnie i spytał, czy przypadkiem moi znajomi nie byli na WTC. Odpowiedziałam, że nie, ale mimo że wówczas osobiście nikt znajomy nie zginął, to i tak nie byłam w stanie spotkać się z nim. Przełożyliśmy nasze spotkanie na 12 września - wtedy spotkałam się z nim po raz pierwszy.

Wydarzenia, które wówczas miały miejsce na świecie dały nam temat do wielu rozmów o życiu, więc bardzo szybko zaczęliśmy się poznawać i mówiliśmy wprost na temat tego, czego oczekujemy od życia, w domyśle od siebie.

Czasem myślę sobie, że wydarzenia na WTC były dla mnie jakimś ostrzeżeniem/znakiem przed tym człowiekiem, aby się z nim nie spotkać i nie poznawać go.


Gdybym wiedziała to wtedy, to moje życie dziś wyglądałoby zupełnie inaczej. Jednak ja nie wierzę w znaki i nie mam pojęcia jak je dostrzegać i interpretować. Więc i wówczas moja czujność była uśpiona. Skąd mogłam wiedzieć?



Dziś, pomimo pięknej pogody za oknem, jestem w pewnego rodzaju depresji.
Przywołuję we wspomnieniach całe swoje ostatnie 10 lat i wiem, że gdyby ktoś mnie zapytał w 2001 roku, co będę robiła za 10 lat i jakim będę człowiekiem, nawet przez myśl nie przyszłoby mi, że będę samotną matką i kobietą wciąż uciekającą przed domowym katem. Nie przypuszczałam, że na własnej skórze doświadczę przemocy fizycznej i przez kolejne długie lata jakże trudnej do zniesienia przemocy psychicznej.

Dziś, 11 września 2011 roku jestem w bardzo złym stanie. Poprosiłam mamę, aby wyszła z dziewczynkami na spacer i tuż po zamknięciu przez nich drzwi zaczęłam głośno płakać.
Wiedziałam, że mam czas tylko do 18-tej, bo przychodzi zaraz z pracy mój tata, więc i nawet by móc sobie popłakać musiałam się pospieszyć. Ciągle gdzieś się spieszę, wciąż muszę spoglądać na zegarek - to mnie dobija.

Trochę mi ulżyło, choć nie znalazłam w sobie siły i wiary na jutrzejszy dzień. Na dzień, który niczym nie różni się od pozostałych, ale gdy nie ma się w sobie tej siły to trudno jest sprostać tym wszystkim obowiązkom (wyszykowanie dzieci do przedszkola i szkoły, własna praca i pilnowanie urzędowych terminów, szybki powrót i zdążenie na czas by odebrać dziewczynki, obiad, lekcje z dzieckiem, wysłuchanie problemów każdej Iskierki, kolacje, kąpiele, czytanie bajki, usypianie, spakowanie ich na następny dzień, sprzątanie po wszystkim i jeśli znajdę w sobie resztkę siły to zanurzę się chwilkę w zawodową lekturę, by mieć poczucie, że jestem na bieżąco). Wiele by można tu wyliczać i mnożyć tych codziennych obowiązków, na które zwyczajnie nie mam siły. W powyższy plan muszę znaleźć jeszcze czas na zakupy, codzienne sprzątanie, pranie … itd. A czas płynie nieubłaganie, a doba ma tylko 24 godziny.

Teraz, pisząc powyższe jestem w dołku. Nie mam siły na nic. Nie mogę się spiąć i ruszyć do przodu. Jestem wyczerpana i zmęczona psychicznie. Czuję się, jakby tydzień się kończył, a nie zaczynał.


Kiedyś już to pisałam i dziś powtórzę.
"Jestem zmęczona. Czuję, że życie mnie przerasta. Ono pędzi swoim tempem, a ja otępiała stoję w bezruchu.
Jestem i stoję. Patrzę i nic nie dostrzegam. Tracę czucie, ostrość widzenia – jakby ktoś mnie znieczulił. Odczuwam tylko strach.
Jestem słaba – wiem to."

A przede mną o wiele więcej obowiązków niż kiedyś,
..... a mnie ubywa.

Nowy Rok Szkolny 2011/2012 czwartek, 01 wrzesień 2011, 20:20
Pierwszy dzień nowego etapu w życiu moich Kochanych Szkrabów.

Przed zaśnięciem opowiedziałam im bajkę, że w nocy przyjdzie do nich Piaskowy Dziadek i włoży im odwagę do ich serduszek, by mogły sprostać wszystkim wyzwaniom jakie stawia przed nimi nowe dla nich środowisko, nowa grupa rówieśnicza.

Iskierki obudziły się z uśmiechem i ekscytacją. Nie mogły się doczekać, kiedy wreszcie pójdą jedna do szkoły i druga do przedszkola. Szczebiotały od rana przy śniadaniu, były radosne i uśmiechnięte.

Ja wzięłam urlop, by móc z nimi przeżywać ich pierwsze dni i pierwsze nowe wrażenia. Mniejszą Iskierkę zaprowadziłam jako pierwszą do przedszkola. Gdy się z nią żegnałam widziałam w jej oczkach chwilę zwątpienia i smutku. Przytuliłam ją mocno na pożegnanie i przypomniałam o Piaskowym Dziadku. „No tak” – powiedziała, „mam w sobie odwagę, więc idę się bawić” – i pobiegła do nowych koleżanek, ściskając w rączce swojego pluszowego pieska. Pomachała mi jeszcze rączką i dała znak, że mogę już sobie iść.
Tak wyglądały pierwsze chwile mojego Aniołka w najstarszej grupie w przedszkolu.

Wróciłam do domku, do drugiej Iskierki. Ubrałam ją jak na pierwszaka przystało, upięłam kokardę we włosy, opowiedziałam czego może się spodziewać i powolutku wyszykowałyśmy się do wyjścia. Wzięłyśmy ze sobą babcię, kamerę i dobre humory.

Iskierka po przekroczeniu progu szkoły wyszukiwała wśród tłumu ludzi, swoich koleżanek z przedszkola. Co chwilę z kimś się witała, pozdrawiała i wołała „mamo zobacz jak tu fajnie, podoba mi się”. W tej atmosferze doszłyśmy do sali gimnastycznej na oficjalną inaugurację roku szkolnego 2011/2012.

„Super” – pomyślałam sobie, jak zobaczyłam organizację uroczystości. Nie było sztywnych apeli, sztandarów i oficjalnych wystąpień.
Był za to "mini koncert" o tematyce szkolno-patriotycznej poprowadzony przez osobę do tego przygotowaną. Pani animatorka rozkręciła atmosferę, dzieci wspólnie śpiewały, tańczyły na środku sali, dostawały określone atrybuty do danej piosenki (flagi, chustki, kamizelki itp...) i wszystkie wspólnie bawiły się.

Przyszedł moment, że pani animatorka poprosiła na środek chętnych rodziców (raz mamusie, raz tatusiów, a raz babcie). Atmosfera, która udzieliła się i mnie, zachęciła mnie na tyle, że nie miałam żadnych oporów wyjść na środek i tańczyć w rytm piosenki "o zdrowym odżywianiu". Dostałam na głowę piękny kapelusz z owocami i grzechotki w ręce i bawiłam się, nie zwracając uwagi na fakt, że wokół jest cała sala obcych rodziców, nauczycieli i dyrekcja szkoły. Spojrzałam na moją Iskierkę i zobaczyłam jak pięknie klaszcze do rytmu i pomyślałam, że było warto. Widziałam jak bardzo cieszyła się, że jej mamusia występuje na scenie. Jej uśmiech był dla mnie bezcenny.

Później na środek zostały poproszone babcie. A skoro była mamusia, to babcia również nie mogła zrezygnować z tej wyjątkowej artystycznej przygody. Dostała do ręki gitarę z kartonu i wraz z innymi babciami przygrywały dziarsko do puszczonej z głośników melodii.
Po zakończeniu uroczystości, wszystkie trzy (Iskierka, babcia i ja) byłyśmy radosne i uśmiechnięte.

Później, pierwszaki poszły ze swoimi wychowawcami do klasy, a następnie sprowadzone zostały do szatni, celem pokazania im gdzie codziennie będą zostawiały swoje ubranka.
Po małej szkolnej wycieczce, wszystkie wróciłyśmy do domku, po drodze pstrykając sobie zdjęcia z nadzwyczajnie uśmiechniętymi buźkami.

Moja Iskierka przytuliła się do mnie i powiedziała mi na ucho: „mamusiu, jestem z ciebie dumna”. A następnie spytała: „czy w nocy też był u ciebie Piaskowy Dziadek i włożył ci do serduszka odwagę?”.
„Tak” – odpowiedziałam i obie złapałyśmy się za ręce i zaczęłyśmy podskakiwać.

Przepełnione radością i szczęściem obie poszłyśmy do przedszkola po Naszą Młodszą Iskierkę, ciekawe jak Ona spędziła swój pierwszy dzień w najstarszej grupie.

Gdy otworzyliśmy drzwi od sali, zobaczyłyśmy jak skupiona siedzi i coś rysuje. „Poczekaj jeszcze chwilę mamusiu, bo to dla ciebie” – powiedziała. Postąpiłam zgodnie z Jej życzeniem i poczekałam.

Za chwilkę wtuliła się we mnie i dała mi swoją „Pierwszą przedszkolna laurkę” z uśmiechniętym słoneczkiem.
Następnie dziewczynki podały sobie ręce i wróciłyśmy do domku ... a buzie im się nie zamykały. Każda miała do powiedzenia tyle, że droga do domu okazała się za krótka.

1 września 2011r. – jest jednym z niewielu radosnych dni, które zachowam na długo w swojej pamięci. Ten dzień był niesamowity, a myślałam, że będzie taki przewidywalny – przynajmniej z mojego punktu widzenia.
Anioły czuwają! sobota, 27 sierpień 2011, 10:56
Byłam ze swoim Skarbem w szpitalu i laryngolog przełożył nam termin zabiegu wycięcia i podcięcia migdałków.

Powód to: stan podgorączkowy, który mój Skarb miał półtora tygodnia temu i wysypka po słońcu, którą wyleczyłam 2 tygodnie temu wapnem.

Jednak najważniejsze co usłyszałam, to fakt, iż widoczny boczny migdałek, który ma, jest bardzo przekrwiony i przy tych temeraturach, które dziś mamy jest bardzo duże prawdopodobieństwo krwawienia i komplikacji po narkozie.

Usłyszawszy to nie nalegałam, pomimo, iż jest to już kolejny odwołany termin zabiegu.

Pomyślałam sobie: "Anioły nad nami czuwają. Pewnie tak musiało być, bo gdybym nalegała na zabieg, pomimo negatywnych sugestii lekarza - pewnie byłyby jakieś komplikacje. A tak kontynuujemy nasze wakacje."

Ponieważ pogoda sprzyja wakacyjnym pluskaniem się w wodzie, ja wzięłam urlop, Skarby moje są zdrowe, więc wyruszyłyśmy wczoraj nad wodę.

Dzisiaj powtarzamy naszą wyprawę.

Jesteśmy już spakowane, humory nam dopisują, więc brykamy na pobliską plażę w centrum Polski.

Dziś Ty pomagasz Komuś, jutro Ktoś pomaga Tobie. poniedziałek, 22 sierpień 2011, 22:05

Całkiem niedawno moja mama oświadczyła mi, że oddała rowerek mojego młodszego Aniołka, jakiemuś panu z piaskownicy - dla jego wnuczki.
„Będziemy mieli więcej miejsca w schowku” – dodała –
„... a i tak komuś trzeba było go oddać, to czemu nie temu panu”.

„W porządku” – odpowiedziałam i pomyślałam sobie, że szkoda, że ja nigdy nie spotkałam takiej babci, która chciałaby mi dać coś dla mojego dziecka, ot tak, bezinteresownie.

...


Minęło kilka dni, a ja w końcu zaczęłam intensywne zakupy pt. „Wyprawka szkolna dla pierwszaka”.
„Boże, jakie to wszystko drogie, a plecaki nie dosyć że wszystkie wściekle różowe to każde na jedno kopyto" - stwierdziłam.

Ale cóż, zajrzałam w swój portfel po raz kolejny, uruchomiłam kartę i wyprawiłam moje Słoneczko do pierwszej klasy.
Wstrzymałam się tylko z plecakiem, bo stwierdziłam, że na pewno gdzie indziej będą inne tzn. „mniej różowe” i tańsze.

Zmęczone, wróciłyśmy do domku, dziewczynki zaczęły rozpakowywać wszystkie kupione przybory, kredki, zeszyty ... i obie całe szczęśliwe układały wszystko na biurku.
A mój Młodszy Skarb, w ogóle nie był zazdrosny, że starsza siostra dostała tyle nowych rzeczy.

Wieczorem Aniołki zasnęły i ja również miałam zamiar tak zrobić, jednak przeszkodził mi w tym telefon.
„Cześć” – usłyszałam w telefonie głos koleżanki.
„Długo nie mogę rozmawiać, ale dzwonię, aby ci powiedzieć, że jutro na dworcu wysiądzie nasza znajoma, która była u mnie i ma dla twojej córki plecak do szkoły. Zdzwońcie się, co do godziny i miejsca by się spotkać.”

Pogadałyśmy jeszcze przez chwilę i właśnie sobie uświadomiłam, że Los się do mnie uśmiechnął.
Po raz pierwszy dostałam coś od Kogoś za darmo – bezinteresownie i niespodziewanie. I to jeszcze w sytuacji, kiedy rzeczywiście tego potrzebowałam.

Reakcja mojego Słoneczka na prezent od Cioci: do dziś szczebiocze i chodzi po domu z nowym plecakiem, nie mogąc się już doczekać, kiedy zacznie się szkoła.

SUPER.

Chyba zacznę wierzyć w Anioły.

A tymczasem Anioły mogłyby czuwać nad nami w trakcie operacji migdałków mojego starszego Słoneczka.

W najbliższą niedzielę zgłaszamy się do szpitala
, a w poniedziałek oczekiwany przez nas zabieg – o ile moje Słońce do niedzieli się nie rozchoruje.

Tak więc Anioły – czuwajcie !!
Tragedia na Mazurach: Znaleziono zwłoki 4 osób, w tym dwójki dzieci. czwartek, 11 sierpień 2011, 22:21
Miejscowość Szczepankowo pod Grunwaldem - to co donoszą media na temat tej wczorajszej zbrodni jest czymś wstrząsającym.

Pierwsza moja myśl była taka: „Boże ja będę następna!”
I niestety, myśl ta nie opuściła mnie, nawet na trochę.
Myślałam ostatnio zwrócić się o pomoc do mediów, a za chwilę wyobraziłam sobie relację o mnie i moich Aniołkach właśnie w mediach: mąż z zemsty zabił żonę i 2 córki.

Zaczęłam więc analizować swoją sytuację, a wygląda ona tak:
- łobuz, który mnie krzywdził czeka na wyrok za znęcanie się nade mną, wielokrotne gwałty i uszkodzenie ciała,
- groził mi nie raz, że zabije mnie, jak dostanie przeze mnie wyrok i wszystko mu udowodnię,
- zaczął po latach przychodzić do dzieci, aby przybliżyć się do nich i zdobyć ich zaufanie,
- dzieci traktuje przedmiotowo, nie mają one dla niego żadnego znaczenia, choć usilnie walczy o nie przed sądem,
- zachowuje się w sposób agresywny i obcesowy w stosunku do nich,
- jest przepełniony nienawiścią i zemstą w stosunku do mnie i mojej rodziny,
- jest to człowiek z zaburzeniami, chwiejny emocjonalnie, wybuchowy i agresywny,
- mówi o sobie z dużym poczuciem skrzywdzenia i ma pretensje do wszystkich, że akt oskarżenia został utrzymany i toczy się przeciwko niemu rozprawa.

Boję się ponownie wystąpić o zakaz zbliżania się do mnie, bo uświadomiono mi, że zakaz ten nie obejmuje dzieci. A więc w świetle postanowienia o zabezpieczeniu praw ojca (w sprawie rozwodowej), zmuszona będę wydać łobuzowi dzieci na czas wizyty, bo do mnie nie będzie się mógł wówczas zbliżać.
To jakiś absurd!

Więc z dwojga złego muszę zrezygnować z możliwości zakazu zbliżania się do mnie i mieć go na oku podczas wizyt do dzieci. Przecież one sobie z nim nie poradzą. A jak już je skrzywdzi, to będzie za późno.

Zresztą sytuacja na Mazurach pokazała, na ile takie zakazy są skuteczne: jak chce się zemścić i zabić to i tak, go żaden zakaz nie powstrzyma.
A ja muszę otwierać mu drzwi mojego domu, wpuszczać do pokoju i narażać swoje dzieci na uraźliwy kontakt z nim.

Sąd nie może zakazać mu zbliżania się do dzieci, bo jeszcze ich nie skrzywdził, a to co poczynił w stosunku do mnie, nie oznacza, że zachowa się tak samo w stosunku do dzieci – z takiego założenia wychodzą polskie sądy.
Kto wymyślił takie prawo???
Przecież jeżeli gwałcił mnie w ciąży, to jednocześnie krzywdził dziecko! Dlaczego nikt nie patrzy na to z tej strony?

Dlaczego nikt nie patrzy na jego psychikę i predyspozycje do sadystycznych zachowań, do przemocy względem drugiego człowieka???
Dlaczego sądy obchodzą się z łobuzami jak "z jajkiem", a ofiary przemocy muszą być czujne i żyć w ciągłym strachu, czy skrzywdzi je ponownie dziś, jutro, za tydzień, czy za miesiąc???

Wiktymizacja wtórna kwitnie przy pomocy polskich sądów. Jest to zjawisko, które sama przeszłam na swojej skórze. Już szósty rok muszę żyć ze wszystkimi szczegółami pobić, gwałtów i przemocy psychicznej, której doznałam ze strony łobuza.

A on rozkwita, dosłownie. Wychodzi z sądu zadowolony, perfidnie śmieje mi się w twarz i czuje się z tym wyśmienicie.

A ja, wracam do domu załamana, bezsilna i bez nadziei na szybkie zakończenie sprawy, bo wszystko przeciąga się na kolejne lata. Muszę w tempie ekspresowym dojść do równowagi psychicznej, by moje Aniołki nie zobaczyły, że ich mamusia jest smutna. A wieczorem, jak usną, wtulam się w pościel i płaczę z niemocy i strachu przed następnym dniem.

Nie mam siły. Kiedy to wszystko się skończy?

Czy skończy się wtedy, kiedy tak postanowi zwyrodnialec – tak jak uczynił to łobuz z Mazur?
Czy mój koniec będzie podobny?



W telewizji zrozpaczona matka relacjonowała słowa córki: „mamo, dlaczego oni go wypuścili?” – pytała, nie żyjąca już dziś jej córka.

Ja także zadaję swojej mamie pytanie: „mamo, dlaczego oni tak długo go osądzają i mimo wszystkich czynów które popełnił, zmuszają mnie do wpuszczania go do domu? Dlaczego oni nie izolują łobuza ode mnie i moich dzieci? Mamo, dlaczego?”

Sprawdzenie czy matka nie kłamie. wtorek, 09 sierpień 2011, 14:53
Zadzwoniłam dzień przed wizytą łobuza do dzieci do Zespołu Kuratorów przy Sądzie Rejonowym z informacją, że odwołuję wizytę z powodu choroby dzieci i mam na tę okoliczność stosowne dokumenty tj. zwolnienie lekarskie i zaświadczenie lekarza o stanie zdrowia na dzień przed ewentualnym spotkaniem.

Kurator przyjął to do wiadomości i powiedział, że powiadomi o tym pozwanego, żeby nie przyjeżdżał. Byłam już spokojna, że w tym tygodniu nie będę musiała wpuszczać łobuza do domu.

Jednak mój spokój zaburzył ponowny telefon od kuratora. Powiadomił mnie, że mąż mi nie wierzy, że dzieci są chore i zgodnie z godzinami wizyt stawi się w jego obecności na spotkanie z dziećmi. Nie było mowy o żadnej dyskusji. Nie przemawiał do niego fakt, że dziewczynki są chore i potrzebują spokoju w dochodzeniu do zdrowia. Zostałam poinformowana i zobowiązana do wpuszczenia ich do domu.

"To jakiś koszmar" – pomyślałam.

Znowu zaczyna się ponowna historia z nękaniem mnie w czasie choroby dzieci. Przechodziłam to już pod rygorem jednego z postanowień o zabezpieczeniu kontaktów dzieci z ojcem.

Wyglądało to tak, że kiedy ojciec dzieci powziął wiedzę o ich chorobie, celowo przyjeżdżał (z osobą trzecią), żeby zobaczyć czy mówię prawdę. Okazywałam mu zaświadczenie o chorobie, ale jemu to nie wystarczyło. Wzywał wtedy Policję, żeby sprawdziła, że mówię prawdę. Po czym Policja przyjeżdżała wzbudzając razem z łobuzem przestrach moich Aniołków.
Dziewczyny były świadkiem awantur, kłótni dorosłych i rozstrzygających rodzinny spór dwóch panów ubranych na czarno, wyciągających głośnomówiące krótkofalówki, których się bały, więc uciekały pod stół. Panowie byli ubrani z całym osprzętem potrzebnym do interwencji, a więc pałki, kajdanki i wspomniane krótkofalówki, których używali za każdym razem.

Do dziś dziewczynki, kiedy chodzę z nimi po galerii handlowej, na widok ochroniarza ubranego na czarno reagują następująca: „mamusiu, tu gdzieś jest tata”.
"Dlaczego tak myślisz" – pytam.
„Musi tu być, bo widzę policję, która chciała nas zabrać” – odpowiada mi dziecko.

Tak moje Aniołki zapamiętało te 8 czy 9 interwencji Policji, kiedy to „kochający tata” próbował ich zabrać w ich asyście.
Pomimo, że to wszystko nie wydarzyło się w tym roku, tylko wcześniej, osobiście i ja pamiętam wiele szczegółów z tych nalotów na mój dom i te przeklęte głośnomówiące krótkofalówki oraz przekrzykującego je łobuza.

Dziś historia zatacza koło. Zmienia się tylko asysta.
Zamiast Policji przychodzi kurator. Jestem właśnie po takim sprawdzeniu mojej wiarygodności przez łobuza w asyście kuratora. A wyglądało to tak:

O określonej godzinie przyszedł kurator. Okazałam się zaświadczeniami lekarskimi. Kurator powiedział, że on nie widzi żadnego problemu, ale zobaczymy, co powie ojciec dzieci.
Za kilka minut przyszedł i ojciec. Jak zwykle bez żadnego „dzień dobry” wtargnął do pokoju.
„Chcę zobaczyć dzieci” – oświadczył. Kurator powiedział, że matka dzieci okazuje zaświadczenia o chorobie dzieci i sporządziła na tę okoliczność notatkę, że wizyta będzie odwołana z powodu ich stanu zdrowia. Ojciec dzieci parsknął coś pod nosem i zażądał widzenia z dziećmi.
Jedna dziewczynka była w pokoju, druga w pokoju obok. Dziewczyny przyszły, wtuliły się za mnie i spytały dlaczego nie przyszła pani (i tu padło imię kuratorki, która przychodziła i bawiła się z nimi).
Na to kurator odpowiedział im: „pewnie byłyście niegrzeczne i pani …XX… pogniewała się na was i nie przyszła.”
Dziewczynki zaskoczone tym co usłyszały, zareagowały natychmiast: „Byłyśmy grzeczne, my jesteśmy grzeczne”.

Byłam również oburzona zachowaniem kuratora, ale nie odezwałam się nic. Bałam się. Potem w ich obecności zmierzyłam temperaturę dzieciom i kazałam kuratorowi dokonać odręcznie na sporządzonej przeze mnie notatce, zapisu o gorączce. Jedna córka miała 37,6°C druga 37,3°C .

Po niedługim czasie i próbach rozmowy ojca z dziećmi, poprosiłam ich o opuszczenie mieszkania. Ojciec dzieci robił wszystko, żeby to wyjście opóźnić. Chciał udowodnić kuratorowi, że ja kłamię, że dzieci nie są chore. Usilnie zagadywał je. Po dłuższej chwili oboje wyszli.

I tak wyglądało sprawdzenie matki, czy czasem nie kłamie i czy nie wymyśliła sobie choroby dzieci.
Dziewczynki przeżywały fakt, że pani …XX… pogniewała się na nich i nie chciała do nich przyjść.
Musiałam im długo tłumaczyć, że to nieprawda.
Nie rozumiały, po co i dlaczego tata do nich przyszedł.
Przyszedł i za chwilę wyszedł.

A ja odetchnęłam z ulgą, że już nalot się skończył, że nie doszło do awantur i krzyków z jego strony. Bałam się, bo postawa kuratora była obojętna na tok wydarzeń. Poza tym był w ogóle nieprzygotowany do współprzebywania z małymi dziećmi. Pierwszy raz wszedł do mojego domu i już wystraszył dziewczynki.

Spytałam się pod koniec nalotu, czy takie sprawdzanie matek, przy pomocy kuratorów to jest zachowanie legalne. Nie chciał odpowiedzieć wprost, jednak powiedział, że raczej takie rzeczy się nie zdarzają, aby przyjechać tylko po to by sprawdzić zwolnienie lekarskie, ale skoro ojciec dzieci sobie tego zażyczył, on nie mógł mu tego odmówić.

Powiedział, że zwolnienia lekarskie są honorowane i później matka dzieci i tak tłumaczy się z każdego takiego przypadku przed sądem, a poza tym on nie ma uprawnień do stwierdzenia/potwierdzenia czy dzieci są chore czy nie. Dla niego liczy się dokument wystawiony przez lekarza, a on lekarzem nie jest, więc nie może ingerować w stan dzieci.

Spytałam ponownie: „to, po co tu przyszliście?”.

„Bo ojciec dzieci tak chciał” – usłyszałam w odpowiedzi.

Cel: sprawa karna; Efekt - światełko w tunelu. piątek, 05 sierpień 2011, 19:25
Jestem po sprawie karnej.
Po emocjach, które dostarczył mi sąd cywilny, szłam na rozprawę bez żadnej nadziei i wiary w cokolwiek.
Jednak LOS, chyba, nie chciał mnie dobić do końca. Bo tak się czułam: dobita, załamana i na samym dnie wytrzymałości psychicznej. Po prostu bezsilna.

Oskarżony, pomimo obowiązku stawienia się na wezwanie, nie stawił się, więc rozprawa była prowadzona pod jego nieobecność.


Na rozprawę stawili się wezwani biegli psychiatrzy, seksuolog i psycholog, którzy w swych zeznaniach potwierdzili treść pisemnych opinii, które wcześniej po badaniach oskarżonego przesłali do akt sprawy. Poczułam ulgę, bo wreszcie jest zebrany cały materiał dowodowy. Treść ich zeznań wyjaśnia przyczyny niektórych zachowań oskarżonego wobec mnie. Wyjaśnia i tym samym potwierdza, że moje zeznania są wiarygodne.

Bałam się, że z powodu nieobecności biegłych będzie znowu odroczony termin - na szczęście tak się nie stało.

Chociaż obrońcy oskarżonego, dalej twierdzą, że będą składali wnioski dowodowe, po zakończeniu całego przewodu. Więc, pewnie tak szybko się jednak nie skończy ta sprawa.
Ciekawa jestem czego się będą chwytać, bym straciła na wiarygodności, a ich klient zyskał?

Wydarzyło się coś jeszcze na tej rozprawie. Mój pełnomocnik załączył do akt sprawy notatki kuratora sądowego, obecnego przy wizytach ojca do dzieci. Sędzia poprosił przed złożeniem zeznań biegłych o zapoznanie się z tym materiałem dowodowym. Zapoznał się z nimi również prokurator oraz obrońcy oskarżonego.
Notatki te, zrobiły na wszystkich zdumiewające wrażenie, że oskarżony, pomimo obecnych zarzutów nadal zachowuje się wobec mnie w sposób wulgarny, agresywny i poniżający moją godność – i to wszystko czyni w obecności dzieci i sądowego kuratora. Nawet jego obrońcy byli w niemałym kłopocie.

Bardzo podobała mi się reakcja prokuratora, który przytomnie wniósł o rozszerzenie ram czasowych zarzutu znęcania się nade mną do roku 2011. Oczywiście wniosek ten spotkał się z negatywną reakcją ze strony obrońców męża, jednak sędzia po wysłuchaniu stron dopuścił wniosek o przesłuchanie sądowego kuratora sporządzającego notatki.

Po raz pierwszy, chyba będąc na rozprawie, nie miałam do końca kontroli nad tym wszystkim, co się tam dzieje. Byłam tam, siedziałam, słuchałam i nic z tego nie rozumiałam. Moja głowa była tak spuchnięta od emocji dotyczących wydarzeń ze sprawy rozwodowej, że nie miałam już siły i bystrości kojarzenia faktów i zdarzeń.

Znowu codziennie rano budzę się i płaczę. Nie mam już siły. Dobrze, że mieszkam z rodzicami i pomagają mi przy moich Aniołkach. Zwłaszcza moja Mama, która dzielnie pierze im majteczki po rzadkich kupkach, które właśnie mają.
A moje, zawstydzone, Szkraby wołają wciąż z toalety „mamusiu albo babciu wytrzesz mi?”. Więc mamusia, lub babcia podchodzą na zmianę i wycierają im, jak one to mówią „kupkowe siusiu”.
Najlepiej jest, jak siostrze również zdarzy się „pryknięcie”, bo wtedy obie się śmieją z siebie, że są „małymi dzidziusiami”. I jest to moment, w którym zapominają, że są chore i zaczynają się bawić …. do następnego „pryknięcia”.

Ja w tym wszystkim ledwo się odnajduję. Sama nie czuję się najlepiej i pewnie jak będę musiała iść do pracy, to choroba moich Aniołków, pewnie przejdzie na mnie (jak to zwykle bywa).

A wracając do spraw sądowych, to czegoś tu nie rozumiem.

Dlaczego jedne sądy reagują natychmiast na dowody złożone w sprawie, a inne mając te same dowody w aktach (już od kwietnia!) nie robią w tej kwestii NIC???

Jak to możliwe, że sąd cywilny, którego jedną z naczelnych zasad jest ochrona rodziny i dobro dziecka, nie reaguje na informacje, kiedy to dobro dziecka jest zagrożone?

Jestem oburzona, bezradna, bezsilna i boję się, że łobuz z pełną sobie determinacją będzie dalej przychodził i wykańczał nas psychicznie, a nie daj Boże zrobi nam krzywdę i nas zabije, zgodnie z tym, co powiedział mi kiedyś: „zabiję ciebie, a później siebie, bo nie mam nic do stracenia”.
Jego zachowanie wiele na to wskazuje, gdyż zachowuje się jakby nie miał żadnego instynktu samozachowawczego. Ale ja nawet nie mogę tego powiedzieć przed sądem, bo sąd uzna, że przesadzam, bo przecież 9 razy przychodził i nas nie zabił. Więc uznają mnie za wariatkę, albo co najmniej za  przewrażliwioną, panikującą matkę.

Zwyczajnie się boję, a codzienność jest taka trudna.

A w tym wszystkim są dzieci, jeszcze bardziej bezbronne niż ja.


Cel: sprawa rozwodowa; Efekt - moja bezsilność. wtorek, 02 sierpień 2011, 15:38
No i po sprawie i po nadziei na bezpieczne dalsze życie.

Zostałam z ręką w nocniku i ze swoimi problemami sama. No i oczywiście z łobuzem na karku, którego muszę wpuszczać do domu pomimo negatywnych sprawozdań kuratora, pomimo negatywnych opinii biegłych psychologów, psychiatrów i seksuologów.

Napisane jest czarno na białym m.in., że łobuz ma zaburzenia osobowości, zaburzenia charakterologiczne na podłożu zmian organicznych w OUN, chwiejność emocjonalną z tendencją do drażliwości i wybuchowości. Sam łobuz podczas rozmowy klinicznej z psychiatrą potwierdził, że zachowywał się wobec mnie jak sadysta.

Ale to wszystko NIC nie znaczy. Dla sędziego istotny był jeden fakt, a mianowicie nieobecność kuratorów z powodu okresu urlopowego, więc nic nie mogą potwierdzić, co wcześniej napisali.

„A co ze złożonymi pisemnie sprawozdaniami?” – spytałam. Usłyszałam, że to nie wystarczy i na razie nie można wstrzymać w trybie zabezpieczenia kontaktów z ojcem – bo to jego konstytucyjne prawo.

A gdzie konstytucyjne prawo dzieci do wychowywania się w bezpiecznych warunkach, gdzie w tym wszystkim jest dobro dziecka?

Jestem wręcz pewna, że gdyby sprawozdanie kuratora zawierało treści negatywne dotyczące mnie-matki, np. że jestem agresywna w stosunku do dzieci, że jestem pijana - to na pewno w trybie natychmiastowym wniesionoby o zabranie mi dzieci i oddanie ich ojcu.
Dlaczego sąd nie reaguje w przeciwnym kierunku, kiedy to ojciec jest agresywny i wulgarny!!!

Uniosłam się, wstałam i powiedziałam, że to niemożliwe, żeby sąd nie chciał zauważyć treści opinii i sprawozdań, że to jakiś koszmar, że sąd nakazuje mi wpuszczać do domu człowieka niezrównoważonego, z zaburzeniami osobowości, przepełnionego nienawiścią, który wyzywa mnie i ubliża przy dzieciach, a dzieci widzą obraz poniżanej matki i nie rozumieją tego co się dzieje.
„Proszę sądu –
mówię, proszę zajrzeć do sprawozdań, tam jest wszystko napisane.”

Usłyszałam w odpowiedzi, że jak ja się tak zachowuję przy dzieciach, powinno się i mnie zbadać. Odpowiedziałam przytomnie, że Sąd mnie zastrasza i to nie po raz pierwszy. Już szósty rok szuka się we mnie winy.
Ile to jeszcze ma trwać? - spytałam.

Po czym, druga strona wniosła o badania RODK, a niezawisły Sąd przyjął wniosek. Więc po raz kolejny muszę stawić sie na badania z dziećmi (może one coś powiedzą i w końcu Sąd znajdzie na mnie haka!).

„Boże, przecież to jakiś absurd” – powiedziałam. Upomniano mnie ponownie, że jak się nie uspokoję, to dostanę grzywnę lub zostanę wyproszona z sali.

WYĆ mi się chce. Jestem załamana i bezsilna.

Dziś jestem już zdecydowana poprosić o pomoc media. Nie wiem, czy dobrze robię, ale nie mam już siły walczyć i żyć we własnym domu będąc upokarzaną przy dzieciach przez łobuza, który dopuszczał się wobec mnie przemocy w sposób najbardziej okrutny i poniżający moją godność, a dziś kontynuuje to w obecności dzieci i kuratora sądowego!

Jak ja mam to przerwać i kto może mi pomóc?
Gdzie mam iść i kto zechce mnie wysłuchać?

Nie mam już siły.

A następna sprawa dopiero pod koniec roku!!!

sobota, 30 lipiec 2011, 23:41
... licznik...
Problemy moje i cudze, czyli wydarzenia dzisiejszego dnia w słowie i czynach. piątek, 29 lipiec 2011, 20:09
Co za dzień. Siedząc sobie w domku, w ciszy, w swego rodzaju skupieniu i pochyleniu się nad własnymi problemami, nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Ktoś potrzebował mojej pomocy, a konkretnie mojej reakcji na zastaną sytuację, czyli wykonania telefonu na pogotowie. Widziałam młodego człowieka w konwulsjach, drgawkach, półprzytomnego, nagiego - po zażyciu dopalaczy - jak oświadczył obecny tam kolega. Widok, którego długo nie zapomnę. Właśnie jestem po rozmowie z rodzicami jednego chłopaka, który był współuczestnikiem tej „imprezy” i wewnętrzne rozdygotanie i szok matki, również na długo zapadnie mi w pamięć.

To zdarzenie uświadomiło mi jak bardzo jesteśmy bezbronni w obliczu zachowań własnych dzieci, które ulegając wpływom otoczenia, schodzą na złą drogę. Przecież rodzice tego chłopca, dokładali wszelkich starań, aby wychować go na porządnego człowieka. A dzisiaj wstydzili się za swojego syna. Co więcej teraz drżą o jego życie, bo nie wiedzą ile spustoszenia w organizmie ich syna poczyniły przeklęte dopalacze. A mieli oni przed sobą plany na weekend: spokój i odpoczynek po całym tygodniu ciężkiej pracy.




Moje Aniołki rozchorowały się. Nawet wysypkę dostały w tym samym miejscu. Poszłam z nimi do lekarza, upewniłam się, że to nie kolejna choroba zakaźna i wzięłam zwolnienie lekarskie, jak nigdy dotąd, z wielką chęcią. Ponieważ dziewczyny w trakcie gorączki tulą się do mnie jak niedźwiadki do swej mamusi, nie miałam serca pozbawiać je tej bliskości. A praca – jak to mówią – nie ucieknie, więc dałam trochę na tzw. luz.

Poza tym i mnie przyda się trochę odpoczynku, bo też nie najlepiej wyglądam i czuję się kiepsko. Po raz kolejny moja psychika siada.
Za kilka dni mam sprawy w sądzie i zaczynam bardzo to wszystko przeżywać. Jak zawsze, przed każdym terminem przeglądam akta w sądzie, co nie jest przyjemnym doświadczeniem. Znowu towarzyszy mi przeczucie, że jego adwokaci (zarówno w sprawie cywilnej, jak i karnej) coś wymyślą i termin zostanie ponownie odwołany. A ja znowu wyjdę „z kwitkiem”, czyli informacją o następnej wokandzie. Osłabia mnie to.

W sprawie rozwodowej mam zamiar wywalczyć pewien wniosek dotyczący dzieci i jak mniemam, strona przeciwna doskonale sobie zdaje z tego sprawę, więc będzie robić wszystko, aby mi to uniemożliwić.
A sprawa karna powinna się skończyć na najbliższym terminie wysłuchaniem oskarżonego, jednak już dziś wiem, że tak się nie stanie i do wyjaśnień nawet nie dojdzie. Świadczy o tym chociażby godzina wyznaczenia rozprawy (godzinę przed końcem pracy sądu). Więc końca nie będzie – do czego zdążyłam się już przyzwyczaić, choć wyć mi się chce z bezsilności, braku chęci spięcia tematu przez sędziego i stanowczego zakończenia sprawy. Jest tyle nieprawidłowości w tej sprawie, czego jestem świadoma, ale zwyczajnie boję się je wytykać, bo okazałoby się, że walczę ze wszystkimi: i z oskarżonym i z sędzią – a przecież to absurd!

Ja do sądu nie przyszłam walczyć, lecz przyszłam po sprawiedliwość, czyli zgodnie z dotychczas wpajaną mi zasadą wychowania, że jak się kogoś skrzywdzi to należy ponieść za to odpowiedzialność i konsekwencje swego czynu. Jedyną konsekwencję, którą dziś oczekuję, że łobuz ją poniesie, to IZOLACJA ode mnie i moich dzieci, aby zdarzenia z przeszłości, ponownie nie zatoczyły koła i nie powtórzyły się po raz kolejny.

Więc w nauczonej pokorze, czekam końca.
Choć czas oczekiwania przeszedł już wszelkie akceptowalne granice. Poza ich kresem pozostała tylko złość, bezsilność, czasem rozpacz, gniew i ogromny zawód, jaki sprawiała mi polska Temida … i cisza, która podszyta jest lękiem oraz strachem.
To już nie na moje nerwy. Już nie na moje siły.

Moim pragnieniem jest żyć, a nie rozpamiętywać przeszłość, która była nadwyraz dla mnie bolesna i traumatyczna. Nie chcę jej pamiętać, nie chcę jej rozpamiętywać i nie chcę o niej mówić.

Jednak nie mogę zapomnieć, nie wolno mi o niej zapomnieć, bo wciąż jestem w trakcie zeznań i wciąż jest przede mną mowa końcowa, w której muszę zawrzeć wszystkie najistotniejsze elementy zdarzeń, które miały miejsce w Królestwie Tłumionego Krzyku. Więc muszę pamiętać!

I cóż mi z tego, że udało mi się po latach stworzyć dla moich Aniołków Oazę Spokoju, skoro zmuszona jestem otwierać drzwi łobuzowi i wpuszczać go do siebie na długie godziny, pod pretekstem wizyt do dzieci. I to wszystko dzieje się w granicach polskiego prawa z nakazu sądowego, w trybie zabezpieczenia praw ojca.
A gdzie są prawa dzieci – pytam?
Prawo do bezpiecznego wychowania, wzrastania w poczuciu bezpieczeństwa, poszanowania i miłości. Dlaczego tyle się mówi o prawach dzieci, a nie przestrzega się tych praw. Aby umożliwić ojcu widzenia z dziećmi, od ponad pięciu lat szuka się winy w matce, która przekreśliłaby w oczach sędziego jej predyspozycje do wychowywania własnych dzieci. Jestem już tym zmęczona, tym ciągłym monitoringiem i kontrolą. Jak długo jeszcze będą szukać i co właściwie chcą znaleźć?
Mam dość!

Dziś, choć żyję w Oazie Spokoju, to jednak zmuszona jestem znowu tłumić w sobie pewne emocje, które narastają we mnie, a u źródła, których są toczące się procesy sądowe i obecność łobuza w moim domu. Robię to wszystko TYLKO dla dobra moich dzieci. Ale jestem już tym bardzo wykończona i znowu się boję.


 
Czuję się jak teatralna kukiełka, której sznurki trzyma w ręku polska Temida i muszę postępować tak, jak ona w swej niezawisłości postanowi, na trwającej kilkanaście minut rozprawie /bez rzetelnego wglądu w akta sprawy/.

A przecież ja jestem człowiekiem, jestem matką i mam wrażenie, że moje potrzeby nie są w ogóle brane pod uwagę, bo dla polskiej Temidy jestem stroną procesu, która jej zdaniem powinna, mieć świadomość, że decydując się na sprawy sądowe musi wyzbyć się wszelkich potrzeb, pragnień i planów – bo one nie mają prawa zaistnieć w bezdusznym systemie Wymiaru Sprawiedliwości. Nie ma dla nich miejsca. Istotą jest końcowe orzeczenie, czyli cel, który w swym założeniu nie liczy się ze środkami/kosztami, które są niezbędne do jego realizacji. A kosztami tymi jest codzienna moja i dzieci egzystencja, która jest wciąż ograniczana i monitorowana.

Polska Temida postępuje zgodnie z systemem norm prawa, a nie norm moralnych i społecznych – choć moim zdaniem, systemy te wzajemnie się nie wykluczają.
Jednak Wymiar Sprawiedliwości ma na ten temat, zupełnie odmienne zdanie i człowiek w tym wszystkim się nie liczy, a już na pewno, nie liczy się człowiek słaby, który nie umie walczyć o swoje prawa i swoją godność.

A jeżeli polska Temida natrafi na człowieka, który ma siłę i znajomość prawa - to robi wszystko, aby tego człowieka zmęczyć, by w końcu z bezsilności sam zrezygnował z tego, z czym przyszedł przed jej oblicze.
Pomagają w tym bardzo Temidzie - adwokaci stron, którzy dopuszczają się manipulacji faktami i niejednokrotnie naciskają strony procesu do postępowania zgodnie z ich ustaleniami, wbrew prawdzie i wbrew dobru dziecka (bo to dobro jest najmniej istotne, o czym świadczą liczne przekazy medialne i moja osobiste doświadczenia z Wymiarem Sprawiedliwości, jeszcze nieupublicznione medialnie, ale być może kiedyś nie wytrzymam i poproszę o pomoc tzw. czwartą władzę, czyli media).

Mechanizm ten jest bardzo jaskrawy i oczywisty w wielu analizowanych przeze mnie przypadkach.

Osobiście, jako jednostka, jako matka – jestem bezsilna wobec systemu i struktur polskiej sprawiedliwości, która bardziej chroni łobuza i zabezpiecza jego prawa, a w ogóle nie chroni osoby poszkodowanej oraz dzieci, które stają się w tym wszystkim kartą przetargową.


Sen - powrót do Królestwa Tłumionego Krzyku sobota, 23 lipiec 2011, 20:05
Wspomnienia powracają jak bumerang – już kiedyś tak napisałam.

Dzisiaj, niestety nie potrafię skonstruować inaczej tego zdania, bo … powracają na jawie i podczas snu.

 

Przez ostatnie kilka dni, chodziłam dosłownie „pogięta”. Umiejscowił mi się skurcz pod lewą łopatką i nie mogłam kręcić głową, a ramiona przedziwnie podniosły mi się do góry i … wyglądałam jakbym miała pozę garbatego człowieka. Ból okropny, dyskomfort również.
Pierwsza moja myśl – tabletka przeciwbólowa, ale nie pomogła, a ja musiałam funkcjonować (praca, dom, codzienne obowiązki). Więc poszłam po pomoc – masaż ciała.

Dziś, pisząc tę notkę jestem już „naprawiona” i przywrócono mi normalną sprawność mięśni, a przy okazji doznałam poczucia relaksu (podczas masażu głowy) i niesamowitego odprężenia.
Po drugiej wizycie poczułam się jakbym dotychczas chodziła w brudnych okularach i ktoś by mi je wytarł. To niebywałe, poczułam przyjemną ostrość widzenia i witalność.
Bardzo przyjemny stan, którego nie doznawałam przez ostatnie 6 lat.

Jednak poczucie mojego odprężenia i chęci do życia zniweczył sen, który miał być przecież dopełnieniem i przedłużeniem stanu relaksu, jednak okazał się traumatycznym wspomnieniem z pobytu w Królestwie Tłumionego Krzyku.

Dobrze, że dziś nie musiałam iść do pracy, bo cały dzień starałam się pozbyć poczucia strachu, bólu i lęku, który mi towarzyszył w nocy i tuż po przebudzeniu się.

Był wieczór. Każdy z nas w osobnych pokojach. Atmosfera poprawna, każdy robi swoje. Ja zanurzona w lekturze w pokoiku dla jeszcze nie narodzonego dziecka, a on siedzi na środku salonu w fotelu i wczuwa się w akcje filmu, który ogląda na nowym sprzęcie RTV, przeznaczonym do kina domowego. Podczas takich seansów nie wolno mu było przeszkadzać, bo mogłoby to skończyć się kolejnym wybuchem agresji w trybie przyspieszonym.

Nagle … zadzwonił telefon. Jak zwykle nie reagowałam na jego dźwięk, gdyż do mnie nikt nie dzwonił, a poza tym mój brzuch nie pozwalał mi już na nagłe zrywanie się z pozycji leżącej. Więc czytałam dalej. Telefon przestał dzwonić i słyszałam jego głos w trakcie rozmowy. Potem cisza. Nagle oznajmił mi: „idę do mamusi” i trzasnął drzwiami.

W domu błogi spokój. Mogłam swobodnie wyjść z pokoju do kuchni - bez słownych zaczepek po drodze. Zrobiłam więc sobie kolację, przygotowałam kąpiel, włączyłam ulubioną muzykę i przygotowałam się do snu. Było tak przyjemnie. Myśląc o swoim nienarodzonym jeszcze dziecku, głaszcząc się po brzuchu i rozmawiając z Nim, nie wiadomo kiedy - zasnęłam.

Mój pierwszy sen przerwał odgłos spadających kluczy na glazurę w przedpokoju. Nakryłam się kołdrą i nasłuchiwałam co się dzieje. On pozapalał wszystkie światła i zaczął wrzeszczeć dlaczego ja już śpię, dlaczego nie czekałam na niego. Byłam odwrócona i nie reagowałam, udawałam, że twardo śpię.

Była godzina około wpół do trzeciej w nocy. On podszedł, zerwał ze mnie kołdrę i zaczął mnie wyzywać. Mówił coś zupełnie bez składu, że jego matka miała rację, że żałował że nie namówił mnie skutecznie na aborcję, że to dziecko nie powinno się urodzić. Nie mogłam już udawać, że śpię więc odwróciłam się w jego stronę, prosząc go o spokój i o to, żeby poszedł spać, a jutro porozmawiamy.

Jednak on nie chciał rozmawiać jutro, on w ogóle nie chciał rozmawiać. Prowadził agresywny monolog, którego przedmiotem było znieważenie mojej osoby i mojej godności. Nie liczył się w ogóle z moim stanem i moimi potrzebami. Przypominałam mu, że nie powinnam się denerwować, że powinnam teraz spać, a nie kłócić się z nim po nocy. Spytałam, dlaczego nie został u swojej matki i nie chciał się tam przespać, tylko przyszedł do domu i zachowuje się w ten sposób.

Usłyszałam w odpowiedzi, że to jest jego dom, więc ja tu nie mam nic do powiedzenia, a on ma do spełnienia jeszcze dziś, kilka swoich małżeńskich obowiązków. Nie dyskutował ze mną, nie reagował na moje prośby. Podchodząc do mojego łóżka, zdejmował buty, kurtkę i spodnie razem z majtkami.

Prosiłam go, aby chociaż się umył, na co on odpowiedział, że wystarczy, że ja jestem czysta.

Byłam przerażona, bo wiedziałam co mnie za chwilę czeka. Wiedziałam, że nie zdołam uniknąć zbliżenia, że albo pozwolę mu zaspokoić swoją potrzebę, albo będziemy się szarpać, kopać do ostatnich moich sił, a później i tak mnie zgwałci. Nie wiedziałam jak mam się zachować, bałam się go i jednocześnie siebie, bo najchętniej bym go czymś ogłuszyła i uciekła stamtąd gdzie pieprz rośnie.

On był trzeźwy, silny i zdeterminowany. Żądał ode mnie określonego zachowania w stosunku do niego i wykonywania określonych czynności. Dał mi wybór: „albo zrobisz to po dobroci, albo się trochę poszarpiemy”.

Zaczęłam mu mówić, że przed jego przyjściem miałam krwotok z dróg rodnych, że źle się czuję, że wymiotowałam, że jestem słaba, że po prostu nie mam siły. On nie uwierzył.

„Jak zwykle kłamiesz” – odpowiedział i poprzez wykręcenie mi ręki zrzucił mnie z łóżka, a sam wygodnie na nim usiadł. Drugą ręką trzymałam cały czas brzuch, bo Dziecko było nie spokojne i wierciło się.


Zaczęłam go błagać i płakałam na kolanach, siedząc między jego nogami. On kopnął mnie wtedy w ramię i leżałam tak przez jakiś czas na dywanie. On w tym czasie doprowadzał się sam do stanu pełnej gotowości, sapiąc przy tym i jęcząc. Nie zdążyłam się podnieść, jak nagle poczułam jak przyciągnął mnie do siebie i zaczął zachowywać się jak dziki pies, naskakując mnie od tyłu.

Do dziś pamiętam ten krzyk, ten przeszywający ból i strach i jedną towarzyszącą mi myśl: „chciałabym, aby teraz udało mu się mnie zabić”. Tak, pragnęłam wtedy śmierci i modliłam się o nią. Miałam wówczas w głowie różne myśli, ale najbardziej pożądana wówczas była myśl o mojej śmierci. Zatopiłam się w swoich wyobrażeniach, nie słysząc co on do mnie mówi. Nagle poczułam mocne uderzenie w twarz otwartą dłonią i uświadomiłam sobie, że powinnam wsłuchać się w jego potrzeby, bo w przeciwnym razie ból będzie nie do wytrzymania.

Poprosiłam go, abyśmy przenieśli się na łóżko, gdyż moje kolana były już całkiem starte od dywanu, a jedna ręka nie miała już siły trzymać takiego ciężaru, bo druga wciąż podtrzymywała brzuch.

On nie odpowiadając nic, wyszedł ze mnie i położył się na łóżku. Dał mi czas, abym się podniosła i poszła za nim. W tym czasie zamknął oczy, by odpocząć, a ja cała obolała uciekłam do łazienki – jedynego pomieszczenia w tym domu, które zamykało się na klucz od wewnątrz.

„Ty suko, znowu mnie oszukałaś” – zaczął krzyczeć, nie zwracając uwagę na nocną porę.
„Pożałujesz tego. Spróbuj tylko wyjść, to się przekonasz”. Pokrzyczał tak jeszcze przez chwilę i nastała cisza.

Korzystając z tego, że byłam w łazience, doprowadziłam się do porządku, posiedziałam w kąciku nasłuchując czy zasnął i później próbowałam wyjść. Otworzyłam drzwi - było bezpiecznie. Zobaczyłam, że on śpi na moim łóżku.

Ubrałam się, założyłam buty i postanowiłam wyjść z domu.
Nie miałam żadnego planu, po prostu chciałam stamtąd uciec, choć wiedziałam, że do rodziców nie pójdę, bo zwyczajnie się wstydzę.

Nie mogłam znaleźć torebki z kluczami i telefonem i nagle usłyszałam jego głos: „jak chcesz wyjść to wyskakuj przez okno, a jak chcesz torebkę, to musisz przyjść do mnie”. I zwlókł się z łóżka i podążał w moim kierunku.

Ja znowu schowałam się do łazienki, a on pokrzyczał coś do mnie i poszedł spać do swojego łóżka. Wiedziałam, że nie mam już szans wyjść z tego domu, gdyż zamknął drzwi od wewnątrz, a okno było zbyt wysoko (ostatnie piętro w kamienicy).

Pozbierałam więc z podłogi dywaniki łazienkowe i ułożyłam je sobie w wannie. Okryłam się kurtką, którą miałam na sobie i tak zasnęłam.

Kolejna noc w łazience.
Nie było to dla mnie takie nowe, tyle tylko, że gdy przewidywałam taki scenariusz, zawsze miałam przygotowaną poduszkę i koc w bębnie od pralki. Wtedy nie przypuszczałam, że ta noc skończy się w wannie, a bęben pralki był pusty.


Obudził mnie rano jego głos i dobijanie się do drzwi: „Wstawaj, spieszę się do pracy” – usłyszałam. Zerwałam się więc szybko i wyszłam z łazienki. On w przejściu ostrzegł mnie: „jeśli uciekniesz lub komuś o tym powiesz – zabiję cię. Radzę ci dobrze: bój się i milcz.”

I tak zrobiłam: bałam się i milczałam. Odwołałam wizytę u ginekologa, bo miałam kilka siniaków i otarć, które wzbudziłyby jego uwagę, nie spotykałam się z rodzicami, aby się niczego nie domyślili i nie uciekłam, bo nie miałam dokąd. Czułam się sama i bezradna.

Wiedziałam też, że kilka dni, a może nawet tygodni będę mogła już spać w swoim łóżku, bo po takich wydarzeniach on mnie unikał. Bał mi się spojrzeć w oczy i w ogóle ze mną nie rozmawiał. Wtedy byłam bezpieczna … do następnego razu.


Już niedługo wieczór, a ja dopiero co, zdążyłam otrząsnąć się ze wspomnień i całkowicie zapomniałam już o relaksie i odprężeniu, który doznałam dzięki masażowi. Znowu przede mną noc i pewnie jakieś sny.

Mam nadzieję, że będą one dalekie od wspomnień z Królestwa Tłumionego Krzyku. Tylko jak tu uciec od tego, jak znowu cała jestem spięta, przestraszona i obolała z powodu wydarzeń, które ciągle gdzieś siedzą w zakamarkach mojej podświadomości.

Cóż mogłabym zrobić, aby zapomnieć o nich na Amen?

Zakup przez internet. środa, 20 lipiec 2011, 22:53
Och, jaka jestem zdenerwowana !!!
Nie lubię, nienawidzę jak ktoś mnie oszukuje !!!


Zamówiłam przez internet kilka produktów (w tym: sprzęt AGD i RTV). Wydawało się że będzie wszystko dobrze, nawet jeden produkt był w promocji. Niezła okazja - pomyślałam.

Dzisiaj kurier przyszedł z paczką. Zapłaciłam i po otworzeniu (niestety już bez obecności kuriera) okazało się, że jedna rzecz jest ewidentnie używana. Nie była to ta z promocji.
Nosiła ona znamiona codziennej eksploatacji, zarysowań. Nie była w oryginalnym pudełku, takim jakie było na stronie internetowej. Brakowało polskiej instrukcji i dołączone były do niej przewody, które w ogóle nie mają zastosowania do tego sprzętu.

Oj .... szlag mnie trafia i złość coraz większa wzbiera na samą myśl o tym.
Czuję się jak jakaś naiwniaczka, kompletnie oszukana i wyrolowana.

Nie cierpię tego uczucia.
Człowiek kupuje w zaufaniu, że towar za który płaci - otrzyma taki na jaki się decydował.
A tu ... KLOPS.

Jutro zaczynam - po raz pierwszy - reklamować ten produkt, tylko boję się, że mogą mi nie uznać tej reklamacji, bo przecież przy kurierze nie otworzyłam paczki, a swoim podpisem potwierdziłam odbiór towaru bez zastrzeżeń.

Jestem wściekła, że "jaka jestem stara - taka głupia".
A w pracy ostrzegali mnie przed zamówieniami sprzętu przez internet.

No i "masz babo placek".
Upragnione spotkanie po latach. poniedziałek, 18 lipiec 2011, 10:08
Dziewczyna wstała zmęczona po krótkiej nocy. Czuła ból w stawach kolanowych i kręciło jej się w głowie. Choć spała jak dziecko, wtulone w swą poduszeczkę, to jednak rano miała worki pod oczami.
Zaraz? – zapytała siebie – Przecież miałam za sobą wspaniałą niedzielę: pełen relaks z Aniołkami, przyjemny wysiłek fizyczny (rower, guma do skakania), słoneczko pieściło moje stopy i brzuszek (oj, miało co pieścić!), a wiatr delikatnie rozwiewał moje włosy.
Skąd więc to zmęczenie?


Dziewczyna szuka w swojej głowie odpowiedzi i właśnie, przypomniała sobie wczorajszą wieczorną rozmowę.
Zadzwoniła do niej Koleżanka, którą los rzucił bardzo daleko od niej. Jest ona dla niej jednocześnie bardzo bliska i bardzo daleka – bo, niestety poza jej zasięgiem terytorialnym.

Dzień wcześniej udało im się spotkać na tzw. mieście. Ona z Aniołkami i Koleżanka ze swoim Skarbem. Spotkanie zorganizowane niemalże na prędce. Koleżanka zawitała do jej miasta na chwilę i zacumowała u innej koleżanki, która zresztą była obecna przez chwilę na spotkaniu, a dziewczyna w oparach stresu po niedoszłym (na szczęście!) spotkaniu z łobuzem wygospodarowała, tym samym, dla niej więcej czasu na babskie pogaduszki.

Pierwsze tzw. pięć minut upłynęło w oparach lekkiej konsternacji, oficjalnych pytań pt: co u Ciebie słychać? ... itd. Na szczęście koleżanka Koleżanki opuściła je i miały już tylko siebie dla siebie, choć obok były ich dzieci. Ton oficjalny zniknął wraz z odchodzącą koleżanką i dziewczyny rozmawiały ze sobą, jak za dawnych lat – ot, tak po prostu.


Choć miejski szum i obecność dzieci nie sprzyjały rozmowom od serca, jednak dziewczyny umiały sobie przekazać więź i emocję, która im towarzyszyła podczas tego spotkania. Emocję radości z możliwości ujrzenia siebie na żywo i nostalgii, która jest nieodłącznym elementem ich przyjaźni.


Rozstały się w wielkim niedosycie współprzebywania ze sobą. Zostawiły wiele niedokończonych tematów, poruszonych wątków i każda z nich pojechała w swoim kierunku z emocją tęsknoty za sobą.

Los potraktował ich okrutnie. Rozdzielając je, narzucił im kontynuowanie tej przyjaźni w innym wymiarze, za pomocą dobrodziejstw technologii XXI wieku. Pozbawił ich radości osobistego kontaktu, spojrzenia sobie prosto w oczy, przytulenia się do siebie w chwilach słabości ... i gorącego uścisku w sytuacjach radości i szczęścia. To wszystko zmuszone są przekazywać sobie przez wirtualny świat. Zostały ponownie, bezlitośnie obdarte z nadziei na kolejne spotkanie i podzielenie się swoimi troskami, radościami w sposób najbardziej pożądany: poprzez kontakt bezpośredni.

Dziewczyna uświadomiła sobie właśnie to wszystko i znalazła źródło swojego porannego zmęczenia i przygnębienia.
I wcale nie było to zmęczenie po niedzielnym skakaniu w gumę ze swoimi Aniołkami.
A tak na marginesie, to wypoczywający okoliczni mieszkańcy, mieli pewnie niezłą radochę z tego widoku, kiedy to "oponki" i różne "fadki" dziewczyny, walczyły z siłą grawitacji (raz w dół - raz w górę). Ale cóż tam nadwaga, cóż tam cellulit w obliczu radości i zachwytu szczęśliwych Aniołków.
Skacząca mamusia, choć była zmęczona, to była jednocześnie zadowolona, że mogła autentycznie wrócić do gier i zabaw z jej beztroskiego dzieciństwa. A towarzysząca przy tym frajda i śmiech - bezcenne. Tak więc same korzyści!


Wracając do wątku głównego.
Tak, dzisiaj właśnie dziewczyna doświadczyła psychicznego przeciążenia spowodowanego tęsknotą za swoją Bratnią Duszą, za Koleżanką, która kiedyś rozumiała ją bez słów. A podczas tego ekspresowego spotkania, dziewczyny nawet nie miały możliwości pomilczeć w swojej obecności, gdyż czas bezlitośnie ich popędzał, a One chłonęły siebie nawzajem wzajemnym głosem, oddechem i wzrokiem. Musiało im to wystarczyć i jednocześnie nakarmić ich głodne kontaktu pragnienie, na następne długie miesiące rozłąki.

Tak, Kochana Koleżanko, tęsknię za Tobą i niestety mam świadomość tego, że nic nie mogę uczynić, abyśmy mogły powtórzyć nasze spotkanie. Twój głos w słuchawce telefonu i ton bezsilności i żalu na zastaną przez Ciebie rzeczywistość, zrobił na mnie bardzo przejmujące wrażenie, dlatego moja noc była taka krótka - zwyczajnie nie mogłam zasnąć, bo myślałam o Tobie. Jednak nie mogłam, poza wysłuchaniem Ciebie, nic Ci pomóc, a tak bardzo chciałabym odczarować Twoje nieprzyjemne doznania związane z pobytem w Polsce. Znowu jesteś poza moim zasięgiem, choć jeszcze na terenie Rzeczpospolitej, ale już bardzo daleko ode mnie.


Życzę, Tobie i Twojej prześlicznej Córeczce (mądrej, rozważnej, rozumnej, niesamowicie cierpliwej oraz grzecznej i przede wszystkim zachwycającej) szybkiego opuszczenia terytorium RP i bezpiecznego powrotu do Twojego świata, byś zatarła niemiłe wspomnienia z pobytu i „gościnności” u brata i mogła się skupić na swoich i Twojego Aniołka potrzebach, no i trochę Twojego męża :-) oraz znalezienia optymalnego rozwiązania do kontynuowania Naszej Przyjaźni w warunkach technologii XXI wieku.

Pozdrawiam Cię i ściskam, niestety już wirtualnie.

Co u mnie słychać? środa, 13 lipiec 2011, 23:38
 
Wpadłam na chwilkę, bo życie mnie nie rozpieszcza, a czasu brakuje na wszystko – zwłaszcza na skupienie się i przelanie tego, co w głowie się kłębi.

Jestem po remoncie w domu i został po tym wszystkim niezły rozgardiasz oraz jeszcze jeden pokój do malowania.

A ja padam na przysłowiowy "pysk".

 

Przede mną spotkanie z łobuzem, który ma przyjść do dzieci w obecności kuratora. Na samą myśl mam problemy z żołądkiem.

Próbuję szukać w tym wszystkim jakiejś formy relaksu, aby choć przez chwilę oderwać się od tego jarzma codzienności.

Na szczęście znalazłam: wspólne wycieczki rowerowe.
Jeżdżę sobie z moimi Aniołkami i odkrywamy lokalne atrakcje.
Wszystkie wracamy uśmiechnięte i szczęśliwe. Dziewczyny nie mają problemu ze snem, więc wieczorami, kończę to, co powinnam zrobić po pracy.

Jakoś to wszystko się kręci, a ja razem z tym wszystkim, choć czasami się zastanawiam skąd biorę na to siły.
A najczęściej, to kręci mi się w głowie i trudno jest mi złapać równowagę, zwłaszcza tę psychiczną.

Teraz - w tej chwili - tej siły nie mam, więc nie będę dziś już sprzątać.
Położę się spać i nie mam zamiaru tknąć niczego palcem.
Po prostu, przytulę się do swojej poduszeczki, okryję wcześniej moje Aniołki, a później sama usnę jak dziecko.

A jutro, znowu dzień pełen obowiązków.

Ale to dopiero … jutro.

Odebranie dziecka matce środa, 06 lipiec 2011, 22:03
Jestem oburzona tym co usłyszałam z ekranu telewizora ...... i rozczytałam na ten temat w sieci!!!

Sprawa dotyczy odebrania dziecka matce 5-cio letniego Piotrusia w asyście policji i 3 kuratorów.

Dziś grupa umundurowanych policjantów i kilku kuratorów przed godz. 7 rano odebrała 5-letniego Piotrusia matce, która zajmowała się nim od urodzenia.

Pozwolił na to sąd rodzinny w Gdańsku, przychylając się do wniosku ojca (profesora psychologii), który od 3,5 roku nie mieszka z rodziną i nie ma więzi z chłopcem. Mało tego, dziecko reaguje na ojca panicznym lękiem - płacze, chowa się, błaga o pomoc; jest bardzo silnie związane z matką.

Sąd doskonale o tym wiedział, a pomimo to zdecydował o przymusowym zabraniu Piotrusia matce i oddaniu ojcu. Policjanci wyciągnęli dziś chłopca prosto z łóżeczka, bez śniadania, w pidżamie.
Chłopiec wołał przeraźliwie: - Mamuniu ratuj! Nie oddawaj mnie!
Kuratorzy mówili, że nie są od dyskusji, tylko od realizowania postanowienia sądu.

Jestem tym przerażona, bo boję się, że skoro niezawisłe sądy podejmują takie decyzje bez wglądu w dobro dziecka - nie po raz pierwszy zresztą - to może NIE DAJ BOŻE spotkać to samo mnie i moje Aniołki.

Zresztą ja już jestem, po przebytych - kilku - bataliach o prawa do dzieci (a niestety rozwód jest nadal w toku, więc nie ma ostatecznej decyzji, bo przecież w tle toczy się sprawa karna), ale przecież matka 5-cio letniego Piotrusia miała pełnię praw rodzicielskich. Więc dlaczego to się stało???

Kładę się dziś spać z wielkim lękiem i przerażeniem, że dobro dziecka NIE JEST dobrem chronionym przez polskie prawo.

Boże, przecież matka Piotrusia zasypia dziś po raz pierwszy bez swojego synka. Nawet nie miała możliwości mu tego wszystkiego wytłumaczyć i przygotować dziecko na tą sytuację, bo zabrano go siłą - nagle! Na domiar wszystkiego, matka Piotrusia jest w zagrożonej ciąży.

Jestem wstrząśnięta i chce mi się krzyczeć, wyć z bezsilności i strachu !!!


Popołudnie w Oazie Spokoju. niedziela, 03 lipiec 2011, 17:48
Dziewczyna siedzi ze swoimi Aniołkami na kanapie i w ramach poobiedniej drzemki snują plany na kolejną wycieczkę rowerową. Aniołki prześcigają się w swoich pomysłach, co do celu wycieczki oraz przygód po drodze.

Młodszy Aniołek pełen szczęścia wylicza swoje dotychczasowe sukcesy wycieczkowe.
- „Mamusiu, a pamiętasz jak dzielnie potrafię wejść na swój duży, nowy rowerek!
A pamiętasz, jaka byłam dzielna jak się wywróciłam? Widziałaś jak pięknie odskoczyłam od rowerka, by mnie nie przygniótł!
Pamiętasz jak mnie za to pochwaliłaś i powiedziałaś, że jesteś ze mnie dumna? Pamiętasz kochana mamusiu?”

- „Pewnie, że pamiętam Moja Kochana Iskierko” – odpowiedziałam.

- „A pamiętasz mamusiu…” – rzekł drugi Aniołek „… jak kupiłaś nam dzwonki do rowerów i pierwsza zadzwoniłam na takiego pana, żeby się odsunął?
Pamiętasz, że powiedziałam mu ‘przepraszam’, a on powiedział ‘proszę grzeczna dziewczynko’. Pamiętasz mami, co mi wtedy powiedziałaś?”

- Przypomnij mi.” – rzekłam.

- „No, co ty, nie pamiętasz? Powiedziałaś, że jestem dobrze wychowana i pochwaliłaś mnie za to.
A pamiętasz jak siostra się przewróciła i ty się nią zajmowałaś, a ja nie byłam wcale zazdrosna. Widzisz mamo jak mnie dobrze wychowałaś?”

- Moje Kochane Szkraby. Dobrze, że jesteście takie mądre. Co ja bym bez Was zrobiła” – pomyślałam głośno.

- „Nie miałabyś, z kim jeździć na wycieczki rowerowe, mamusiu”krzyknęły razem, jakby się zmówiły.

- „Macie rację” – powiedziałam i wskoczyły na mnie by się razem wygłupiać.

Szalałyśmy tak przez kilkanaście minut na łóżku, po czym jedna z Iskierek powiedziała:
- „Mamusiu ty sobie tu leż, a ja przyniosę Ci coś do picia, bo pewnie pić Ci się chce”.
- „Ja też Ci przyniosę”
– powiedziała druga Iskierka i pobiegły razem do kuchni.

Poszłam za nimi, i co widzę: współpraca.
Jedna Iskierka sięga 3 szklanki, a druga sok jabłkowy.
Uzgadniają, co która ma wziąć,
aby nie rozlać w przedpokoju.

Podałam im tacę, położyłam na stołku i dyskretnie wyszłam do pokoju.
A moje Aniołki w skupieniu przyniosły napój, wedle swojego pomysłu i powiedziały:
- „Mami, cytrynę musisz sobie sama wycisnąć, bo przecież dzieci nie mogą używać noży”
.

"Dziewczyny, - powiedziałam z uśmiechem - ... przecież cytrynę pije się z herbatą, a nie z sokiem jabłkowym".

- "To będzie nasza premiera" - rzekła rozbawiona Iskierka.

- "Premiera soku jabłkowego z cytryną" - dodała z chichotem druga.

I wszystkie razem piłyśmy ich ulubiony sok jabłkowy z wyciśniętą cytrynką.

Królestwo Tłumionego Krzyku - wspomnień cd. środa, 22 czerwiec 2011, 02:14
Na balkonie stoi dziewczyna. Stoi tak i wspomina.
Jej oczy niejedno widziały i rozumiały złożoność relacji damsko–męskich. Kiedy się w nie patrzyło, wydawały się pełne głębokich, zmąconych jak woda w stawie, skrywanych tajemnic. Tymczasem spokojnie i bez zbytniego zdziwienia patrzyły przez balkon, na parę młodych niekrępujących się nastolatków.

Młodzi byli bardzo wyzwoleni i nie krępowali się w okazywaniu sobie uczuć. Ich stroje również zwracały uwagę przechodniów. Bardziej odkrywały to, co zazwyczaj powinny zakrywać. Młodzi w miłosnym uniesieniu położyli się pod płaczącą nieopodal wierzbą i zamilkli.


Dziewczyna stała tak i również milczała. Wyglądała niepozornie i nikt jej nie zauważał. Ani jeden przechodzień, nie zwrócił na jej oczy najmniejszej uwagi. Patrzyły one całkiem anonimowo.

Stała tak na balkonie i była jak przezroczysta, nie istniała dla nikogo. Czuła jakby nie była, ale nadlatująca pszczoła nagle wyprowadziła ją z chwilowego letargu. Ocknęła się gwałtownie i przestraszona usiadła na fotelu. Chciała usiąść wygodnie, kręciła się jednak, bowiem pod narzutą coś jej przeszkadzało. Wsunęła rękę i wyciągnęła szklaną kuleczkę z niebarwionego szkła. Widoczne na niej były ostre i szorstkie ślady wielokrotnego turlania jej po ziemi. Kulka ta nie była przedmiotem cennym ani wartościowym. Była to jedna z zabawek jej dzieci.

Dziewczyna wzięła kuleczkę w obie ręce i zaczęła na nią patrzeć. Patrzyła tak długo, aż wzrok jej zmętniał i znieobecniał. Znowu się zamyśliła i wtedy na jej dnie ujrzała
…przy świeżo pomalowanej ścianie sypialni łóżeczko swojego nowo narodzonego dziecka, a w nim miarowo oddychające niemowlę, przykryte kołderką w paski, a nad nim świeżo wyprasowany baldachim w brązowe misie. Jej dzieciątko śpi i bezpiecznie przewraca się na drugi bok.
Do pokoju wchodzi ona – matka dziecka i okrywa go bezszelestnie kołderką. Dziewczyna zachęcona atmosferą ciszy, siada na swoim łóżku i zanurzona w ulubionej lekturze powoli zasypia. W pokoju tli się muzyka, która rozleniwia, wprowadza w błogi stan słuchaczy i ułatwia zasypianie. Dziewczyna wtuliła się w swoją pierzynkę i z przyjemnością zasnęła…

Tak, to moje najmilsze wspomnienia z Królestwa Tłumionego Krzyku – pomyślała dziewczyna i obróciła w ręku znalezioną małą kuleczkę, a na jej dnie dostrzegła jeszcze
…małe wyciągające w jej kierunku ciepłe rączki i wpatrzone w nią ogromne oczy, które mówiły: „kochana mamusiu przytul mnie, chcę poczuć twój zapach i usłyszeć bicie twojego serduszka”. Matka, z wielką tkliwością, bierze swojego Aniołka w swoje ramiona i nuci ich ulubioną, wymyśloną specjalnie dla niego kołysankę/usypiankę. Dziecko przytula się do jej piersi, zasypia z zapachem mleka w bezpiecznych objęciach matki. Utulone, ukochane i przewinięte, matka z czułością kładzie je do łóżeczka i sama bardzo szybko zasypia…


Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie i zatęskniła do tych przyjemnych momentów z jej życia i z ciekawością obróciła w rękach małą szklaną kuleczkę, by przypomnieć sobie, co było dalej i zobaczyła jak…
 …ten błogi spokój został nagle zmącony obecnością ojca dziecka. Wszedł nagle do sypialni, spojrzał na łóżeczko, upewnił się, że dziecko śpi i przyciągnął do siebie za włosy matkę Aniołka.
Zachowywał się wobec niej jak Król Życia, niczym Władca, który wydawał tylko rozkazy i nie uznawał sprzeciwu.

Dziewczyna szeptała mu błagalne słowa i prosiła o litość, ale on nie miał dla niej litości. Kazał jej milczeć, by nie zbudzić dziecka, więc ona milczała. Wykręcił jej ręce i związał lnianymi taśmami. Uderzył ją mocno otwartą dłonią, że dziewczyna straciła przytomność.
Kiedy ją odzyskała on leżał na brzegu tapczanu i obiema rękoma trzymał mocno jej rozchylone nogi próbując je przywiązać do brzegu ich małżeńskiego łoża. Dziewczyna zaczęła kopać i przez przypadek uderzyła go w twarz, na co on odpowiedział tym samym ze zdwojoną siłą. Dziewczyna bezwiednie opadła na łóżko i już się nie szarpała.

Nagle poczuła silny ból w miejscach intymnych i od tego momentu nie zamykała już swoich zapłakanych oczu. Nie krzyczała nic, by nie zbudzić swojego Aniołka, poddała się całkowicie jego zwyrodniałym żądzom.
Czas jej się dłużył
, prawie nie przesuwała się do przodu wskazówka zegara wiszącego na ścianie. Zupełnie odmiennie niż jej mąż, który wykonywał w pocie czoła ruchy w przód i w tył, w tył i w przód – bez przerwy. Jej ciało nie reagowało na bodźce, którym było poddawane. Leżało przywiązane na łóżku i drżało z zimna i bólu w nadziei, że niedługo to się skończy.

Spojrzała w jego oczy i ujrzała w nich szczęście, powagę i zmęczenie. Potem legł obok niej i zaczął coś mówić do siebie w pełni zachwytu i ulgi. Dziewczyna nawet nie mogła wstać, umyć się, ani nawet zapłakać. Wyszeptała cichutko, by rozwiązał jej ręce, na co on zareagował natychmiastową agresją, rozdrażnieniem i pełen wzbierającego buntu przeczołgał się w kierunku jej rozchylonych ud. „Ja jeszcze nie skończyłem” – powiedział i włożył jej kilka palców jednej ręki w końcowy otwór przewodu pokarmowego, a językiem zaczął pobudzać punkt, który daje kobiecie najwięcej rozkoszy.

Jednak ciało dziewczyny nie reagowało na tę formę „zabawy”. Nauczona doświadczeniem dziewczyna zmusiła się by wydać z siebie głos udający rozkosz, aby nie stracić po raz kolejny swej świadomości, poprzez mocne uderzenie otwartą silną ręką domowego kata.
Poza tym wciąż myślała o Aniołku, który po raz kolejny nieświadomie uczestniczył w tym przeklętym zdarzeniu.


Trwało to jeszcze jakiś czas, aż zwyrodnialec się zregenerował, podniecił i ponownie wszedł swoim cielskiem najgłębiej jak tylko się dało.
Dziewczyna wiła się jak wąż po sypialnym łóżku, gdyż miała wrażenie, że szwy poporodowe zaczęły w niej pękać. Jej krzyk obudził dziecko, które spało w łóżeczku obok i przez dłuższą chwilę krzyczały razem: ona z bólu, a dziecko z nagłego wybudzenia.

Jednak i ta sytuacja nie zrobiła większego wrażenia na jej oprawcy, gdyż on dopiero dochodził do oczekiwanej przez siebie rozkoszy i pod żadnym pozorem nie zamierzał przerwać.

Dziewczyna wtedy już przestała czuć ból fizyczny, gdyż tą przestrzeń wypełnił jej ból matczynej troski. Jej serce już stało przy łóżeczku, jednak ciało było skrępowane i zmuszone było odczekać w pozycji leżącej. Leżało niemalże dwa kroki od łóżeczka dziecka…



W tym momencie dziewczyna będąc na balkonie nagle zerwała się z fotela, jakby chciała podbiec do płaczącego dziecka. Mała szklana kuleczka wypadła z jej spoconych dłoni, poturlała się po podłodze balkonu i spadła poza jego krawędź. Dziewczyna wyjrzała przez balustradę w nadziei, że roztrzaskała się na tysiąc kawałków, jednak kuleczka upadła na spulchnioną ziemię przyblokowego ogródka i odbiła od siebie promień czerwcowego słońca.

Dziewczyna spojrzała na swą zgubę zamglonym od wspomnień wzrokiem i zdecydowała nie podnosić więcej tej niepozornej, szklanej kuli, która nie wiedzieć, czemu przywołała niechciane obrazy z zakamarków jej pamięci z pobytu w Królestwie Tłumionego Krzyku.

Następnie zerknęła w stronę płaczącej wierzby i pary nastolatków, która zapomniała o całym bożym świecie i bez żadnego skrępowania czyniła sobie komplementy i obdarowywała się czułościami.
Pomyślała wtedy, pytając samą siebie, czy ona kiedyś będzie jeszcze zdolna przyjąć od życia Dar Uniesienia i czy jej dusza znajdzie we współczesnej cywilizacji swoją Bratnią Duszę?

Dzisiaj dziewczyna nie zna, na to pytanie, odpowiedzi i tak naprawdę, jeszcze jej nie szuka, chociaż czasami widząc młodych zakochanych w sobie ludzi, jak tę parę spod płaczącej wierzby, podświadomie tęskni i pragnie delikatności.


Oaza Spokoju niedziela, 19 czerwiec 2011, 17:31
Gdy dziewczyna uciekła z Królestwa Tłumionego Krzyku, ktoś wówczas zadał jej pytanie: „O czym marzysz?”.
Dziewczyna nie zastanawiała się długo i odpowiedziała z tęsknotą w głosie: „Marzę o Oazie Spokoju”.

Dziś po latach, siedząc w wygodnym fotelu, patrzy na swoje Aniołki, jak bawią się w szkołę i próbuje ułożyć sobie w głowie puzzle swojego życia.
Ułatwia jej to atmosfera dzisiejszego dnia. W tle sączy się muzyka, w pokoju pachnie kawą i frezjami.
Dziewczyna pomyślała głośno: „Tak, to jest Moja Oaza Spokoju. Właśnie spełniło się moje marzenie.”
Wyjęła białą pachnącą miętą chusteczkę i dyskretnie otarła nią łzy wzruszenia.


Powiedziała do siebie w myślach: "Teraz nie będę wspominać przeszłości, dziś zajmę się swoją Oazą Spokoju. Poukładam w niej wszystko, co należy i zostawię w niej dużo przestrzeni dla emocji, które drzemią w moich Aniołkach i pozwolę im je okazywać.

Tak właśnie wygląda moja Oaza Spokoju – Spokoju, czyli okazywania wzajemnych uczuć, szacunku względem drugiego człowieka, wyrażania swoich emocji, radości i smutków, by nie zatracać swojej indywidualności i godności.

W Oazie Spokoju nie ma dostosowania do odgórnie narzuconego wzorca, każdy może tu wyrażać siebie na swój sposób, nie wykraczając jedynie poza ogólnie przyjęte społeczne normy".


Oaza Spokoju pozwoliła dziewczynie na spokojne funkcjonowanie, spokojne wychowywanie dzieci, spokojne powroty do domu i co najważniejsze pozwoliła na spokojny sen.
Sen, który jest podstawą do życia następnego dnia, który regeneruje i wpływa na nastrój oraz samopoczucie.

W tej Oazie Spokoju dziewczyna zdążyła odchować swoje Aniołki i zregenerować swoje siły. Dziś ma energię do działania i odnajduje w sobie chęć do życia.
Dziś dziewczyna zaczyna się uśmiechać. Powoli zaczyna chcieć jej się żyć.

Immanuel Kant napisał, że: „Dla przeciwwagi wielu uciążliwości życia niebo ofiarowało człowiekowi trzy rzeczy: nadzieję, sen i śmiech.”

Te trzy rzeczy nadal będą codziennie gościły w Oazie Spokoju.
W Oazie, o której dziewczyna nie miała pojęcia, że w niej mieszka od lat, dopóki jej nie nazwała i jej nie zdefiniowała.

Czasem warto jest zatrzymać się od codziennego pędu życia, by dostrzec i docenić to co mamy i czego doświadczamy na co dzień.
Dobrze jest uświadomić sobie własne szczęście, by móc je dalej pielęgnować i cieszyć się nim przez następne dni, tygodnie, lata.

Dziewczyna modli się, aby tyran z Królestwa Tłumionego Krzyku, jak najmniej wchodził do Oazy Spokoju i nie zakłócał w niej atmosfery codziennego szczęścia, radości i spokoju.

Modli się, bo najbardziej pragnie być bezpieczna i chce zapewnić bezpieczeństwo dzieciom. Pragnie ochronić swoje Aniołki od ręki tyrana i marzy o tym, aby nigdy nie musiały doświadczyć zła, którego ona niestety doznała. 

Boi się, że Oazę Spokoju może - po raz kolejny - nawiedzić huragan, który zniszczy to co najcenniejsze. A niestety huragan nawiedza Oazę Spokoju i pozostawia po sobie spustoszenie, bałagan i lęk na przyszłość.


Pożyczka w rodzinie - ciąg dalszy. wtorek, 14 czerwiec 2011, 22:18
Kilkakrotnie przypomniałam o swoim istnieniu mojemu dłużnikowi. Były to bardzo nieprzyjemne spotkania, podczas których czułam się bardzo niezręcznie, wręcz poniżona i czułam się jak egzekutor, czy komornik przypominający o terminie spłaty raty długu. Dłużnik był bardzo antypatyczny i obcesowy.

A dziś wreszcie przyszedł dłużnik i oddał część swojego długu.
Ja naiwnie myślałam, że oddając podziękuje mi za pożyczkę, że się „jakoś” zachowa.
Och - naiwna dziewczynka ze mnie!


Wyglądało to tak: wszedł dłużnik do domu, oznajmił mi, że część długu przelał na konto i wręczył wydruk poświadczenia przelewu. Wszystko zrobione w nerwach, z okazaną mi niechęcią, wręcz chamstwem i złością.
Spytałam, dlaczego nie dał mi gotówki do ręki, tak jak się umówiliśmy, dlaczego przelał mi takie duże pieniądze przez konto.
Odpowiedź brzmiała krótko: „no co k..rwa ci nie pasuje.” A żeby było jeszcze ciekawiej, okazało się, że pieniądze, owszem przelał, ale na konto mamy.

Spytałam dłużnika, czy wie ile jeszcze mu zostało do spłaty i kiedy ma zamiar spłacić resztę.
W odpowiedzi usłyszałam: „No co k..rwa ode mnie jeszcze chcesz. Przecież masz już prawie połowę. O co ci chodzi.
Potem rzucił od niechcenia tekst: „to weź policz, przecież masz zapisane.” Poszłam, więc do drugiego pokoju po kalkulator, a on w tym czasie kierował się do wyjścia.

Zapytałam, więc dlaczego wychodzisz? Powiedziałam, żeby usiadł i ze mną porozmawiał. A on rzekł: „no co k..rwa będę z tobą rozmawiał, przecież już część ci oddałem, więc dasz mi spokój przez jakiś czas.”

Powiedziałam mu spokojnie, żeby się nie denerwował i usiadł, a on na to: „przecież k..rwa się nie denerwuje, jak ty masz jakiś problem to idź się wyśpij, bo chyba jesteś zmęczona.” Po czym jeszcze coś odburknął pod nosem i wyszedł.

I tak oto wyglądało oddanie części bardzo dużego długu. Długu pożyczonego z odruchu dobrego serca, ze zrozumieniem potrzeby dłużnika, na bardzo dogodnych ratach i terminem spłaty oraz co najważniejsze, bez naliczania odsetek, no bo przecież w rodzinie!

Oddanie tego długu niestety nie miało nic wspólnego z atmosferą, w której został zaciągnięty.

Ta sytuacja potwierdza stare porzekadło: „chcesz stracić przyjaciela – pożycz mu pieniądze”, a „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu”.

Przyjaźń - blaski i cienie sobota, 11 czerwiec 2011, 18:01
Dziewczyna miała szczęśliwe dzieciństwo. Mieszkała w pełnej rodzinie, miała rodzeństwo, blisko dziadków i jedną przyjaciółkę.

Mieszkały bardzo blisko siebie i z czasem stały się bliskie sobie. Mogły na sobie polegać, powierzały sobie nawzajem wszelkie sekrety i tajemnice. Wyjeżdżały również ze sobą co rok na wakacje. Były beztroskie, autentyczne, normalne. Razem dojrzewały, razem się śmiały i razem płakały. Gdy się sprzeczały lub znacząco różniły w niektórych poglądach, umiały zawrócić na odpowiedni kurs, co nigdy nie stawało na przeszkodzie ich przyjaźni.


Później, ich drogi trochę się rozeszły, ale sercem były blisko siebie. Kontaktowały się ze sobą i polegały na sobie, tak jak dawniej. Każda z nich miała już za sobą pierwsze fascynacje, pierwsze miłości i pierwsze rozczarowania. Ich przyjaźń pomagała im przetrwać trudy codziennego szarego życia.

Pewnego dnia dziewczyna zamieszkała w Królestwie Tłumionego Krzyku. Jej przyjaciółka była tam częstym gościem. Podejmowała ją obiadami, opowiadała jej o swoich marzeniach, o rodzinie i o sytuacjach, które marzenia te stanowczo przekreślały. Przyjaciółka wówczas też była na jednym z zakrętów życia i z wzajemnością dzieliły się swoimi troskami. Były dla siebie wsparciem. Ich przyjaźń stała się silniejsza i mocniejsza.

Ponieważ dziewczyna była przyszłą mamą, wiele ich rozmów skupiało się wokół dziecka. Było też sprawą oczywistą dla nich, że jej przyjaciółka zostanie Matką Chrzestną nienarodzonego jeszcze dziecka.

Jednak Królestwo Tłumionego Krzyku okazało się dla dziewczyny przekleństwem i zmuszona była stamtąd uciekać. Dziewczyna decyzję tę podjęła sama, w trosce o siebie i dziecko. Później przyszedł czas na kolejną decyzję, czyli decyzję o rozwodzie z ojcem, wówczas już, narodzonego ich dziecka.

Przyjaciółka zaoferowała pomoc i wsparcie w tych trudnych dla dziewczyny chwilach.

W końcu przyszedł dzień, w którym słowa przyjaciółki miały wielkie znaczenie dla losów dziewczyny, słowa, które powinny być wypowiedziane w sposób jednoznaczny, zrozumiały dla słuchaczy i miały obrazować to co przyjaciółka widziała, słyszała i czego była świadkiem w Królestwie Tłumionego Krzyku. Nadszedł dzień zeznań w sprawie rozwodowej.

Dziewczyna próbowała porozmawiać z przyjaciółką, aby ta na sali sądowej skupiła się na sednie sprawy, na rzeczach istotnych i tych najważniejszych. Chciała jej przypomnieć zdarzenia i fakty, którymi powinna podpierać się podczas zeznań.

Przyjaciółka poczuła się wtedy obrażona, że dziewczyna wątpi w jej intencje, jej spostrzegawczość i zrozumienie całej ich sytuacji. Powiedziała, że ma swój rozum i wie o czym ma mówić na rozprawie, nie chce aby dziewczyna ją kierunkowała i uczyła. Przecież ona to wszystko wie.

I przyszła do sądu zgodnie z wezwaniem. Tam pytana, bardzo precyzyjnie, o szczegóły zdarzeń nie umiała zebrać swych myśli i niemalże na każde pytanie odpowiadała „nie pamiętam”. Pod koniec zeznań rozpłakała się i ponieważ nie miała już nic do dodania sędzia zwolnił świadka do domu.

Tuż po rozprawie przyjaciółka zaczęła przepraszać dziewczynę za swoje zachowanie, tłumacząc swój stan zdenerwowaniem i przyjęciem leków uspokajających, które wyłączyły jej zdolność kojarzenia i spostrzegania.

Potem była cisza w ich relacjach. Dziewczyna zadzwoniła do swojej przyjaciółki po tygodniu i powiedziała, że nie ma do niej pretensji, że jakoś sobie poradzi pomimo tych zeznań, że to nie koniec świata.
Wówczas w odpowiedzi usłyszała zarzut, że przez nią przyjaciółka musiała tyle przeżyć, że pozostawiło to na niej ogromne piętno i stres i nie potrafi się z tego otrząsnąć. Usłyszała też głęboki wyrażony w jej kierunku żal, że w ogóle zgodziła się być świadkiem w sądzie w jej sprawie rozwodowej, bo ona wyobrażała sobie to wszystko inaczej. Miała do niej żal, że musiała zeznawać jako któraś w kolejce i że później nie mogła zostać na sali rozpraw i słuchać co inni mówią w tej sprawie.
Dziewczyna tłumaczyła jej, że prawdziwe sądy nie wyglądają tak jak pokazuje nam wyobrażenie o nich telewizja. A poza tym sprawa rozwodowa jest prowadzona w trybie niejawnym i nikt nie ma prawa być na sali sądowej poza zainteresowanymi. Ponieważ rozmowa ta przybrała zaskakujący obrót, dziewczyna wpędzona w poczucie winy, zaczęła przepraszać swoją przyjaciółkę, że naraziła ją na tak ogromny stres.

Mijał czas, a relacje między przyjaciółkami były coraz bardziej oschłe. Dziewczyna próbowała jeszcze kilka razy zadzwonić, załagodzić spór, porozmawiać, wytłumaczyć. Ponieważ w słuchawce nadal słyszała żal i urazę – w końcu odpuściła.

Mijały kolejne lata, spotykały się raz do roku na urodzinach jednej z córek. Matka Chrzestna dziecka pamiętała o tym wydarzeniu. W następnych latach, był to już przykry obowiązek i sprowadzało się tylko do podrzucenia dziecku prezentu, podczas godzin pracy matki, tak, aby się z nią nie spotkać.

Dziewczyna bardzo się źle czuła w obliczu całej tej sytuacji i próbowała odnowić kontakt, znajomość, może „przyjaźń”. Przyjaciółki w końcu spotkały się. Jednak dziewczyna usłyszała wtedy słowa, które przekreśliły w jej oczach przyjaciółkę, a mianowicie padły słowa następującej treści: „Wiesz, teraz to nie mamy o czym z sobą rozmawiać, będziemy się mogły znowu przyjaźnić, jak już się rozwiedziesz”.

Zaskoczona tym stwierdzeniem dziewczyna, po raz kolejny odpuściła i nie zabiegała już o tę relację. Znowu ich drogi prowadziły w innych kierunkach. Mijały kolejne lata.

Dziewczyna, żyła sobie dalej w cieniu łobuza, od którego uciekła z Królestwa Tłumionego Krzyku. Wychowywała swoje dzieci, pracowała, walczyła w sądach o sprawiedliwość i bezpieczeństwo swoje oraz jej Aniołków. Była w tym wszystkim sama. Jedynym wsparciem dla niej byli jej Rodzice. Nadal się nie rozwiodła.

Przyjaciółka tymczasem, również żyła swoim życiem, które jej nie oszczędzało. Nie zdołała założyć tak przez siebie upragnionej rodziny, została porzucona przez mężczyznę w którym pokładała pewne nadzieje na przyszłość, wdała się w relacje z innym mężczyzną świadomie zajmując pozycję „tej drugiej”. Przez kolejne lata ciągnęła ten „związek” czując się z tym bardzo źle, bo zawsze pragnęła więcej. Przede wszystkim pragnęła mieć z nim dziecko, na co on nie wyrażał zgody, gdyż ma już swoją rodzinę (żonę i dziecko, które bardzo kocha i wcale się z tym nie kryje). Związek ten przechodził wiele etapów i stanów emocjonalnych: od namiętności, euforii, po rozpacz i brak nadziei. Dziś zdarzają się już tylko między nimi przypadkowe powroty, chwilowe zapomnienia i doraźna pomoc z jego strony. Przyjaciółka obecnie jest samotna, zmęczona życiem i bez żadnej nadziei na jakąkolwiek znajomość, a tym bardziej na posiadanie upragnionego przez nią dziecka. Nie jest szczęśliwa.

Życie powoli zakręca koło i po raz kolejny splata na swej drodze losy dziewczyny i jej przyjaciółki. Rozmowy między nimi są poprawne, trochę na dystans, ale z pewną wzajemną dozą tęsknoty do wcześniejszych relacji.

Ale czy ponowna relacja przyjaźni między nimi jest możliwa?

Czy ona w ogóle ma sens?

Czy warto spróbować raz jeszcze?
- zastanawia się dziewczyna.

Rape - rwetes - gwałt. środa, 08 czerwiec 2011, 00:01
 
Dziewczyna biegła zdyszana i tchu złapać nie mogła. Była na granicy swoich fizycznych sił. Było już jej obojętne, czy ją dogoni czy nie.

To są właśnie te chwile, kiedy dziewczynie jest już wszystko jedno i dobrowolnie poddaje mu się, bo nie wierzy, że zdoła uciec. Nie ma już sił.

I tak było i tym razem, nie zdołała uciec. Wyciszyła w sobie kilka zmysłów. Pozostawiła zmysł wzroku, ale wyłączyła zmysł czucia i … poddała się.

Nie była posłuszna, więc on starał się jak mógł, by jednak go słuchała.
Ona słuchać nie mogła, bo przecież sam jej "wyłączył" zmysł słuchu własną otwartą dłonią. Po kilku następnych razach, ona już nic nie słyszała.


Instynktownie jej ciało wykonywało oczekiwane ruchy, jej struny głosowe wydawały oczekiwane dźwięki, a jej serce oczekiwało na spokój.

Nie doczekało się jednak tego spokoju.
Drgało niemiłosiernie jak
metalowa pokrywka rzucona na ziemię.

A później, już była tylko CISZA.


Nasciturus i Jego prawa. wtorek, 07 czerwiec 2011, 23:59
Nasciturus - płód - Cud - ... -




A może to już Człowiek?

Czy On ma prawa?
Czy ma prawo do spokojnego, prawidłowego rozwoju przez najbliższe 9 miesięcy?

Kto Mu to prawo zabezpieczy?

A jeśli nie dano Mu możliwości prawidłowego wzrastania i dojrzewania w łonie matki, to czy "nasze prawo" wyciągnie z tego faktu konsekwencje?

Kto i do czego ma więc prawo?

  • prawo ma na pewno łobuz, który rościł sobie wszelkie prawa do nienarodzonego jeszcze CUDU w łonie brzemiennej kobiety? /prawo domniemania niewinności/.

  • prawo ma także Kobieta, która nosiła Dzieciątko pod swym sercem zmuszona do upokorzeń, bólu i szeroko pojętej przemocy fizycznej? /prawo do złożenia zawiadomienia o przestępstwie/.

  • czy prawo ma, dopiero co narodzone Dzieciątko, które zmuszone było przedwcześnie poznać i poczuć mechanizmy obronne przed fizycznym kontaktem drugiego człowieka? /prawo do ... no właśnie do czego?/.

  • a czy przedstawiciele prawa mają prawo i obowiązek postępować i wyrokować zgodnie z prawem? /prawo i obowiązek przestrzegania prawa/.


    Dlaczego tzw. "litera prawa" jest tak szerokim pojęciem, że pozwala na szereg interpretacji dając tym samym szerokie pole manewru prawnikom, by łobuz mógł uniknąć odpowiedzialności?

Gdzie jest ta granica prawa, za którą jeśli się ją`przekroczy choćby milimetr - poniesie się karę zgodnie z prawem.

Jaka jest więc definicja prawa?

Kto to prawo stanowi?

Kto temu prawu podlega?




Symbioza przeszłości z teraźniejszością. poniedziałek, 06 czerwiec 2011, 22:50
Dziewczyna podeszła do okna, a żar lał się z nieba, niczym gorąca lawa z wulkanu.
Pył wspomnień parzył jej duszę. Jej serce drżało, a skóra pokryta była małymi kropelkami. Nie płakała. Drżała tylko, bo była sama ze swoimi wspomnieniami.

Wszystkie wątki jej życia przeplatały się z rzeczywistością.

MARZENIA, plany - prysły jak bańka mydlana. Również jak ona kolorowe, magiczne, piękne, lecz jak bańka - ulotne i nietrwałe. Jak zawsze nienamacalne.

Trwała okazuje się jedynie PRZESZŁOŚĆ. Trwa jak potężne drzewo, które z każdym dniem umacnia swoje korzenie.
Nic go nie złamie. Żaden wiatr, żadne tornado, żadne wichury.
Drzewo to, tak rozbudowało swój systemem korzeniowy, że stało się odporne na wszelkie huragany i cyklony.

Czym więc w obliczu tego drzewa jest bańka mydlana, która popchnięta letnim wiatrem pęka przy zetknięciu się z małym zielonym listkiem?



O IRONIO!

Teraźniejszość pędzi z prędkością wiatru
i wiele nie zauważa po drodze. Przemyka szybko, czasem bezszelestnie, po prostu – byle do przodu, choć stara się nie byle jak.

A przeszłość wlecze się jak ślimak, oblepia śluzem i niszczy wszystko, co napotka po drodze - z siłą huraganu.

Dziewczyna omdlała i nie może się podnieść, gdyż maź, którą pozostawił ślimak oblepił jej kolejne wakacyjne plany. Zrobił to już po raz szósty z rzędu.

Nawet nie ma już siły walczyć z tą przeklętą kleistą substancją, bo nie ma odpowiednich środków, by móc ją raz na zawsze zniweczyć.

Dziewczynie pozostała jednie Wiara, że za rok ślimaka już nie będzie.
Choć wie, że to ułuda, to jednak chce w Nią wierzyć, bo nic innego jej nie pozostało.

Teraźniejszość - po prostu. niedziela, 05 czerwiec 2011, 18:44
Uff – jak gorąco.

Termometr w słońcu wskazuje 55 stopni i żar się leje z nieba. A my, czyli ja i moje Aniołki, siedzimy w domu i tęsknimy za dużą porcją lodów.

Dziewczynki są całe w kropki i wyglądają jak biedronki. Obie przechodzą ospę wietrzną i chodzą rozdrażnione, bo wszystko je swędzi.
Mamy już za sobą 40-sto stopniową temperaturę ich małych ciałek, ból głowy i nudności. Pozostało więc uzbroić się w cierpliwość i zająć czymś te piękne główki. Więc organizujemy sobie domowe plenery malarskie, zgadywanki, wymyślanki i wycinanki.

Z okazji ich pierwszej zakaźnej choroby, którą tak dzielnie znoszą, kupiłam im super grę, od której i one i ja nie możemy się oderwać.
Jest to jedna z gier logicznych, która przygotowuje dzieci do rozwijania umiejętności logicznego myślenia i rozwiązywania problemów. Gra nazywa się „CLUB 2%”.
Jej zasady opierają się o słynną zagadkę Einsteina, co oznacza, że jedynie 2% ludzi na całym świecie jest w stanie ją rozwiązać.
Gorąco polecam wszystkim, gdyż gra jest przeznaczona dla graczy w wieku od 4 do 99 lat.




Co do pogody to, przeraża mnie ten żar z nieba, zwłaszcza, że przede mną przez cały tydzień wiele kilometrów codziennej trasy w samochodzie bez klimatyzacji.
Po drodze mam niestety zagwarantowane korki. Już mi się robi słabo na ich myśl.



Jestem już po rozprawie, na której miały być wyjęte przeciwko mnie „asy z rękawa”. Jednak w międzyczasie do sądu spłynęła kolejna opinia biegłego psychiatry (drugiego), która potwierdziła moje zeznania i dwie papugi męża wycofały się ze swojego planu.
Było cicho, spokojnie i bez fajerwerków. Wyznaczono kolejny termin rozprawy, aby przesłuchać biegłych, a później zostanie już tylko kolejny termin na ewentualne wyjaśnienia oskarżonego, mowy końcowe i długo oczekiwany przeze mnie wyrok I instancji. Mam nadzieję, że usłyszę ten wyrok na przełomie września/października br.



A teraz wracam do swoich Aniołków, zająć ich rozkrzyczane główki, bo zaczynają przestawiać "dom do góry nogami".
Skaczą, ganiają się i robią sobie na złość, a potem się z tego obie śmieją. A teraz poszły do łazienki i zaczęły myć swoje ząbki.

Spytałam je czy idą już spać. A one odpowiedziały: nie idziemy jeszcze spać, ale nakarmiłyśmy właśnie bakterie czekoladą, więc musiałyśmy umyć zęby, żeby nam dziur nie zrobiły.”
Uśmiechnęłam się do nich i pochwaliłam je. A one na to: „przecież nas dobrze wychowałaś, nie pamiętasz mamo?” – i uciekły dalej ganiać się po pokoju.



Ach, te moje Kochane Szkraby


Królestwo Tłumionego Krzyku - wspomnienia cd. sobota, 28 maj 2011, 21:10
Królestwo Tłumionego Krzyku, znowu powraca. Powracają tłumione i świadomie skrywane wspomnienia, które ujawniają się pod wpływem bodźca zewnętrznego.

Tym bodźcem było kolejne spotkanie z przestępcą oraz długo oczekiwane przeze mnie opinie biegłych sądowych dotyczących jego profilu osobowości i skłonności sadystycznych. Opinie są bardzo korzystne z mojego punktu widzenia, tzn. potwierdzają moje zeznania i dokonane przez niego przestępstwa.

Jednak nie jestem spokojna. Docierają do mnie informacje, że adwokaci, którzy go bronią mają na mnie „asa w rękawie”, więc nie mam, co być taka pewna siebie. Powinnam raczej, ich zdaniem, przygotować się na coś specjalnego. Tak, więc strach mnie nie opuszcza. Znowu ta niepewność, która mnie dobija.

Spotkanie z przestępcą obudziło we mnie wspomnienia z przeszłości.
Pamiętam to jak dzisiaj. Zbliżał się Dzień Matki. Ja też byłam już Matką. Mój pierwszy Aniołek urodził się kilka miesięcy wcześniej. Planowałam wówczas jak spędzę swój pierwszy Dzień Matki, który był dla mnie czymś pięknym, magicznym i chciałam, aby ten dzień został mi w pamięci na długo.

Tak, pamiętam, że użyłam właśnie takich słów. Słowa te wywołały w nim nagłą agresję i rzeczywiście, uczynił wszystko, że zbliżający się wówczas mój pierwszy w życiu Dzień Matki, pozostał mi w pamięci do dnia dzisiejszego.

Szykowałam się na spacer, wcześniej rozmawiałam ze swoją Mamą i ustalałyśmy godzinę naszego spotkania i omawiałyśmy różne codzienne sprawy. Zakończyłam rozmowę będąc szczęśliwa i radosna. Ubrałam mojego Aniołka i miałam zamiar wyjść na spacer. Miałam wyjść, ale mi się już to nie udało.

Usłyszałam: „chciałaś coś wyjątkowego, to będziesz miała”. Zdążyłam ułożyć śpiącego Aniołka w łóżeczku i sama zostałam rzucona na łóżko. Ściągnął mi spódnice, rozerwał rajstopy i zaczął mnie uderzać w głowę.
Krzyczał do mnie: „dlaczego nie jesteś przygotowana … zajmij się mną, a będzie cię mniej bolało”. Rozłożył się wówczas na łóżku i oczekiwał, że będę się z nim kochać. Kazał mi pieścić jego spocone ciało, wykręcał mi nogę, na znak, żebym przypadkiem nie miała odwagi i siły uciec.

I rzeczywiście, nie uciekłam tego dnia, bo bałam się o dziecko. Usnęło w międzyczasie w łóżeczku i niczego nie było świadome. Ja zmuszona byłam wtedy do kilkukrotnego stosunku, który zakończył się głośną awanturą i moim płaczem, który zbudził mojego Aniołka.
On już tego nie wytrzymał – obie płakałyśmy. Zaczął na mnie krzyczeć, żebym uspokoiła „to dziecko”, bo jak tego nie zrobię, to mogę się zdziwić i żałować, że tego sama nie zrobiłam.

Przytuliłam Aniołka do piersi, przewinęłam, ukołysałam i w takiej pozycji siedziałyśmy obie na podłodze w kąciku. Obiecałam sobie, że to był już ostatni raz, kiedy mnie skrzywdził, kiedy zdeptał moją godność, kiedy mnie wykorzystał i brutalnie zgwałcił.



Uspokoiłam się, umyłam i pojechałam razem z Aniołkiem do mojej Mamy. Nie powiedziałam jej, co się stało, nie miałam na to siły. Ale wtedy bardzo zdecydowanie zapytałam ją czy mogę u niej zamieszkać razem z córeczką.

Moja Mama nie rozumiała wszystkiego, ale wiedziała, że dzieje się coś niepokojącego. Oczywiście nie odmówiła mi i zaczęłyśmy organizować pokój dla mnie i dziecka.
Pojechałam sama do domu, jego nie było. Spakowałam wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy dla Aniołka i dla siebie. Wzięłam tyle ile zmieściło mi się w samochodzie i wróciłam do Rodziców.

Przez najbliższy tydzień on się nie zorientował, że powoli wyprowadzam się z domu. Niestety zauważył brak dziecka, co dało mu okazję do kolejnego skrzywdzenia mnie.
Zaciskałam wówczas zęby i wierzyłam, że tym razem to już „ten ostatni raz”. Ale zanim to się skończyło, zmuszona byłam poczuć na swoich plecach jego kopnięcia, na głowie jego mocne razy, moje włosy zostały po części wyrwane. Nie mogłam też uciec, bo nie miałam fizycznie na to siły.
Jedyne, co mi pozostało, to przeczekać, wprowadzić się w stan „psychicznej hibernacji” i pozwolić mu wyżyć się do końca.



Dziś, z perspektywy czasu, oceniając moje poddanie się i bezsilność wobec niego, wiem, że to był przejaw mojej odwagi – choć wówczas czułam się bezradna i tak nie myślałam. Bo gdybym z nim walczyła wtedy, z pewnością nie wyszłaby z tej konfrontacji w jednym kawałku. A tak, dziś mam na tyle zdrowia i siły, by być matką i móc wychowywać swoje Aniołki.

No właśnie, te ostatnie z nim zbliżenia, poza poważnym uszkodzeniem ciała spowodowały, że został poczęty mój drugi Aniołek, który dojrzewał we mnie powoli, już pod dachem moich Rodziców.
Byłyśmy bezpieczne: ja, mój dopiero, co urodzony Aniołek i drugi dopiero, co poczęty. Zaczął się dla mnie kolejny rozdział w życiu.



A teraz człowiek ten, bez pardonu wchodzi do mojego domu i ma pełny dostęp do dzieci, które wykorzystuje w walce ze mną, by po raz kolejny mi dokuczyć.
Nie wykazuje, żadnego zainteresowania nimi, jest wulgarny, agresywny i obcesowy wobec mnie i nie przeszkadza mu nawet obecność kuratora.
A ja muszę mu znowu na wszystko pozwalać.
Powtórnie jestem zmuszona do uległości i do pozwalania mu wchodzenia z buciorami w moje życie i nie mam prawa mu się przeciwstawić, bo zostanie to odczytane, jako utrudnianie kontaktów ojcu z dziećmi.



Jak będzie dalej wyglądało moje życie? Ile jeszcze zdołam wytrzymać?
Co powinnam zrobić, by móc skutecznie ochronić moje Aniołki?
Czy będę miała jeszcze w sobie siłę i odwagę?

Dzień Matki czwartek, 26 maj 2011, 10:25
Dzisiaj Święto Wszystkich Mam.
Moje małe Aniołki nauczyły się następującego wierszyka:

Mamo, mamo, dobra wróżko
coś powiemy ci na uszko:
wróżysz nam dobre dni,
umiesz w śmiech zamienić łzy.

Ciepłe sny niesiesz nam do poduszki,
w oczach masz słońca blask
i od burz chronisz nas.

Nawet w bajkach nikt
nie znajdzie lepszej wróżki!


Po południu mamy fajne rodzinne spotkanie trzech pokoleń Mam, czyli;
- moja Babcia (Mama mojej Mamy),
- moja Mama
- oraz Ja (Mama moich Aniołków).
Wszystkie Mamy razem.
 
Znając dziewczynki, pewnie wezmą swoją lalkę i również będą Mamusiami dla swoich „Córeczek na niby”.
I tak oto zapowiada się ten dzisiejszy słoneczny dzień – Dzień Wszystkich Mam - Wszystkich, tych teraźniejszych i tych przyszłych.

Jest to dzień, w którym robimy sobie dyspensę od diety, gdyż na stole będzie tort, sernik i ciasto z bitą śmietaną.
A wcześniej moje ulubione chrupiące złociste skrzydełka z młodą kapustką.
Już się nie mogę doczekać.


Pozdrawiam Wszystkie Mamy
i życzę Nam dużo uśmiechu,
radości, wszystkiego kolorowego,
bezstresowego i sercu najmilszego.



Temida6
Historia, czyli jak to było kiedyś:

Początki dzisiejszego święta Dnia Matki sięgają czasów starożytnych Greków i Rzymian.
Kultem otaczano wtedy Matki-Boginie, symbole płodności i urodzaju.
Zwyczaj powrócił w XVII Anglii pod nazwą Niedziela u Matki (Mothering Sunday).
Dzień, w który obchodzono to święto był wolnym od pracy.

Do tradycji należało składanie matce podarunków, głównie kwiatów i słodyczy, w zamian za otrzymane błogosławieństwo. Zwyczaj przetrwał do ok. XIX wieku.
Ponownie zaczęto go obchodzić po zakończeniu II wojny światowej.

Inaczej historia tego święta przedstawia się w USA.
W 1858 amerykańska nauczycielka Anna Reeves Jarvis ogłosiła Dni Matczynej Pracy (Mothers' Work Days), zaś od 1872 ideę Dnia Matek dla Pokoju (Mother's Day for Peace) promowała Julia Ward Howe.
Annie Jarvis, córce Anny Jarvis, w 1905 udało się ustanowić Dzień Matki.

Z czasem zwyczaj ten rozpowszechnił się na niemal wszystkie stany, zaś w 1914 Kongres USA uznał przypadający na drugą niedzielę maja Dzień Matki za święto narodowe.


Ciekawostek ciąg dalszy:

Po raz pierwszy w Polsce Dzień Matki obchodzony był w Krakowie w 1923 roku.

W Mongoli Dzień Mam obchodzony jest razem z Międzynarodowym Dniem Dziecka i jest to jedyny kraj, w którym to święto obchodzone jest dwa razy w roku (1 czerwca i 8 marca).

W licznych krajach Dzień Matki świętowany jest razem z Międzynarodowym Dniem Kobiet 8 marca.


W USA Dzień Matki to święto państwowe.

Dzień Kobiet we Francji obchodzony jest w ostatnią niedzielę maja, ale jeśli w ten dzień wypada Święto Zesłania Ducha Świętego (Pięćdziesiątnica, Zielone Świątki), to Dzień Matki obchodzony jest w pierwszą niedzielę czerwca.

Teraźniejszość - narastający lęk. wtorek, 24 maj 2011, 22:15
Jest we mnie lęk i strach przed następnym dniem.

Kładę się zmęczona, przestraszona, nie mogę zasnąć. Jak już mi się uda, budzę się kilkakrotnie w nocy. Rano nie mam siły wstać i iść do pracy. Jakoś sobie radzę, ale brak w tym wszystkim jakości – do której tak bardzo przywiązywałam kiedyś uwagę.
Po prostu trwam, tylko trwam.

Przede mną, za kilka dni, kolejna wokanda w sądzie. Boję się.

Za mną już kilka lat walki i dotychczas miałam więcej wiary i siły, by stawić temu wszystkiemu czoło.
Teraz czuję, jakby uszło ze mnie powietrze. Pozostało tylko zmęczenie i brak wiary oraz wszechogarniający mnie strach.

A tydzień dopiero się zaczął i przede mną kilka dni wytężonej pracy, wiele kilometrów jazdy samochodem i praca wymagająca skupienia się i jasności umysłu – a tego brakuje mi przede wszystkim.

Po prostu brakuje mi siły.

Dzień Dobrych Uczynków czwartek, 19 maj 2011, 23:50
Dzisiaj był Dzień Dobrych Uczynków – już siódmy rok z kolei.


Postanowiłam, więc że i ja zrobię dziś coś dobrego dla kogoś.
A ponieważ w moim życiu najważniejsze są moje dwa Aniołki, więc postanowiłam zrobić coś dla nich.

Mój plan był następujący:

Punkt 1 – coś dla zdrowia.
Punkt 2 – coś dla zabawy, radości, beztroski.

Gdy wróciłam szybko z pracy, pojechałam do lasu nazbierać pędów sosny (razem z dziadkami, żeby było mi raźniej i liczyłam także na ich pomoc). Ponieważ byliśmy we trójkę, poszło nam to bardzo sprawnie. Nazbieraliśmy 3 torby. Potem pojechałam po cukier i przygotowałam gigantycznych rozmiarów słoiki, by zrobić z darów lasu pyszny i przede wszystkim zdrowy – SYROP SOSNOWY.

I tym sposobem wykonałam punkt 1 z mojego dzisiejszego planu na Dzień Dobrych Uczynków, czyli "coś dla zdrowia".
Tak więc na zimę, jestem już zaopatrzona w syrop pierwszej pomocy, czyli lek skuteczny na kaszel, przeziębienie i chrypkę. Oczywiście musi on jeszcze postać parę tygodni "na słoneczku", ale to już sama przyjemność patrzeć jak pędy puszczają soki. No i ten zapach - uwielbiam go. Polecam, bo naprawdę jest pyszny i skuteczny, no i bez konserwantów. Samo zdrowie prosto z lasu.

Później poszłam po moje Aniołki do przedszkola. Wybiegły do mnie radosne i zadowolone. Na miejscu zakomunikowałam im, że mam dla nich NIESPODZIANKĘ. Jedna przez drugą zgadywała i prześcigała się pomysłami. Żadna nie zgadła.

W atmosferze tajemnicy pojechałyśmy (jak zawsze) na dodatkowy język angielski i potem miała być ta niespodzianka. Dziewczynki nie mogły się już doczekać i podziwiałam je, że mimo ich ciekawości, potrafiły się skupić i były bardzo aktywne na zajęciach.

Po zajęciach przy samochodzie czekała na nas już babcia. Dziewczynki zdziwione i zaciekawione zaczęły znowu pytać. Mamusiu, ale gdzie w końcu jedziemy? Co to za niespodzianka?
Ponieważ nie otrzymały odpowiedzi, stwierdziły, że same się zorientują, jak będziemy jechać. No i rzeczywiście, Kochane Szkraby odgadły cel naszej niespodziewanej podróży Dnia Dobrych Uczynków. Pojechałyśmy na basen z saunami, zjeżdżalniami i innymi atrakcjami dla najmłodszych.

Były prze-szczęśliwe i jednocześnie zdziwione. Zapytały mnie: Mamusiu, ale my nie mamy kostiumów?
Ale oczywiście jak niespodzianka, to niespodzianka. Otworzyłam bagażnik, a tam naszykowana torba z ręcznikami, kostiumami, klapkami i akcesoriami do pływania.

I wszystko byłoby SUPER, gdyby nie jeden incydent, który spowodował szybkie bicie mojego serca. Do tego momentu Aniołki wariowały, pływały, pluskały się. Czuły się jak rybki w wodzie. Z każdym ruchem coraz pewniejsze, pokrzykiwały: Mamusiu, zobacz ja już sama pływam! Już nie musisz mnie trzymać, zobacz!

A ja, szczęśliwa mama, wtórowałam im, że są zdolne, bystre i że jestem z nich dumna. Babcia, także była zadowolona, patrząc na swoje wnuczki, które to pokonują kolejne swoje lęki i samodzielnie machają rączkami i nóżkami by przypłynąć w jej stronę. Widok moich Aniołków i atmosfera dzisiejszego dnia, rzeczywiście były BEZCENNE!

Babcia, która przesiąkła całą atmosferą radości i stawiania przez Szkraby kolejnych kroków do większej samodzielności, postanowiła także spróbować czegoś więcej niż tylko pływanie. Poszła na największą ślizgawkę, jaka była na tym obiekcie. Fakt, że była ona wysoka i bardzo kręta, nie zniechęcił jej. Weszła, więc po schodach prowadzących na szczyt owej ślizgawki i … pojechała.

Ja z Aniołkami stałyśmy u wylotu tejże ślizgawki, oczekując na Babcię i jej wrażenia z diabelsko krętego ślizgu. Nagle wylatuje nasza Babcia z ogromnym pędem i nie podnosi się tak jak robili to poprzednicy. Jej głowa bezwiednie znajduje się pod wodą i jedynie jej ręce machają na oślep.

Boże! Pomyślałam – Ona się topi. Zerwałam się, co sił by ją podnieść i jednocześnie podbiegł ratownik. Podnieśliśmy ją razem i odkrztusiła wodę, która wdarła się do przełyku. Potem zaczęła pluć krwią. Ratownik, widząc, że jest przytomna i że "na oko" wszystko jest w porządku odszedł i zostałyśmy same.

Mama dzielnie to zniosła, mówiła, że dobrze się czuje, że wszystko jest w porządku. Była spokojna, ale i przestraszona.

Ja zamarłam, nie wiedziałam, co mam zrobić. Obserwowałam ją tylko i skierowałyśmy się w kierunku wyjścia. Nasze Aniołki, nie zrozumiały do końca, co się stało, nie chciałyśmy je przestraszyć, ale one same przestały trajkotać jak dotychczas.

Po wszystkim usiadłyśmy na ławce, by wyciszyć emocje, dziewczynki coś zjadły, zaczęły cieszyć się z dzisiejszej niespodzianki i wszystkie szczęśliwe wróciłyśmy do domu.

Ale każda z nas była szczęśliwa inaczej:
  • moja Mama – szczęśliwa, że już stamtąd wyszła,
  • moje Aniołki – szczęśliwe, że miały tyle wrażeń i że mogły doskonalić swoje umiejętności pływackie,
  • a ja – szczęśliwa, że Mamie nic się nie stało, bo gdyby leżała w tej wodzie przez dłuższą chwilę, mogłoby to wszystko się skończyć inaczej.
Boże Dziękuję Ci, że w Dniu Dobrych Uczynków pozwoliłeś mi dalej cieszyć się pełną rodziną, że czuwałeś nad nami i że nas nie rozdzieliłeś.
Naprawdę się przestraszyłam.

To dzisiejsze zdarzenie, uświadomiło mi, że „człowiek nie zna ani dnia, ani godziny”.

Nieszczęście czai się za nami jak cień w słoneczny dzień.
Zbliża się DZIEŃ SĄDU OSTATECZNEGO i KONIEC ŚWIATA - czy aby na pewno? niedziela, 15 maj 2011, 22:30

Usłyszałam dziś w telewizji informację o końcu świata, który ma nastąpić całkiem niedługo, bo już za tydzień. Zajrzałam do sieci, zasięgnąć języka i oto, co znalazłam (dużo tego, ale warto przeczytać):

DZIEŃ SĄDU OSTATECZNEGO: 21 MAJA 2011 ROKU
„I nakazano im, aby nie zabijały ich, lecz dręczyły przez pięć miesięcy; a ból przez nie wywołany był jak ból od ukłucia skorpiona, gdy ukłuje człowieka.” Objawienie 9:5
KONIEC ŚWIATA: 21 PAŹDZIERNIKA 2011 ROKU

BIBLIJNY KALENDARZ HISTORII:
Bóg umożliwił Swoim ludziom odczytanie z Biblii kalendarza biblijnego. Rodowody zapisane w Księdze Rodzaju, głównie w Rozdziałach 5 i 11, okazały się bardzo precyzyjnym kalendarzem historii ludzkości.

DATY WAŻNYCH WYDARZEŃ HISTORYCZNYCH:
11 013 p.n.e.—Stworzenie. Bóg stworzył świat i człowieka (Adama i Ewę).
4990 p.n.e. — Potop za czasów Noego. Wszyscy ludzie zginęli w globalnym potopie. W arce ocaleli tylko Noe, jego żona i ich trzej synowie z żonami (6023 lata po stworzeniu).
7 p.n.e. — Narodziny Pana Jezusa (11 006 lat po stworzeniu).
33 n.e. — Rok ukrzyżowania Chrystusa i początek Ery Kościoła (11 045 lat po stworzeniu i 5023 kalendarzowe lata po potopie).
1988 — Rok ten kończy Erę Kościoła i otwiera okres Wielkiego Ucisku, trwający 23 lata (13 000 lat po potopie).
1994 — 7 września tego roku skończyła się pierwsza (trwająca 2300 dni) część okresu wielkiego ucisku i zaczął się okres późnego deszczu, w którym, już poza kościołami, rozpoczął się Boży plan zbawienia wielkiego tłumu ludzi (13 006 lat po stworzeniu).
2011 — 21 maja, na końcu 23-go roku wielkiego ucisku, rozpocznie się Dzień Sądu Ostatecznego oraz nastąpi uniesienie zbawionych (wniebowzięcie ludzi wybranych przez Boga). 21 października cały świat zostanie zniszczony ogniem (7 000 lat po potopie i 13 023 lata po stworzeniu).

21 MAJA 2011: POCZĄTEK SĄDU OSTATECZNEGO
Wiemy, że rok 2011 jest 7000-nym rokiem od potopu. Wiemy również, że wtedy właśnie Bóg zniszczy ten świat. Pozostaje jeszcze pytanie, w którym momencie roku 2011 to się stanie?

Odpowiedź jest zdumiewająca. Przyjrzyjmy się ponownie informacjom o potopie za czasów Noego zapisanym w Księdze Rodzaju:
Księga Rodzaju 7:11 W roku sześćsetnym życia Noego, w miesiącu drugim, siedemnastego dnia tego miesiąca, w tym właśnie dniu wytrysnęły źródła wielkiej otchłani i otworzyły się upusty nieba.

Zgodnie z zapowiedzią, Bóg sprowadził potop na ziemię 7 dni później, w 17-tym dniu 2-go miesiąca 600-go roku według kalendarza, który odnoszono wtedy do okresu życia Noego. Dokładnie 17-go dnia 2-go miesiąca Bóg zamknął drzwi arki, zapewniając bezpieczeństwo przebywającym w niej ludziom i zwierzętom, i jednocześnie przesądzając los wszystkich innych ludzi, którzy pozostali na tym świecie na zewnątrz arki. Wszyscy oni zginęli w tej globalnej katastrofie.

Księga Rodzaju 7:16-17 A te, co weszły jako samiec i samica, z wszelkiego ciała weszły, jak mu rozkazał Bóg. I zamknął Pan za nim. A potop trwał na ziemi czterdzieści dni. I wezbrały wody i podniosły arkę, i płynęła wysoko nad ziemią.

Wcześniej wspomnieliśmy, że Era Kościoła zakończyła się w roku 1988. Wiemy też z Biblii, że Era Kościoła rozpoczęła się w dniu Pięćdziesiątnicy, 22 maja roku 33, a zakończyła się 1955 lat później, to znaczy, 21 maja roku 1988, w przededniu rocznicy Święta Pięćdziesiątnicy.

Biblia naucza również, że koniec Ery Kościoła nastąpi w dniu, w którym jednocześnie rozpocznie się okres wielkiego ucisku:
Mateusza 24:21 Wtedy bowiem nastanie wielki ucisk, jakiego nie było od początku świata aż dotąd, i nie będzie.

Dnia 21 maja 1988 roku Bóg przestał posługiwać się lokalnymi kościołami na całym świecie. Duch Święty opuścił wszystkie kościoły a szatan, człowiek grzechu, zasiada od tamtej pory w kościołach, aby w nich panować. Biblia naucza także, że ten straszny okres sądu nad kościołami trwać będzie przez 23 lata (dokładnie 8400 dni), rozpoczynając się 21 maja 1988 roku a kończąc 21 maja 2011 roku. Informacja ta została odkryta w Biblii zupełnie niezależnie od informacji o okresie 7 tysięcy lat od potopu do roku 2011. Dzięki temu możemy dostrzec, że pełny okres wielkiego ucisku, trwający 23 lata, zakończy się 21 maja 2011 roku. Jest to dzień, w którym zakończy się okres wielkiego ucisku, a także dzień, na który przypada 7-tysięczna rocznica potopu za czasów Noego.

Pamiętajmy, że Bóg zamknął drzwi arki 17-go dnia 2-go miesiąca według kalendarza Noego. Dowiadujemy się również, że dzień 21 maja 2011 zamyka okres wielkiego ucisku. Istnieje bardzo ścisły związek pomiędzy 17-tym dniem 2-go miesiąca według kalendarza w czasach Noego a naszym kalendarzem gregoriańskim. Związku tego nie można było łatwo dostrzec, dopóki nie odkryliśmy, że istnieje jeszcze jeden kalendarz, który należy uwzględnić, a mianowicie, kalendarz żydowski czyli kalendarz biblijny. Dzień 21 maja 2011 roku w naszym kalendarzu pokrywa się z 17-tym dniem 2-go miesiąca w kalendarzu żydowskim. Bóg utwierdza nas przez to w przekonaniu, że prawidłowo rozumiemy informację dotyczącą okresu 7 tysięcy lat od potopu za czasów Noego do roku 2011. 21 maja 2011 roku jest datą odpowiadającą dniowi, w którym Bóg zamknął drzwi arki Noego. Na podstawie tej konkretnej informacji, jak i wielu innych informacji biblijnych, dowiadujemy się, że 21 maja 2011 roku będzie dniem, w którym Bóg rozpocznie Sąd Ostateczny. Będzie to dzień, w którym Bóg zamknie drzwi do zbawienia dla tego świata.

Innymi słowy, kończąc okres wielkiego ucisku w dniu, który utożsamia się z 17-tym dniem 2-go miesiąca kalendarza Noego, Bóg bezsprzecznie potwierdza, że będzie to dzień, w którym zamierza zamknąć na zawsze drzwi do nieba:
Jana 10:9 Ja jestem drzwiami; jeśli kto przeze mnie wejdzie, zbawiony będzie i wejdzie, i wyjdzie, i pastwisko znajdzie.

Biblia bardzo wyraźnie mówi, że Chrystus jest jedyną drogą do nieba. On jest drzwiami, przez które możemy wejść do chwalebnego Królestwa Niebieskiego.
Dzieje Apostolskie 4:12 I nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni.

W momencie, kiedy drzwi (Jezus) zostaną zamknięte, na tej ziemi nie będzie już możliwości zbawienia.
Objawienie 3:7 …To mówi Święty, prawdziwy, Ten, który ma klucz Dawida, Ten, który otwiera, a nikt nie zamknie, i Ten, który zamyka, a nikt nie otworzy.

Biblia naucza, że 21 maja 2011 roku wyłącznie ludzie prawdziwie wierzący, ludzie wybrani przez Boga do zbawienia, zostaną porwani w przestworza i uniesieni do nieba, aby tam spotkać Pana Jezusa i królować z Nim na wieki.

1 Tesaloniczan 4:16-17 Gdyż sam Pan na dany rozkaz, na głos archanioła i trąby Bożej zstąpi z nieba; wtedy najpierw powstaną ci, którzy umarli w Chrystusie, potem my, którzy pozostaniemy przy życiu, razem z nimi porwani będziemy w obłokach w powietrze, na spotkanie Pana; i tak zawsze będziemy z Panem.

Wszyscy ludzie pozostali na ziemi (a będą ich miliardy), będą cierpieli przez 5 miesięcy, doświadczając straszliwego Sądu Bożego:

Objawienie 9:3-5 A z tego dymu wyszły na ziemię szarańcze, którym dana została moc, jaką jest moc skorpionów na ziemi. I powiedziano im, aby nie wyrządzały szkody trawie, ziemi ani żadnym ziołom, ani żadnemu drzewu, a tylko ludziom, którzy nie mają pieczęci Bożej na czołach. I nakazano im, aby nie zabijały ich, lecz dręczyły przez pięć miesięcy; a ból przez nie wywołany był jak ból od ukłucia skorpiona, gdy ukłuje człowieka.

21 PAŹDZIERNIKA 2011 ROKU: KONIEC ŚWIATA
Dzięki Bożej łasce i Jego niezmiernemu miłosierdziu otrzymaliśmy ostrzeżenie o tym, czego Bóg dokona zgodnie ze Swoim planem dla tego świata. Dnia 21 maja 2011 roku dla wszystkich niezbawionych mieszkańców ziemi rozpocznie się 5-cio miesięczny okres udręki. W tym dniu Bóg wyrzuci z grobów ciała i szczątki wszystkich, którzy umarli wcześniej, a nie zostali zbawieni. Potężne trzęsienie ziemi spustoszy cały świat a ziemia nie będzie już ukrywać ciał zmarłych (Księga Izajasza 26:21). Ciała ludzi, którzy umarli jako zbawieni, zostaną wskrzeszone i przemienione w doskonałe, wieczne ciała, i zostaną zabrane do nieba, aby już wiecznie przebywać z Panem. Ciała tych, którzy umarli niezbawieni, zostaną rozrzucone po powierzchni ziemi. Wszędzie dookoła panować będzie śmierć.

Bóg podkreśla ów przerażający okres zagłady w ostatnim wersecie księgi Rodzaju 7:
Księga Rodzaju 7:24 I trwały wody nad ziemią sto i pięćdziesiąt dni.

Ów okres 5 miesięcy rozpoczynający się 21 maja 2011 roku zakończy się 21 października 2011 roku. Okazuje się, że dzień 21 października 2011 roku jest jednocześnie ostatnim dniem biblijnego Święta Namiotów (obchodzonego równocześnie ze Świętem Zbiorów). Święto Namiotów obchodzone było zawsze w 7 miesiącu kalendarza biblijnego.

W Biblii Bóg mówi o tym święcie w bardzo znamienny sposób:
Księga Wyjścia 23:16 …oraz święto Zbiorów na końcu roku, gdy zbierzesz z pola twój plon.

Księga Wyjścia 34:22 Święto Tygodni uczynisz też sobie, w pierwiastki żniwa pszenicznego, i święto zbierania na skończeniu roku.

Jak widzimy, Święto Namiotów/Zbiorów zostało ustanowione „na końcu roku,” pomimo że według kalendarza żydowskiego było ono obchodzone w 7 miesiącu, który nie jest miesiącem kończącym rok. Jest tak dlatego, że duchowym wypełnieniem tego konkretnego święta jest koniec świata. Dzień 21 października 2011 roku będzie ostatnim dniem istnienia tego świata.

Biblia opisuje, co wydarzy się dnia 21 października 2011 roku:
2 Piotra 3:10 A on Dzień Pański przyjdzie jak złodziej w nocy, w którym niebiosa z wielkim trzaskiem przeminą, a żywioły rozpalone ogniem stopnieją, a ziemia i rzeczy, które są na niej, spalone będą.

Wszyscy, którzy grzeszyli przeciwko Bogu i zostali pozostawieni na ziemi, również zostaną pochłonięci przez ogień i unicestwieni na wieczność wraz z ziemią i całym wszechświatem:
2 Tesaloniczan 1:8-9 W ogniu płomienistym, wymierzając karę tym, którzy nie znają Boga, oraz tym, którzy nie są posłuszni ewangelii Pana naszego Jezusa. Poniosą oni karę: zatracenie wieczne, oddalenie od oblicza Pana i od mocy chwały jego.

Dnia 21 października 2011 roku Bóg całkowicie zniszczy ten świat a wraz z nim wszystkich ludzi, którzy u Jezusa Chrystusa nie dostąpili łaski zbawienia. Ta straszna zapłata za grzeszny bunt przeciwko Bogu zostanie ukoronowana utratą życia wiecznego. 21 października 2011 roku wszyscy ci biedni ludzie przestaną już na zawsze istnieć.

Jakież to smutne, że ludzie stworzeni na obraz i podobieństwo Boga umrą jak zwierzęta i na zawsze przepadną:
Psalm 49:13 Ale człowiek we czci nie zostaje, podobnym będąc bydlętom, które giną.

Jest jeszcze wiele innych informacji, którymi chcielibyśmy się podzielić. Teraz jednak prosimy was, przyjaciele, potraktujcie na serio to ostrzeżenie, że czas zbawienia w zastraszającym tempie zbliża się do ostatecznego końca. Bóg dał światu 7000 lat od potopu za czasów Noego.

Teraz pozostały nam już tylko dni do 21 maja 2011 roku. Zanim się spostrzeżemy, ten króciutki czas upłynie. Ta szczypta piasku pozostała w klepsydrze przesypie się i przeminie na zawsze. Mimo, że pozostało już bardzo niewiele czasu, dziś ciągle jeszcze, dla każdego z nas, pozostaje wspaniała nadzieja:
2 Koryntian 6:2 Mówi bowiem: W czasie łaski wysłuchałem cię, a w dniu zbawienia pomogłem ci; Oto teraz czas łaski, Oto teraz dzień zbawienia.

Zbawienie człowieka nie zajmuje Bogu wiele czasu. Łotr wiszący na krzyżu obok Chrystusa został zbawiony w ostatniej godzinie swojego straszliwie grzesznego życia.
Łukasza 23:42-43 I rzekł do Jezusa: Panie! pomnij na mnie, gdy przyjdziesz do królestwa twego. A Jezus mu rzekł: Zaprawdę powiadam tobie, dziś ze mną będziesz w raju.

W duchu szczerej troski modlimy się, aby niniejsza publikacja trafiła do Twoich rąk. W takim też duchu Ci ją przekazujemy. Prosimy, abyś czytając tę broszurę zwrócił szczególną uwagę na wersety z Biblii, które w niej cytujemy, gdyż są to Słowa Boże i jako takie posiadają absolutną moc i autorytet. Nasza jedyna nadzieja na zbawienie jest w Słowie Bożym, dlatego powinniśmy czytać Biblię. Właśnie dzisiaj żyjemy w czasach, kiedy drzwi do nieba (Chrystus) są szeroko otwarte.

Właśnie teraz, już poza kościołami i zgromadzeniami, Bóg zbawia ogromną ilość ludzi na całym świecie:
Objawienie 7:9,13,14 Potem widziałem, a oto tłum wielki, którego nikt nie mógł zliczyć, z każdego narodu i ze wszystkich plemion, i ludów, i języków, którzy stali przed tronem i przed Barankiem, odzianych w szaty białe, z palmami w swych rękach. …Któż to są ci przyodziani w szaty białe i skąd przyszli? I rzekłem mu: Panie mój, ty wiesz. A on rzekł do mnie: To są ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i wyprali szaty swoje, i wybielili je we krwi Baranka.

Bóg zbawia ludzi przez słuchanie Słowa Bożego. Nie ma żadnego innego sposobu:
Rzymian 10:17 Wiara tedy jest z słuchania, a słuchanie przez słowo Boże.
Czytaj Biblię z całą rodziną (szczególnie z dziećmi). Czytając ją, trwaj jednocześnie w modlitwie, błagając Boga o miłosierdzie. Usilnie proś miłosiernego i łaskawego Boga, żeby i Ciebie być może uchronił od nadciągającej zagłady. Z Księgi Jonasza dowiadujemy się nieco o niebywałym Bożym miłosierdziu.

Bóg ostrzegł mieszkańców Niniwy o zagładzie zagrażającej ich miastu:
Jonasza 3:4-9 A Jonasz rozpoczął wędrówkę do miasta, odbywając drogę jednego dnia, i wołał tak: Jeszcze czterdzieści dni pozostaje do zburzenia Niniwy. Wtedy obywatele Niniwy uwierzyli w Boga, ogłosili post i oblekli się we włosiennice, wielcy i mali. A gdy wieść o tym doszła do króla Niniwy, wstał ze swojego tronu, zdjął swój płaszcz i oblókł się we włosiennicę, i usiadł w popiele. Na polecenie króla i jego dostojników ogłoszono taki rozkaz: Ludzie i zwierzęta, bydło i owce niech nic nie jedzą, niech się nie pasą i niech nie piją wody! Niech włożą włosiennice, zarówno ludzie jak i bydło, i niech żarliwie wołają do Boga, niech każdy zawróci ze swojej złej drogi i od bezprawia, własnoręcznie popełnionego. A może Bóg znów się użali i odstąpi od swojego gniewu, i nie zginiemy.

Bóg nie zgładził mieszkańców Niniwy. Nie ma jednak żadnej możliwości, aby Bóg porzucił Swój zamiar zniszczenia świata w roku 2011. Z Księgi Jonasza, czytając jak Bóg potraktował mieszkańców Niniwy, dowiadujemy się, że ma łaskawe serce i jest pełen miłosierdzia. To powinno być dla każdego z nas ogromną zachętą by pójść do Boga i błagać Go o Jego wielkie miłosierdzie.

Psalm 86:15-16 Ty zaś, Panie, jesteś Bogiem miłosiernym i łaskawym, Nierychłym do gniewu, wielce łaskawym i wiernym. Zwróć się ku mnie i zmiłuj się nade mną!

źródło: www.ebiblefellowship.com
Co o tym wszystim myśleć?

Nie wiem.
Smutek i przygnębienie - czyli co w środku siedzi. czwartek, 12 maj 2011, 18:09
Od pewnego czasu ciągle się czegoś boję. Utrzymuje się we mnie lęk z falującym nasileniem. On po prostu jest i nie może znaleźć żadnego ujścia. Nie mam teraz powodu do płaczu, a wciąż jestem w stanie ukrywania wybuchu tego płaczu.

Moje oczy są wciąż wilgotne. Właściwie niewiele mi potrzeba, żebym zaczęła ryczeć. I tego stanu też się boję, więc unikam ludzi, żeby nie wybuchnąć.
Właśnie kończy mi się zwolnienie, ale wzięłam jeszcze urlop, bo nie daję sobie rady. Jest mi wszystko jedno. Czuję się przygnębiona, chodzę ciągle smutna.

Zauważyłam u siebie spowolnienie tempa myślenia, ciągle czegoś zapominam, niby drobnostki, ale fakt jest faktem. Mam problemy ze skupieniem się, poczucie niesprawności własnego intelektu, co mnie dołuje jeszcze bardziej.

Gdy wychodzę z moimi dziećmi na spacer, wszystko jest w porządku (bawimy się, rozmawiamy), ale gdy wracam nic się nie zmienia. Odczuwam stan zobojętnienia. Wykonuję wszystkie czynności bez emocji.

Nawet nie mam już nadziei, że jutro będzie inaczej, że jak się wyśpię – to przejdzie. Nie przechodzi, bo spać też nie mogę. Gdy zamykam oczy, ciągle wspominam, gadam do siebie, rozliczam swoją przeszłość. Rano wstaję z ogromnym napięciem mięśniowym. Wszystko mnie boli, nawet szczęka. Nie wiem, dlaczego, ale rano budzę się z zaciśniętymi zębami.

Niepokoję się o siebie. W tym wszystkim najdzielniejsza jest moja mama, która to wszystko dzielnie znosi. Mam w niej duże wsparcie i pomoc. Jednak i przed nią już nie potrafię tego ukryć. Ona wszystko widzi i jak może wspiera mnie. Jest dzielna, w przeciwieństwie do mnie.

Mam poczucie wewnętrznego rozpadu. Nie potrafię się spiąć (jak kiedyś) i iść dalej przez życie. A przede mną kolejne wokandy. Nie mam już na nie siły. Nawet pisząc tę notkę - płaczę.

Jestem zmęczona. Czuję, że życie mnie przerasta. Ono pędzi swoim tempem, a ja otępiała stoję w bezruchu.

Jestem i stoję. Patrzę i nic nie dostrzegam. Tracę czucie, ostrość widzenia – jakby ktoś mnie znieczulił. Odczuwam tylko strach.

Jestem słaba – wiem to.

Pożyczka w rodzinie. środa, 11 maj 2011, 23:51
Drażni mnie brak odpowiedzialności dorosłego człowieka, wobec zaciągniętych zobowiązań.

Osobiście, zostałam tak wychowana, aby swoje długi regulować w umówionym terminie. Nauczono mnie w domu także tego, że jeżeli zdarzy się opóźnienie ze strony pożyczkobiorcy, należy swojego wierzyciela przeprosić i uprzedzić o opóźnieniu w spłacie ... i później oczywiście spłacić zaciągnięty dług.

Najgorsze jest milczenie i unikanie
. A jeśli już dojdzie do wymuszonej konfrontacji - wierzyciel spotyka się z agresją, arogancją i grubiaństwem swojego dłużnika.

Pogłębia mój uraz fakt, kiedy dłużnik jest osobą bliską i danie mu nauczki lub wyegzekwowania swej należności nie daje niestety żadnej satysfakcji i efektu, bowiem egzekucja długu jednocześnie przekreśliłaby ważny aspekt: przerwanie więzów rodzinnych na dalsze pokolenia.

Cóż więc pozostało?
Tolerowanie bezczelnego pożyczkobiorcy i cierpliwe czekanie, aż spłaci swój dług. A potem ustawiać się z nim tylko do zdjęć rodzinnych … i należy pamiętać by ustawić się po środku, żeby nas nie odciął.

W takim przypadku, nie sprawdza się nawet powiedzenie: „chcesz stracić przyjaciela – pożycz mu pieniądze” - bo to nie przyjaciel, tylko rodzina.

Niestety, pasuje tu - jak ulał - inny frazeologizm: "z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciu".

A co zrobić jeżeli „pożyczasz pieniądze i nie chcesz stracić rodziny”?


Realia polskiego Wymiaru Sprawiedliwości. piątek, 06 maj 2011, 22:52
Dziękuję Wam wszystkim za słowa wsparcia i otuchy.
Wasze komentarze stanowią dla mnie dużą siłę
i dają mi wiarę w słuszność mojej drogi.
Dzięki Wam, w chwilach zwątpienia, przypominam sobie,
aby się podnieść i iść dalej.
Pomimo wspomnień, które we mnie żyją, trzymam się.
                                                                                  Dziękuję za pomocną dłoń.


Dzisiaj czuję się źle z powodu choroby, która zagościła w moich oskrzelach. Jestem fizycznie słaba towarzyszy mi tzw. „przeciąg” w okolicach klatki piersiowej. Bardzo nieprzyjemne uczucie, które jest mi znane, w sytuacjach, kiedy się czegoś boję. Dziś niestety i strach również jest nieproszonym gościem w moim ciele i umyśle, bowiem wspomnienia przeplatają się z rzeczywistością.

Kilka dni leżałam, a dziś postanowiłam wstać i zrobić porządek w dwóch szafkach. Znajdują się w nich akta toczących się spraw sądowych. Ich ilość przeraża. Pomyślałam sobie, jakie to dziwne, że moje życie zostało spisane i zmieściło się w dwóch szafkach. Co więcej, uświadomiło mi to, że w ogóle nie mam wpływu na swoje życie. Jest ono w rękach obcych ludzi – sędziów.

Zadaję sobie pytanie, czy sędziowie orzekający w tych sprawach, podchodzą do swojej pracy z rzetelnością, uwagą, skupieniem, czy jednak przy ogłaszaniu wyroków zgubi ich pośpiech codziennego życia, rutyna, bylejakość.

Czy ci niezawiśli w swoich osądach ludzie, wykażą się znajomością materiału dowodowego, czy jednak wyjdzie z nich typowy urzędnik i ogłoszą wyrok sporządzony w pośpiechu napisany na tzw. „kolanie”.

Niestety moje wątpliwości są słuszne i oparte na autentycznych spostrzeżeniach. Ja znam odpowiedź na te pytania - niestety znam. Zdążyłam poznać już jak pracują przedstawiciele Wymiaru Sprawiedliwości. To są po prostu ludzie, tacy jak my, czyli z całym dobrodziejstwem prywatnych problemów. Niektórzy mają dzieci, które chorują, rozrabiają, inni mają chorych rodziców, o których się troszczą, jeszcze inni mają też współmałżonków (partnerów), którzy nie są z bajki i przysparzają im trosk.

Mają, więc swoją hierarchię problemów: rzeczy ważnych i ważniejszych. Nie zawsze praca zawodowa jest na pierwszym miejscu. A w tym przypadku ich pracą są przecież cudze problemy, które się ciągną przez lata i zwyczajnie po ludzku, czasem mają ich już dość, bo z ich punktu widzenia przedmiot spraw, którymi się zajmują zwyczajnie ich nie obchodzi. Więc orzekają często, ot tak, zgodnie z ich samopoczuciem danego dnia oraz z punktu widzenia swoich życiowych doświadczeń.

A co do życiowych doświadczeń sędziów sądów rejonowych, jest wiele do życzenia, bowiem są to zazwyczaj ludzie młodzi, często samotni, nie mający żadnych doświadczeń dotyczących życia, współprzebywania w rodzinie (oczywiście poza byciem synem, bądź córką), gdyż sami jeszcze tej rodziny nie założyli, a niestety zostali powołani do orzekania właśnie w sprawach rodzinnych.

To niebywałe i jak dla mnie nie zrozumiałe. A do tego ich pycha i duma, z jaką prowadzą sprawy – oczywiście nie wszyscy – jest nie do zniesienia. W związku z tym, ich wyroki – w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej – są często oderwane od zebranego materiału dowodowego, od wypracowanego orzecznictwa, dalekie od meritum sprawy.

I tego właśnie się boję. A niestety, mam już spore doświadczenie w tym temacie, bowiem kilka rozstrzygnięć sądów I instancji były na moją niekorzyść. Na szczęście miałam jeszcze przed sobą II instancję i rzeczywiście tam na sprawę spojrzano inaczej. Orzeczenia II instancji brzmiały: „do ponownego rozpatrzenia”.

Czułam wówczas jednocześnie ulgę i ponowny strach, gdyż akta wracały do rąk tych samych sędziów, na których ja się zaskarżałam i śmiałam im wytknąć błędy w ich orzekaniu. A później więc nie było łatwo, bo idąc do sądu już nie wierzyłam w sprawiedliwość, lecz walczyłam już świadomie zarówno z ojcem moich dzieci jak i z sędzią, którego decyzje odważyłam się zaskarżyć środkiem odwoławczym.
A wszystko to trwa latami.

Wiele tego typu spraw jest już za mną, ale jeszcze kilka przede mną. Dlatego, przeglądając te zgromadzone akta w dwóch szafkach, przypomina mi się wszystko, co przeżyłam, czego doświadczałam i w związku z tym mam świadomość, co mnie czeka.

Mam w sobie resztki nadziei na przypadek, na dobry humor sędziego, który będzie akurat orzekał tego dnia. Niestety od tego wiele zależy. Nasze sądy są dalekie od tego, co pokazują nam filmy, czyli przygotowany sędzia, angażujący się całym sobą w daną sprawę. To marzenie "ściętej głowy".

Pójdę więc, jak zawsze do budynku sądu, z wiarą, że sędzia przeczytał akta, że będzie wiedział dokładnie, o czym orzeka i nie potraktuje mojej sprawy „po macoszemu”: byle szybko i byle miał już ją z głowy.

Pójdę z nadzieją, ale nie wiem, z czym wrócę.

Z pewnością muszę liczyć się na dochodzenie sprawiedliwości w II instancji - niestety, czyli kolejne długie miesiące strachu, lęku i niepewności.
A tam, przecież, też pracują zmęczeni i utrudzeni życiem ludzie.
Czy będę miała szczęście?

Kiedy nadejdzie to kiedyś? poniedziałek, 02 maj 2011, 12:19
Mam wrażenie, że LOS ze mnie zadrwił, lub wystawił mnie na niezrozumiałą dla mnie PRÓBĘ.

Pytam: „DLACZEGO? I jaki to ma SENS?”

Wciąż borykam się ze wspomnieniami i koniecznością wielokrotnych zeznań na temat tego, co przeżyłam w Królestwie Tłumionego Krzyku.
Uciekłam … i myślałam, że to WYSTARCZY. Niestety myliłam się. Wciąż zmuszona jestem przeżywać wszystko NA NOWO.

Spojrzałam dziś na siebie w lustrze i ujrzałam siebie sprzed 6-ciu lat.
Zobaczyłam zmęczoną życiem dziewczynę, w jej oczach strach, lęk, niepewność jutra, smutną mimikę twarzy i zniechęcenie do życia.
 
Dziewczyna weszła na wagę i ujrzała wynik, taki sam jaki miała tuż przed urodzeniem swoich Aniołków. Jej wygląd wprawdzie nie przypominał rodzącej niebawem kobiety, gdyż masa ciała rozłożyła się równomiernie, bez specjalnego zlokalizowania w okolicy brzucha, jednak pomiar wagi był taki sam. Dostrzegła także na sobie UPŁYW CZASU, bowiem na głowie zauważyła coraz więcej, pojawiających się siwych włosów.

Dziewczyna pomyślała: „może coś zmienię, może tym razem uda mi się zrzucić te kilka zbędnych kilogramów.”

Jej LUSTRZANE ODBICIE szybko zareagowało i wyszeptało: „nie dasz rady, już nic nie rób, bo nie masz na to siły, a efekt jo-jo znowu okaże się zgubny. Pomyśl lepiej jak pozbyć się wspomnień, które cię niszczą, a potem skupisz się na swojej sylwetce.”

Dziewczyna zamyśliła się przez chwilę i spytała głośno: „jak mam to zrobić? Próbuje od 6-ciu lat i wciąż przeszłość do mnie wraca jak BUMERANG! Jak tylko uda mi się przez chwilę zapomnieć, to dostaję kolejne wezwanie do sądu. Wówczas czuję się, jakby ktoś sypał mi SÓL NA OTWARTE RANY. Ponownie zmuszona jestem wracać do szczegółów zdarzeń, przeżywać je na nowo i odpierać ataki obrońców mojego oprawcy. Najgorsza w tym wszystkim jest KPINA w ich wydaniu, przy pomocy której próbują umniejszyć czyn swojego klienta, a ze mnie uczynić współwinną zaistniałych zdarzeń.

Po takich dniach, czuję jak wszystkie moje mięśnie wiotczeją, a w głowie następuje ERUPCJA WULKANU. Czuję jak skronie mi pulsują, a w środku ogromny ból, ciśnienie, które nie może znaleźć ujścia. W takich chwilach nic nie pomaga, leki nie działają, a w głowie odtwarzają się ponownie STRZĘPY PRZESZŁOŚCI. Nie są to tylko fotografie zdarzeń. WSPOMNIENIA te żyją, ruszają się, słyszę niektóre zwroty i krzyki, czuję ból i strach. Czuję zimno i niemoc, która mi wówczas towarzyszyła.

SŁYSZĘ CISZĘ, która była nieodłącznym elementem mojego życia. Otulała mnie czasami wymownie, cichutko, bezszelestnie. Towarzyszyła mi, kiedy nasłuchiwałam kroków na klatce schodowych. Ostrzegała mnie wówczas i podpowiadała mi, abym schroniła się do łazienki. Kiedy on przekraczał próg mieszkania, swoim ogromnym cielskiem najpierw niszczył mój „płaszcz ochronny” - właśnie tę ciszę, która mnie otulała. Nie pozostawił jej żadnej przestrzeni. Tak więc CISZA nie miała wyboru, musiała „prysnąć” jak bańka mydlana i ustąpić miejsca KRZYKOWI. A wtedy ja czułam się NAGA, bez swojego płaszcza ochronnego, który dawał mi POZORNE poczucie bezpieczeństwa. Dawał mi SPOKÓJ.

Odarta z CISZY, zostałam zmuszona do konfrontacji z nim.
Nie byłam jednak sama. Towarzyszył mi CUD, który nosiłam pod sercem. Byłam dla niego jedyną OSŁONĄ, która go chroniła. Musiałam być twarda jak SKAŁA. I rzeczywiście byłam twarda, silna, choć czasami kruszałam. Jednak spełniłam swoja rolę i nigdy nie pękłam, jak mydlana bańka. Chroniłam CUD.

W trakcie brutalnych spotkań z oprawcą, wytworzyłam w sobie pewien mechanizm, który pozwalał mi NIE CZUĆ dogłębnie wszystkich zadawanych mi ran i ciosów. Włączałam w sobie, wymyślony przeze mnie, przycisk tzw. PSYCHICZNEJ HIBERNACJI. Wówczas wychodziłam ze swojego ciała, razem ze swoim CUDEM noszonym pod sercem i stawałam obok. Wtedy nie czułam tak dotkliwie zadawanego mi bólu. Ale niestety wszystko widziałam. Widziałam jak on traktował moje CIAŁO, jak mną rzucał, jak dokonywał penetracji, jak związywał mi ręce i rozchylał mi nogi. Rozporządzał mną jak SAMIEC ALFA.

Moje ciało nie reagowało na bodźce zewnętrzne, co doprowadzało go wówczas do silnego wzburzenia. Kazał jęczeć z rozkoszy, ZACHĘCAJĄC mnie kolejnym uderzeniem w twarz. Patrząc na to byłam zła i bezsilna. Krzyczałam jak chciał, robiłam co chciał, ale on tego nie doceniał. Chciał jeszcze więcej i jeszcze częściej. Kiedy jego samcze popędy zostały zaspokojone, jego psychika dopiero się rozgrzewała i podpowiadała mu scenariusz dalszej zabawy z moim ciałem.

Myślałam, że tego dnia już był koniec, bo rozwiązał mi ręce i pozwolił się umyć. Jednak myliłam się. Po powrocie z łazienki zostałam znowu skrępowana szalikiem i czerwonymi lnianymi taśmami. Moje majtki zostały rozerwane, a bluzka miała być zdjęta przez niego przez głowę, ale nie udało mu się to, więc zostawił mi ją na twarzy zasłaniając wszystko. Byłam naga, przywiązana do łóżka i MILCZĄCA. On też się nie odzywał. Siedział naprzeciwko mnie i patrzył. Czułam jego spojrzenie i słyszałam jego oddech. Nie ruszałam się, bo nie chciałam go prowokować. Nie prosiłam też o nic, bo wiedziałam, że mnie pobije. Musiałam to przeżyć. CISZA była nie do zniesienia, a on się nie ruszał. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Było mi zimno.

Usłyszałam ruch. Ciągle gdzieś wychodził i siadał na fotelu. Nic nie mówił. Zaczął robić mi zdjęcia. Potem poczułam nagłe zimno. Zaczęłam DRGAĆ, bo mimo że był to lód, to poczułam jakby mnie coś parzyło. Usiadł przy mnie i zaczął sapać. Już wtedy wiedziałam, że tak szybko się to nie skończy. Wprowadzał się znowu w stan podniecenia bawiąc się moim kroczem. Starał się być delikatny, co NIE OMIESZKAŁ mi wtedy podkreślić! Głaskał mnie z czułością po całym ciele, jakby zupełnie zapomniał, że przed chwilą mnie brutalnie pobił.

„DLACZEGO NIE REAGUJESZ?” – krzyknął nagle. Nie wiedziałam co zrobić, zaczęłam więc zachowywać się zgodnie z jego oczekiwaniami. Czułam jak jego przyrodzenie staje się coraz twardsze i wyskakuje mu z majtek. Wtedy on odwiązał mi jedną rękę i kazał się dotykać. Potem poczułam, jak COŚ włożył mi między nogi i zaczął posuwać do przodu. Musiałam zmienić pozycję, bo mnie bolało. On odczytał tę zmianę, jako moje zadowolenie, więc nie krępował się i bawił się dalej. Ponieważ wciąż miałam zasłoniętą twarz, nic nie widziałam, ale doskonale wiedziałam co on robi. Próbowałam nie myśleć o tym, ale jego krzyki, zakłócały mi możliwość w wejście do stanu psychicznej hibernacji. Więc musiałam to przeżyć, razem z moim ciałem - do ostatniego drgania.

Dziewczyna stojąca przed lustrem, ocknęła się i spojrzała w swoje lustrzane odbicie. „No i co?” – zapytała. „Jak ja mam o tym wszystkim zapomnieć, skoro to wciąż kotłuje się w mojej głowie i nie może zostać pogrzebane BEZPOWROTNIE. Nawet moja masa ciała pokazała mi ten sam wskaźnik co przed rozwiązaniem. Tyle samo ważę, to samo na nowo przeżywam (tylko dlatego, że system wymiaru sprawiedliwości jest nie rychliwy), tak samo się czuję (bezsilna, zmęczona i wciąż czegoś bojąca się).

LOS zatoczył koło i postawił mnie znowu w centrum traumatycznych doznań. Z tą tylko różnicą, że wtedy to był FIZYCZNY KONTAKT, a dziś to PSYCHICZNE WSPOMNIENIE. Wokół mnie jest pełno bodźców, które wciąż budzą moją pamięć i zmuszają do kolejnego przeżywania zdarzeń. Bodźcami tymi są ciągłe wokandy w sądzie, otrzymywane pisma procesowe, wezwania na przesłuchania, aż w końcu konieczność wpuszczania łobuza do domu pod pretekstem widzenia się z dziećmi. Jak dla mnie, to już za dużo, już pokłady mojej TOLERANCJI na przeciwności losu skończyły się.


Lustrzane odbicie spojrzało na dziewczynę z uśmiechem
, jakby chciało jej powiedzieć, że to się niedługo skończy i wtedy będzie mogła uporać się z przeszłością. Ale nie powiedziało dziewczynie nic, bo wiedziało, że wyczerpały się już wszystkie limity NADZIEI i wszelkie pokłady WIARY W SPRAWIEDLIWOŚĆ. Zostało tylko BOLESNE czekanie.

Lustrzane odbicie popatrzyło na dziewczynę i chciało ją pocieszyć, ale nie odnalazło żadnego właściwego słowa, ani gestu, który pokrzepił by dziewczynę i dał jej siłę do dalszej walki i egzystencji na WYBOISTEJ DRODZE ŻYCIA. Wyszeptało tylko cichutko słowa: „kiedyś zapomnisz i znajdziesz ukojenie, a ja będę tego najlepszym dowodem.” Uśmiechnęło się do niej na pożegnanie i dziewczyna wyszła z łazienki, gasząc światło.

Przed wyjściem zapytała jeszcze: „KIEDY nadejdzie to kiedyś? I jak przetrwać do tego czasu?” – ale nie otrzymała odpowiedzi.

Poszła do pokoju swoich dzieci i zaczęła bawić się z nimi, by szybko zapomnieć to, co zarejestrowały jej szare komórki odpowiedzialne za WSPOMNIENIA.

Dywagacje na dobranoc. sobota, 30 kwiecień 2011, 23:48
„Codzienne życie” i „świat baśni” – czy te dwa byty są do siebie podobne, czy może jednak to dwie różne egzystencje?

Jakby chcieć odpowiedzieć tak szybko, to myślę, że byty te, czyli: egzystencja szarego człowieka i bohatera baśni są w jakiś sposób podobne do siebie.

Mogą różnić się wprawdzie szczegółami, dekoracjami, scenariuszami, kolorami, ale ich przekaz jest uniwersalny, bowiem byty te mówią o tym samym: o paru ważnych rzeczach, lecz na tysiąc różnych sposobów.

Ich celem jest po prostu „byt” i pozostawienie po sobie śladu dla potomnych, wskazówki dla następnych pokoleń czy do następnych scenariuszy.

Najważniejszy jest ślad. Choćby miała to być tylko rysa na szkle, ale ważne jest, że zaznaczyliśmy w tej czasoprzestrzeni swoją obecność.
Ważne jest istnienie.

A więc, życie czy bajka? Jawa czy sen?

Ważne jest, żeby było „jakoś”, czy może ważna jest w tym wszystkim „jakość”?
Spacer na rowerku. środa, 27 kwiecień 2011, 14:28
Wczoraj moja Kruszynka po raz pierwszy sama pojechała na dwóch kółkach na rowerze. Była z tego powodu cała szczęśliwa, że jej się udało.
Widziałam jej buzię całą rozpromienioną i radosną, buzię dziecka, które po raz kolejny pokonało swój lęk i strach. Po raz pierwszy nie trzymałam ją za kijek umieszczony z tyłu, a gdy to zauważyła, krzyknęła: „Mamusiu, ja jadę sama, zobacz!”

Nie przestraszyła się wcale i jechała dalej.
Później, gdy się zatrzymała – sama – podbiegła do mnie i mocno się przytuliła. Radośnie popiskiwała, jak małe kurczątko, mówiąc: „Mamusiu widziałaś? Widziałaś, że już sama potrafię jeździć! Pomóż mi zacząć jeszcze raz, a potem już sama pojadę. Pomóż mi tylko na początku i zaraz puść kijek - dobrze mamo!”
Po tych kilku następnych próbach, moja Kruszynka przekonała się, że rower, to jednak fajna sprawa i że nie ma się, czego bać.

Gdy wróciłyśmy do domku byłyśmy całe rozpromienione i roześmiane.
Po chwili spojrzałam na nią i zapytałam: „Kochanie spójrz na mnie, jak wygląda Twoja mamusia?”
A Kruszynka odpowiedziała: „Jesteś ze mnie dumna!” i rzuciła mi się na szyję.

To było piękne i wzruszające. Chwaliłam ją bez końca i rzeczywiście byłam z niej dumna.
Fajnie jest widzieć swoje dziecko, które stawia kolejne kroki w życiu, pokonuje swoje bariery i czerpie z życia frajdę całymi garściami.

A mój drugi Aniołek, podszedł do mnie cichutko i spytał: „Mamusiu, czy ze mnie też jesteś dumna?”
„Oczywiście” – odpowiedziałam.
„A z czego dzisiaj najbardziej?” – zapytał nieśmiało mój Aniołek.
A ja wtedy spytałam: „A może sama zgadniesz?”
„Wiem.” – odpowiedziała: „Z tego, że nie byłam zazdrosna, jak chwaliłaś moją siostrę! Zgadłam?”
„Tak.” – powiedziałam do niej i wszystkie trzy, zaczęłyśmy wariować na wersalce razem z pluszowym jednorożcem i dinozaurem.



Szybko nadszedł wieczór i wieczorne czytanie bajki, zastąpione było nowym opowiadaniem pt: „O dwóch siostrach, które potrafiły się cieszyć z własnych sukcesów i w ogóle sobie nie zazdrościły.”

...

I tak właśnie, moje Małe Księżniczki, otulone swoją kołderką, razem z pluszakami, zasnęły.
A ich mamusia poszła do drugiego pokoju naszykować im ubranka na nastęny dzień - dzień kolejnych wrażeń i małych sukcesów, na miarę Małych Księżniczek.

Wielkanoc, Wielki Piątek - Rok 2011 piątek, 22 kwiecień 2011, 11:59

 
Życzę Wszystkim Czytelnikom tego bloga
a przede wszystkim Tym, którzy mnie wspierają
i podtrzymują na duchu,
za co szczerze dziękuję:


Radosnych Świąt Wielkanocnych,
wypełnionych nadzieją budzącej się do życia wiosny
i wiarą w sens życia.
Pogody w sercu i zielonych, pozytywnych myśli
oraz smacznego Święconego
w gronie najbliższych nam osób.

Z całego serca

 TEMIDA6   

         
Teraźniejszość - sprawa rozwodowa. wtorek, 19 kwiecień 2011, 19:26
Dziewczyna od kilku lat, żyje w świadomości, że „sądy nie rychliwe, ale sprawiedliwe”.
Ale, czy tę „nie rychliwość”, naprawdę trzeba liczyć w latach?
Jak się okazuje, niestety TAK.

To niebywałe, że sądy nie mają skutecznego instrumentu, by zapobiegać celowym zabiegom stosowanym przez pełnomocników strony, które przedłużają jak najdłużej postępowanie rozwodowe.

Dziewczyna dziś wyszła z sądu wkurzona po raz kolejny. Czekała, ponad pół roku, na termin rozprawy, a pełnomocnik jej męża odroczył rozprawę z powodu „kolizji terminów”. Sąd, zgodnie z wolą pełnomocnika sprawę odroczył na następne, prawie 5 miesięcy. Krew się burzy, bo dziewczyna znowu została z „ręką w nocniku”. Musi funkcjonować pod rygorem postanowienia o zabezpieczeniu kontaktów ojca z dziećmi, którego nie jest w stanie cofnąć, pomimo realnego zagrożenia bezpieczeństwa dzieci i jej. Sąd zlekceważył notatki kuratora – którego przecież sam ustanowił do kontaktów łobuza z dziećmi. Pomimo dramatycznego apelu matki o pomoc w tej patowej sytuacji, sąd stwierdził, że przepisy nie pozwalają na cofnięcie postanowienia i nie może nic zrobić podczas nieobecności drugiej strony na sali, a następny termin rozprawy za kilka miesięcy.

Poza tym, usłyszałam, że ojciec ma swoje prawa konstytucyjne i jeśli mam z tym jakiś problem, to wskazano mi kierunek: Warszawa i nasz polski ustawodawca. Powiedziano mi: „Jeśli pani się nie zgadza z ustawodawcą, może pani tam pisać. My prawa nie ustanawiamy.” – tyle usłyszałam od polskiej Temidy, ślepej na głos zrozpaczonej i bezradnej matki, która zmuszona jest wpuszczać łobuza do swojego domu, tylko dlatego, że on ma prawa zagwarantowane w Konstytucji. Spytałam wówczas o prawa dzieci do bezpiecznego życia. Usłyszałam, że "przecież ich nie skrzywdził, a jego haniebne zachowanie nie jest przesłanką do pozbawienia go praw rodzicielskich, ani do ich ograniczenia".

Pytam więc, co mam zrobić?!?
Czy rzeczywiście tylko tzw. „4 władza” - czyli media, są w stanie mi pomóc?
Bardzo chciałabym tego uniknąć, ze względu na dzieci, na ich przyszłość. Nie chcę narażać ich na tego typu przyklejenie do ich nazwiska, historii o gwałconej matce przez ich ojca, która w odruchu rozpaczy i bezsilności poddała się i poszła do telewizji opowiedzieć swoją smutną historię życia. Nie chcę tego dla nich, by wytykano moje aniołki palcami, że pochodzą z gwałtu, że ich ojciec w sposób zwierzęcy traktował ich jedyną przystań bezpieczeństwa – ich mamusię.
Chcę im tego wszystkiego oszczędzić, tej bolesnej konfrontacji z otoczeniem, które nie zawsze umie zachować się w obliczu takiej tragedii. Wiem, bo sama jestem tego przykładem. Nie chcę dla nich żadnej etykiety. Pragnę, by mogły wzrastać w otoczeniu, które nie będzie je spostrzegało przez pryzmat współczucia czy medialnej sensacji.

A ja – dziś opadłam z sił. Podcięto mi skrzydła wiary i nadziei w zakończenie tej wieloletniej batalii sądowej. Pozostało mi jedynie ochłonąć i czekać do następnego razu, kiedy to, po raz kolejny pełnomocnik „męża” wymyśli kolejną wymówkę, by odroczyć rozprawę. Ciekawe, czy  tym razem, będzie to zwolnienie lekarskie, czy planowany urlop - bo wokanda wyznaczona jest w wakacje.

Ciekawi mnie, co jeszcze musi się stać, by sąd zechciał mieć wgląd w sytuację rodziny, by zapobiec nieszczęściu. Czy sprawozdanie kuratora o niepokojących jednoznacznych sygnałach nie wystarczy?
To, co jest konieczne, aby polska Temida drgnęła?

Czy potrzebne jest nieszczęście?

Królestwo Tłumionego Krzyku - wspomnienia wracają jak BUMERANG. środa, 13 kwiecień 2011, 21:54
Dziewczyna nie potrafiła odnaleźć się w Królestwie Tłumionego Krzyku. Pomimo Błogosławionego Stanu, w jakim się znajdowała – on nie miał dla niej litości.

Dochodziło w tym domu do zdarzeń, które – dziś, z perspektywy czasu - trudno jest nawet ująć w słowa. Trudno jest - dzisiaj - zrozumieć dziewczynie, która była wówczas wykorzystana niczym przedmiot, niczym dmuchana lalka za pomocą, której napaleni samce alfa czynią sobie „dobrze” – trudno jest jej zrozumieć: jak mogła dać się tak uprzedmiotowić? Dlaczego nie uciekła wcześniej?

Cofając się myślą do tych zdarzeń, dziewczyna zdaje sobie sprawę, że widzi tam siebie, bo doskonale to pamięta, czasem jeszcze czuje, a jednak wydaje jej się, że te odgrzebywane wspomnienia jej nie dotyczą, bo teraz jest już inną kobietą. Dzisiaj, na to by sobie nie pozwoliła.

Obecnie, jest już po ukończonej terapii psychologicznej, która pomogła jej uporać się z własnymi emocjami, by móc wrócić do codziennego życia wśród ludzi. Dziewczyna potrafi dziś panować na tyle nad swoją psychiką, aby nie wpadać w tunele rozpaczy, a jeśli jej się to zdarzy, to potrafi już z nich wychodzić.

Bodźcem do tychże wspomnień jest wyznaczona WOKANDA W SĄDZIE, z którą dziewczyna w dzisiejszej rzeczywistości musi się po raz kolejny zmierzyć.
Chciałaby już tego nie pamiętać, nie „dzielić tego włosa na czworo”, jednak nie ma na to wpływu – musi być znowu silna. Musi pamiętać.

Dlatego też, przeszłość wraca do niej niczym BUMERANG - oklejony fotografiami zdarzeń, a ona zmuszona jest go umiejętnie złapać - by siła, z jaką wraca w jej kierunku, nie zmiażdżyła jej.



Dziewczyna właśnie stoi na skraju łąki, a w ręku trzyma złapany BUMERANG i patrzy na oklejone na nim obrazy z przeszłości. Widzi na nich dziewczynę, która w pozycji embrionalnej leży koło łóżka i coś krzyczy.
On zakłada spodnie w pośpiechu, potyka się o jej wystającą nogę, co stanowi pretekst do kolejnego jej kopnięcia. Ona kuli się jeszcze bardziej, choć brzuch jej bardzo w tym przeszkadza. Nie czuje już nawet kolejnych razów. Powoli próbuje się podnieść i dojść do jedynego miejsca w domu, w którym może zamknąć się od wewnątrz – do łazienki.
Dla niego był to sygnał i zachęta do kolejnego jej skrzywdzenia i kolejnej zabawy z nią pt. „ona ucieka, a ja ją złapię”. I stało się. Po raz kolejny tego dnia „zabawił” się nią.

Została popchnięta z powrotem na łóżko, nie zdążyła nawet założyć bielizny, a on rzucił się na nią od tyłu i trzymał swą mocną ręką, by nie uciekła. W międzyczasie próbował zdjąć swoje spodnie, a ona w wymuszonej pozycji na kolanach czekała na kolejny rwetes.
Nawet nie zauważał, że zadawał jej ból klamerką od skórzanego paska, nie zauważał też, że dziewczyna zaczynała znowu zwijać się z bólu. Przyciągnął ją za włosy i ustawił w pozycji dla siebie wygodnej, krzycząc coś niej.

Już nie próbowała uciekać, nie wyrywała się, bo wiedziała, że jej się nie uda. Jedynie, co była w stanie zrobić, to otulić swoje nienarodzone jeszcze dziecko ręką i zapaść w stan psychicznej hibernacji, by całe to zdarzenie nie zostało zapamiętane przez jej ciało i umysł. Przekonywała siebie, że to się nie dzieje naprawdę. Ponieważ, to był któryś raz z kolei, to nie trwało to długo – wytrzymała.

On, po tym wszystkim odepchnął ją w stronę zimnej ściany i założył spodnie idąc do kuchni, by zaspokoić pragnienie. Zrobił sobie herbaty, usiadł na fotelu i patrzył na nią. Ona jeszcze nie zdążyła się podnieść. Leżała na łóżku okryta brudnym prześcieradłem. Cała drżała, coś łkała pod nosem, kuliła się.

Tego wieczoru już jej nie skrzywdził, nie dotknął, nie kopnął. Nie musiała też spać w łazience – w wannie. Tego wieczoru była już bezpieczna.

Dziewczyna, odrzuciła od siebie BUMERANG, który trzymała w ręku, z nadzieją, że następnym razem złapie go z drugiej strony, gdzie być może, będzie przyklejone inne zdjęcie z przeszłości.




Królestwo Tłumionego Krzyku i Królestwo Absolutnej Miłości, czyli kim on był - jego tożsamość. niedziela, 10 kwiecień 2011, 19:04
Dziewczyna nie była tu nigdy szczęśliwa. Często podchodziła do okien i przyglądała się kołyszącym na wietrze gałązkom płaczącej wierzby. Oczami swojej wyobraźni wygrywała na nich cudne, tęskne melodie, w których brzmiała bezmierna tęsknota za czymś nieokreślonym, a jednak nazwanym: szczęściem.

Nie potrafiła go dokładnie określić, bowiem jej wyobrażenie o szczęściu rodzinnym zostało bardzo brutalnie zniszczone. To co przeżywała, patrząc na kołyszące się gałązki płaczącej wierzby, układało się w smutną melodię codziennego życia, beznadziei i lęku. Gdyby ktoś ją usłyszał, musiałby przymknąć załzawione oczy i cierpieć wraz z nią. Wówczas jednak, szczelne okna Królestwa Tłumionego Krzyku, nie przepuszczały przez swoje szczeliny ani wiatru, ani muzyki, ani nadziei. Dziewczyna fizycznie była izolowana od otoczenia, często zamykana, aż z czasem zamknęła się w sobie sama.

On, podobno nie zawsze był straszny. Sąsiedzi, kiedy się dowiedzieli o skutkach jego zachowania – zaniemówili, a potem rzekli: "...to niemożliwe, widziałem go ostatnio w parku i uśmiechał się do mnie, był miły i taki uprzejmy. Kiedyś spotkaliśmy się przed sklepem i wprawdzie nie był rozmowny, ale podobno się spieszył do domu, do swojej kochanej żony – tak o niej mówił. To niemożliwe, żeby potraktował ją gorzej niż zwierzę. Znaliśmy jego matkę od lat. Wprawdzie nie rozmawiała z nikim, ale to spokojna starsza pani – przynajmniej na taką wyglądała. To niemożliwe, żeby i ona nie udzieliła pomocy swojej synowej w ciąży, z którą w sposób bestialski obchodził się jej syn. Przecież ona podobno była lekarzem, więc tym bardziej, powinna być czujna na jakiekolwiek przejawy przemocy wobec ciężarnej kobiety..."

Tak wyglądały pierwsze reakcje najbliższego otoczenia – jedno wielkie niedowierzanie.
Potem przyszedł czas na analizę i szukanie jakichkolwiek sygnałów z przeszłości. I ktoś w końcu znalazł. Zdaniem niektórych on sam był ofiarą przemocy ze strony swojej matki. Pamiętali bardzo dobrze jej sposób traktowania syna. Była bezwzględna, wymagająca, zaborcza i nieugięta. On, jako mały chłopczyk bał się wszystkich dookoła, nie rozmawiał – tak jak dzisiaj – z nikim z najbliższego otoczenia. Miał wpajane do swojej małej główki, że jest ulepiony z wyjątkowej gliny i nie może spoufalać się z pracującym plebsem. Gdy dorastał jego izolacja z pospólstwem była jednak coraz trudniejsza, a Królestwo Absolutnej Miłości było otoczone wokół szarymi ludźmi. Konfrontacja, więc stała się nieunikniona. Ale i wówczas Zaborcza Matka zdążyła do niej przygotować swojego jedynego syna. Uczyniła to perfekcyjnie.

On, nie znający innych zachowań, podchodził do życia instrumentalnie. Nie miał w sobie za grosz empatii i nigdy nie pochylił się nad słabszym. Żył sam, nie miał przyjaciół, miał tylko swoją Zaborczą Matkę rządzącą w Królestwie Absolutnej Miłości. Z plebsem radził sobie, tak jak go nauczono. Swoje samopoczucie poprawiał sobie kosztem innych. Wyśmiewał, ubliżał, znieważał i poniżał wszystkich, których status majątkowy był niższy od jego. Potrafił też splunąć, kopnąć, albo nasłać swoich pobratymców z Królestwa Absolutnej Miłości celem wyeliminowania niepotrzebnego – jego zdaniem – społecznego śmiecia.

Pożerał umysły i dusze nieświadomych niczego prostych, uczciwych ludzi. Pożerał owoce ich ciężkiej codziennej pracy. Nie chodziło tu tylko o zaspokojenie głodu, czy nasycenie przepastnego żołądka. Ich cierpienie wydawało mu się nie dość świadome, zbyt zwyczajne oraz pospolite. Został przecież tak zakodowany, więc pałaszował nieświadomie nadal. Dopiero ludzki ból dawał mu prawdziwe spełnienie. Rozkręcał w jego żołądku rozkoszny, czarny wir, niczym świder pulsujący balustradą barw i fluorescencyjnych kolorów. Wtedy stawał się nasycony.

W mieszkaniach szarych prostych ludzi, sąsiadujących z Królestwem Absolutnej Miłości, codziennie ktoś wracał do domu naznaczony jego piętnem. "Pachniał" nim,  czasem miał na sobie jego DNA, oraz ślady jego opasanych palców. Co noc, przez niego ktoś płakał w najgłębszej boleści, zakłócając czasami swym krzykiem sny sąsiadów. Wówczas spotkanie z nim stanowiło granicę końca ich świata i rozpoczynało drogę przez mękę uporania się z bólem, upokorzeniem i lękiem. Od każdego przypadkowego spotkania z nim, nic już nie wyglądało tak samo. To tak, jakby im ktoś nagle założył na oczy szare okulary, które nawet w słoneczny, wiosenny dzień pokazywały świat w barwach szarych pustaków. W ich umysłach i uszach rozbrzmiewało echo tamtego zdarzenia.

Od tamtej pory, każdy kto miał z nim nieprzyjemność obcować, nawet chodzić musiał nauczyć się inaczej. Ze strachu, ludzie ci, byli jakby nieco pochyleni, zgarbieni, a oczy ich były przytępione. Zorganizowano wówczas patrole, by nigdy wieczorem i nocą żadna bezbronna, potencjalna ofiara, nie chodziła wieczorami samotnie. Jednak czas relatywnego spokoju, uśpił ich czujność i nikt nie zauważył, że w blasku księżyca, przy świetle migotających gwiazd, podąża młoda kobieta.

Pod jej stópkami, złowieszczo szeleściły suche liście, a nad głową słychać było groźne pomruki nocy. Na jej ramieniu usiadł bez pytania strach, bezszelestnie plącząc jej włosy, wokół jej nagiej szyi i ocierał swą dłoń o jej odkryte przez wiatr ramiona. Dziewczyna starała się iść jak najszybciej, aby swym oddechem nie przywołać syna z Królestwa Absolutnej Miłości. Usłyszała nagle trzask łamiących się gałęzi i nagle zamarła. Skuliła się w pozycję embrionalną i cała sparaliżowana strachem, schowała się pod ławkę. Tam na chwilę zasnęła.

Do jej przemoczonych błotem ubrań, wiatr przykleił unoszące się na wietrze suche liście. Próbowała się otrzepać, jednak wstając - ku swojemu zdziwieniu - nie miała nad swoją głową niebieskiej ławki, pod którą się schroniła. Oszołomiona miejscem w którym się znajdowała zaczęła uciekać – lecz nadaremnie. On przytrzymał ją skutecznie, a ślina kapała mu z pyska. Dziewczyna nie płakała, bo strach jej na to nie pozwolił, skamieniała wręcz ze strachu i zaczęła wydzielać z siebie, dziwny zapach, który jemu wydawał się zniewalający.

Na swój wysublimowany sposób, jak tylko umiał, zaopiekował się dziewczyną okrywając ją ciepłym kocem. Postanowił nie skrzywdzić jej od razu, ale też nie wypuścił jej ze swojego Królestwa Absolutnej Miłości. Przynosił jej jedzenie, dbał o nią, nawet udostępnił telefon, by mogła okłamać rodzinę, że wszystko jest z nią w porządku. Kiedy tylko poczuł, że czujność jej rodziny została uśpiona i nie upomną się o nią tak nagle, zaczął pokazywać jej swoje prawdziwe oblicze.

Poznawała i doznawała tego wszystkiego, o czym próbowały przez lata zapomnieć poprzednie jego zdobycze. Przeżywała i zapominała. Zapomniała i przypominano jej od nowa. Była tam ciałem, ale nie była tam duchem. Nauczyła się nie czuć, aby móc szybciej zapomnieć. Żyła tak więc i jednocześnie żyć nie chciała. Została zniewolona. Ona prała jego ubrania, on prał jej mózg. Walczyła, ale później się poddała. Zasnęła z nadzieją, że zasypia na wieki w Królestwie Tłumionego Krzyku.

Kiedy się obudziła, dostrzegła że jest na dnie głębokiego, ciemnego tunelu. Była sama i była samotna. Bała się nawet poprosić o pomoc najbliższą rodzinę. Nie wiedziała, czy ma do tego prawo, skoro przez ostatni czas nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Ale nie miała już nic do stracenia. Odbiła się resztką sił, od dna ciemnego tunelu i wypełzała w kierunku światła.

Wyczerpana i przerażona stanęła u progu swego domu rodzinnego, jednak zanim zapukała, musiała chwilę odpocząć. Leciutko przytknęła opuszek swojego palca do dzwonka przy drzwiach i rozległ się znajomy jej gong. Serce jej zadrżało, a nogi skierowały się ku wyjściu. Drzwi otworzyła jej matka, która najbardziej przeżywała jej nieobecność. Wiedziała, gdzieś w głębi matczynego serca, że dzieje się źle z jej córeczką, ale wówczas nie umiała jej pomóc, bo córka nie umiała jej się zwierzyć i o pomoc poprosić. Obie nic nie powiedziały. Spojrzały na siebie z wielką czułością i tęsknotą i wtuliły się w swoje ramiona. Płakały.

Dzisiaj dziewczyna sama jest już matką i jest czujna na każdy najmniejszy sygnał przemocy wobec jej najbliższego otoczenia. Stara się chronić swoje niewiasty, jednak boi się przekroczyć pewnej granicy nadopiekuńczości wobec dzieci, aby nie zbudować własnego kolejnego Królestwa Absolutnej Miłości. Królestwa z którego wyrastają upośledzeni emocjonalnie kolejne pokolenia, które najpierw bezwiednie, później mimochodem, a potem z przyzwyczajenia krzywdzą niewinne istoty, czyniąc z ich życia piekło.

Nadchodzi już wieczór i dziewczyna zasłania okno swojego pokoju, za którym powiewa na wietrze płacząca wierzba. Wierzba, dzięki której odżywają wspomnienia, gdy wpatrywała się z nadzieją w gałązki podobnego drzewa i w myślach układała zabronione melodie, melodie powrotu na łono swojej rodziny. Teraz po latach, ta muzyka brzmi jeszcze piękniej, gdyż wszystkie wówczas niewypowiedziane tęsknoty towarzyszą jej na co dzień i są w zasięgu jej ręki.

Dziewczyna mieszkając w bezpiecznym domu, otoczona miłością swojej rodziny, zadaje sobie czasami pytanie: czy rzeczywiście można do końca za wszystkie popełnione czyny obwiniać tylko ojca jej dzieci, czy może obarczanie go winą w 100% jest jakimś nadużyciem i przesadą? Czy sądy nie powinny orzekać dwa pokolenia wstecz?

Według jej doświadczeń Królestwo Tłumionego Krzyku swoje źródło i korzenie miało właśnie w Królestwie Absolutnej Miłości. A to niejako usprawiedliwia i tłumaczy niektóre zachowania jedynego syna wychowanego przez bezwzględną, bezlitosną kobietę, która jako za swoje oręże w jego wychowaniu, używała szerokiego skórzanego paska.


Modlitwa o udzielenie łaski za pośrednictwem Jana Pawła II poniedziałek, 04 kwiecień 2011, 22:41
Dzisiaj Watykan zatwierdził pierwszą, oficjalną modlitwę dziękczynną w intencji Karola Wojtyły, którą wierni mogą prosić Jana Pawła II o wstawiennictwo, dziękować za doznane łaski, a także modlić się w intencji Papieża.

Oto polska wersja nowej modlitwy, której słowa zostały zatwierdzone przez tzw. Trybunał Rogatoryjny, kościelną instytucję zajmującą się w Polsce przygotowaniem procesu beatyfikacyjnego Karola Wojtyły.

 
MODLITWA O UDZIELENIE ŁASKI PRZEZ WSTAWIENNICTWO
SŁUGI BOŻEGO JANA PAWŁA II


Boże w Trójcy Przenajświętszej,
dziękujemy Ci za to, że dałeś Kościołowi Papieża Jana Pawła II,
w którym zajaśniała Twoja ojcowska dobroć,
chwała krzyża Chrystusa i piękno Ducha miłości.

On, zawierzając całkowicie Twojemu miłosierdziu
i matczynemu wstawiennictwu Maryi,
ukazał nam żywy obraz Jezusa Dobrego Pasterza,
wskazując świętość, która jest miarą życia chrześcijańskiego,
jako drogę dla osiągnięcia wiecznego zjednoczenia z Tobą.

Udziel nam, za jego przyczyną, zgodnie z Twoją wolą,
tej łaski, o którą prosimy z nadzieją,
że Twój Sługa Papież Jan Paweł II,
zostanie rychło włączony w poczet Twoich świętych.
 
Amen

Życie samotnej matki nie rozpieszcza. środa, 30 marzec 2011, 08:20
Życie samotnej matki nie rozpieszcza.
Życie samotnej, rozwodzącej się matki wciąż prowadzi pod górkę.
Życie samotnej, rozwodzącej się i skrzywdzonej matki, to droga bardzo wyboista.
Życie samotnej, rozwodzącej się od kilku lat, skrzywdzonej i dochodzącej sprawiedliwości matki, to wyboista droga pod górkę z cierniami na plecach, skroniach i gardle.
Czy tak powinno wyglądać życie?

Życie ... no właśnie, a gdzie jest esencja tego, co nazywamy życiem.

Jeżeli życiem nazwiemy fizyczny byt, to rzeczywiście żyję i trwam w tej beznadziei.
Jedynym dowodem na to jest fakt, że oddycham i chodzę zgodnie ze wskazówkami zegara, zgodnie z rytmem dnia i potrzebami moich pociech oraz zgodnie z wytycznymi pracodawcy i innych osób/instytucji, którzy wyznaczają mi kolejne wizyty, spotkania i dają „złote rady”, aby pomóc samotnej matce w trudach i znojach codzienności.

Jednak, gdy samotna, rozwodząca się, skrzywdzona (najgorzej jak może być tylko skrzywdzona kobieta), dochodząca od kilku lat sprawiedliwości przed polskim Wymiarem Sprawiedliwości wypowie „magiczne przekleństwo” pt.: „czy może mi pani dać to na piśmie, abym mogła wykorzystać to przed sądem” nagle całe zrozumienie, którego doświadczała ze strony osoby/instytucji zamienia się w agresję wobec niej, że chce wykorzystać placówkę do swoich problemów rodzinnych. Dowiaduje się wówczas, że dana placówka może jej pomóc, ale nie przed sądem, bo nie chce się mieszać w „nie swoje sprawy”. Chętnie dalej będzie pomagać skrzywdzonej samotnej matce, ale w zaciszu gabinetów, a nie oficjalnie – i klepie ją perfidnie po przysłowiowym ramieniu, że bardzo jej współczuje, ale pomóc nie może, bo takie jest życie.

To wszystko słyszy od osoby, która sama zachęcała ją do pewnych działań, kroków i sama podsuwała jej sposób postępowania i definiowania określonych zachowań łobuza wobec niej i dzieci.

Potem samotna, skrzywdzona matka słyszy - jak gdyby nigdy nic - zapytanie o godzinę następnej wizyty „no bo wie pani, my jesteśmy tu żeby pomagać i niech pani pomyśli o której najlepiej będzie pani tu przyjść, żeby pani nie kolidować z codziennymi obowiązkami” – stwierdziła z wielką troską przedstawicielka tejże instytucji, zwracając się do szukającej pomocy, samotnej matki.

Samotna skrzywdzona kobieta wyszła z tej placówki i chciało jej się wyć. Wyć w niebogłosy, wyć z bezsilności, wyć z kolejnego zaskoczenia, wyć z powodu swojej naiwności, że wierzyła, że ktoś może jej pomóc. Tak po prostu, po ludzku – pokrzyczeć i popłakać. Zwyczajnie ręce jej opadły. Po raz kolejny, przecież dopiero co, odbudowała z wielkim trudem zaufanie do ludzi. Zaufanie odbudowała, a ono znowu zawiodło - wygrała rzeczywistość i ludzka hipokryzja.

Zaufała ludziom, którzy zatrudnieni w określonych instytucjach, z założenia powinni pomagać kobietom w podobnych sytuacjach, a oni wycofują się znowu w kulminacyjnym momencie.
Skrzywdzona i nękana przez łobuza kobieta znowu została sama. Ona i dzieci. Ona, dzieci i bezkarny łobuz ze swoim „domniemaniem niewinności”.

Jak ona ma dalej żyć? Czy będzie kiedyś jeszcze w stanie zaufać i po raz kolejny poprosić o pomoc następną instytucję do tego powołaną? Czy będzie miała fizyczną i psychiczną siłę przejść przez etap zwierzania się i wprowadzenia kolejnej instytucji w szczegóły jej beznadziejnej sytuacji? Czy gdy wypowie „magiczne przekleństwo”, czyli poprosi realnie, namacalnie o pomoc, to czy znowu nie spotka się z agresją, odrzuceniem i zlekceważeniem jej problemu i nie zostanie brutalnie uświadomiona i wyrzucona na bruk?

Czy w ogóle ma jeszcze sens poszukiwanie i wiara, że deklaracje słowne, wszelkie zapewnienia wypowiadane przez osoby powołane do niesienia pomocy osobom skrzywdzonym i ich rodzinom, znajdą odbicie w realnym działaniu, a nie pozostaną w sferze deklaracji?
Jak do prawdziwego życia, mają się wszystkie kampanie społeczne i deklaracje ministra sprawiedliwości?

Jaki sens ma życie, skoro to wszystko nie ma sensu?
Czy to życie, czy może tylko bycie?

Słów już brak, sił już brak, nadziei brak.
Zostało tylko bycie, a może życie – już sama nie wiem co.
Efekt konfrontacji. niedziela, 27 marzec 2011, 20:09
Minął tydzień od konfrontacji łobuza z ofiarą przemocy domowej i jej dziećmi. Tydzień, który potrzebowałam, aby ochłonąć i uspokoić emocje, których to spotkanie mi dostarczyło. Dopiero dzisiaj znalazłam chwilę, by to w skrócie opisać.

Konfrontacja była bolesna. Nasłuchałam się ja, nasłuchał się sądowy stróż i nasłuchały się dzieci.
Gdy zareagowałam na skandaliczne i wulgarne zachowanie łobuza, sądowy stróż tylko słuchał i patrzył. Dopiero na moją wyraźną prośbę zajął stanowisko, czyli próbował uspokoić damskiego łobuza - występującego tego dnia w roli „ojca dzieci”. Nie dało to jednak rezultatu. Wówczas zareagowały moje dzieci. Zaczęły krzyczeć na niego, by nie krzyczał na ich mamusię, żeby nie wyzywał ją, bo mamusi jest przykro. Powiedziały mu, że go nie lubią i żeby więcej tu nie przychodził.

Wtedy zaczął się akt drugi, czyli kolejne wyrzucane w moją stronę kalumnie na temat tego, że rzekomo nastawiam dzieci przeciwko niemu. Nasłuchałam się znowu, a sądowy stróż przy okazji.
Takich przerywników podczas tego spotkania było kilka, o kilka za dużo jak na oficjalne widzenie się ojca z dziećmi w obecności sądowego stróża.

Mam nadzieję, na rzetelność stróża z ramienia państwa, że w swoich sądowych sprawozdaniach zechce zawrzeć całą prawdę o przebiegu wizyt „ojca” u dzieci i że częste rozmowy po zakończonym spotkaniu, pod blokiem z ojcem dzieci, nie zmienią jego punktu widzenia.

Okaże się to już za miesiąc na sali sądowej, czy sądowy stróż, który nie pytany - sam oświadcza, że nigdy nie dałby swoich dzieci takiemu łobuzowi, nie ulegnie wywieranej na nim presji, która ma go skłonić do zmiany zeznań.

Życie pokaże, a mnie zostało
czekać i żyć pod presją kolejnych spotkań w cieniu damskiego boksera.

Nie jest to łatwe, ani przyjemne, ale nie mam wyjścia, bo sprawa jest wciąż w toku. Marzę w końcu o końcu tego wszystkiego.

Marzę o wolności, pomimo, że paradoksalnie ją posiadam.

Przeszłość i Teraźniejszość, czyli konfrontacja łobuza z ofiarą przemocy domowej. piątek, 18 marzec 2011, 22:14
Królestwo Tłumionego Krzyku przeplata się z codziennością. Jutro będzie kolejna konfrontacja.
A wszystko w granicach i na mocy polskiego prawa, pod okiem sądowego stróża.
Wciąż nie ogarniam, jak do Życia mają się wszystkie kampanie pt. „STOP przemocy domowej”, „Wyjdź z cienia” i tym podobne społeczne hasła, które co jakiś czas rozbrzmiewają w publicznych mediach.

A jak wygląda Prawdziwe Życie skrzywdzonej kobiety, dzieci i domowego łobuza?
Z pewnością nie tak, jak kreują media. Ani nawet nie tak, jak wypracował je Nasz Ustawodawca, czyli polski rząd w aktach prawnych o randze ustawy. Niestety Władza Sądownicza jest nieporadna i nie potrafi uchronić kobiety i dzieci od przestępcy. Wciąż nakazuje kobiecie dawać mu kolejną szansę i wystawia ją na kolejną próbę, nakazując jej wpuszczanie damskiego boksera do własnego domu.

A dlaczego? Dlatego, że od kilku lat trwającego procesu karnego, chroni go domniemanie niewinności. Nawet fakt publicznego (nie prywatnego) oskarżenia o bardzo ciężkie przestępstwa, zagrożone karą do lat 15, wg znowelizowanego Kodeksu karnego, nie przekonuje Polski Wymiar Sprawiedliwości do tego, że powinien chronić osobę pokrzywdzoną, a nie wystawiać ją na tacy łobuzowi.

Nie pojmuję tego wszystkiego. Nie rozumiem. Nie mam już sił.

Zmuszona jestem swój strach, ból i lęk znowu ukryć, by jutro otworzyć łobuzowi drzwi i nie okazać mu tego wachlarza emocji.

Muszę być silna, wbrew wszystkiemu, nawet wbrew sobie, bo silna się nie czuję.

JEST TO BARDZO TRUDNE. BOJĘ SIĘ!!!

Królestwo Tłumionego Krzyku - wspomnienia cd. wtorek, 15 marzec 2011, 19:54
Zapach jej strachu, doleciał do jego nozdrzy. Był bardzo pewny siebie i z determinacją zbliżał się do niej. Zastawił jej drogę i zaczął krzyczeć.

Ona skamieniała ze strachu, a potem zaczęła biec na oślep, uderzając się o wystające elementy szafki, klamki od drzwi, raniąc przy tym ręce i rwąc swoją odzież, której resztki pozostawały w jego garści. Jej ręce, brzuch, stłuczone kolana, a nawet porwana sukienka były wielkim wołaniem o litość, o zatrzymanie się na chwilę, o możliwość uspokojenia własnego oddechu.

On nie reagował na jej wołania, gonił ją po Królestwie Tłumionego Krzyku, aż wyczerpana przestała się bronić. Leżąc w pozycji embrionalnej, w uszach słyszała dudnienie swojego przerażonego serca.

Nie udało jej się uciec poza bramy tego Królestwa. Zresztą po pierwszej próbie złapania za klamkę drzwi głównych, sama szybko zrezygnowała. Drzwi były zamknięte na klucz, a klucza w nich nie było. Nie było go także w koszyku, w którym zawsze leżał.

Możliwą jeszcze drogą wyjścia były okna - tylko one były otwarte. Jednak były zbyt wysoko, by uciec, a zbyt nisko by umrzeć. Pozostało jej, więc czekać. Czekać i przetrwać po raz kolejny wybuchy agresji ojca jej nienarodzonego jeszcze dziecka.

Jak życie pokazało – przetrwała.

Królestwo Tłumionego Krzyku - początek. niedziela, 13 marzec 2011, 01:03
Zawsze grzeczna, dobrze ułożona, rozważna i podejmująca właściwe decyzje. Nigdy w wieku …nastu lat, nawet nie przeszła młodzieńczego buntu, bo nie miała na niego czasu. Żyła wśród swoich pasji, swojej poezji pisanej do szuflady, zatopiona w świecie literatury pięknej. Marzyła o pięknej miłości i powoli smakowała życia. Była ufna wobec ludzi. Nie zaznała nigdy krzywdy i o takowej nawet nie czytała. Była niedoświadczona.

Po pewnym czasie wstąpiła w wiek reprodukcyjny. Zaufała mu, pokochała i kilka lat doświadczała uniesień, ale także upadków. Ponieważ, coraz częściej zmuszona była podnosić się sama, postanowiła się odkochać i przerwać to, póki nie jest jeszcze za późno. I przerwała.

Znowu była sama. Wbrew pozorom, ponownie zaczęła być szczęśliwa. Czuła się jakby ktoś jej zwrócił wolność. Aż pewnego dnia on wrócił, przeprosił, a ona pozwoliła mu zostać na noc. I on został.

I wtedy stało się. Ponieważ była hormonalnie czynna, zostało poczęte ich pierwsze dziecko. Żadno z nich, jednak o tym nie wiedziało, bo w przeciwnym razie byliby dla siebie czuli, delikatni i kochani. A oni nie byli.

Ona dalej pozostała sama – nie kontynuowała tej znajomości, nie chciała.

Zaczęła ponownie czuć się szczęśliwa. Podświadomie organizm wysyłał jej sygnały, które kazały jej tańczyć ze szczęścia, głośno się śmiać, okazywać empatię oraz radość. Znowu była wolna i szczęśliwa. Nie wiedziała jednak, że nie jest sama, że nosi pod sercem najcenniejszy Cud, jakiego może doświadczyć kobieta.

Pewnego dnia dowiedziała się, a później dowiedział się on. Nie chciał tego przypadkowego Cudu, wielokrotnie nalegał i robił wszystko, aby cud się nie zdarzył. Ona, gdy ochłonęła, była szczęśliwa i przyrzekła sobie, że nie zrezygnuje.

I nie zrezygnowała z Cudu, ale chciała zrezygnować z niego. Jednak społeczne oczekiwania nie pozostawiły jej przestrzeni na bunt. Skoro już niedługo miała zostać matką oczekiwano od niej, że zachowa się odpowiedzialnie, poprawnie i według wpojonej przez lata indoktrynacji Kościoła. Zmusił ją do takiej decyzji on.

Stanęła niebawem przed obliczem przedstawiciela Kościoła, w białej sukni, pod presją i groźbą człowieka, którego się bała. W przeddzień sakramentalnego „TAK” doznała kolejnego skrzywdzenia. Realna groźba, z którą szła do ołtarza  - paradoksalnie, zamiast z duszą na ramieniu, nie pozwoliła jej się wycofać, ani uciec w ostatniej chwili. Postąpiła rozsądnie – przynajmniej tak wtedy myślała.

Później zaczęło się życie, a właściwie próba odnalezienia się w Królestwie Tłumionego Krzyku. Od tej pory, już nic nie wyglądało tak samo. A jej milczenie było tak wymowne, że aż w uszach pękało. Tylko, niestety, jej najbliższe otoczenie, nigdy nie było w Królestwie Tłumionego Krzyku i nie umiało odczytać tłumionej ze wstydu, skrywanej krzywdy i upokorzenia. A ona nie poprosiła o pomoc. Nie umiała, bała się, wstydziła.

On to wykorzystywał. Jej strach, zdeptaną pewność siebie, jej niezrozumiałą lojalność. Wiedział, że wyznanie przez nią prawdy najbliższym, upokorzy ją jeszcze bardziej, więc on czuł się bezpiecznie – ona wręcz przeciwnie.

W czterech ścianach Królestwa Tłumionego Krzyku, swoim zachowaniem i traktowaniem, dawał jej codziennie do zrozumienia, że to on jest samcem alfa. Nigdy nie pozwolił jej zaistnieć, stać się niezależną, autonomiczną osobą. Niszczył ją powoli, tak jak kropla drąży skałę. Miał ogromną potrzebę poprawiania sobie samopoczucia jej kosztem.

A Życie, pisało dla niej kolejny scenariusz. To był dopiero początek.
Królestwo Tłumionego Krzyku - wspomnienia. piątek, 11 marzec 2011, 20:17
W końcu dziewczyna usnęła w Królestwie Tłumionego Krzyku.
Jej białe, głębokie jak wanna łóżko, dało jej po raz kolejny solidne schronienie. Spała tak i śniła, śniła tak i marzyła.

Marzyła o spacerze po parku, o odpoczynku na zielonej ławce, otulona gałęziami płaczącej wierzby. Marzyła o spokojnym i bezpiecznym świecie. Tęskniła do dobrze znanej jej kiedyś ciszy i kontemplacji. Kiedyś, to było czymś normalnym, dziś jest towarem deficytowym.

Bardzo szybko musiała stać się autonomiczna, samowystarczalna i samodzielna. Czuła, więc bardzo silnie, nieokreśloną bliżej tęsknotę za Rodzinnym Domem. Uciekała do niego w myślach, w snach, w marzeniach. Zbudowała sobie wyimaginowane przejście, przez które jak tylko mogła podążała w stronę Światła.

Po przebudzeniu, wracała do Rzeczywistości. Tutaj Los napisał jej scenariusz młodej, niedoświadczonej Życiem żony, współczesnej córy Koryntu, potem worka treningowego, popychadła, aż w końcu śmiecia.

Dla ironii bezlitosny Los doświadczył tym wszystkim młodą, nie brzydką, wykształconą i ambitną dziewczynę. Musiała się w tym wszystkim odnaleźć. Stworzyła, więc sobie, iluzję umiejętności poruszania się pomiędzy Rzeczywistością, a wyniesioną z Rodzinnego Domu zaradnością i pewnością siebie. Chociaż ta ostatnia cecha, już na samym przekroczeniu progu Nowego Życia została zdeptana i pozostawiona pod wycieraczką. Codziennie, wycierano na niej brudne buty, których właścicielem był ponad 100 kilogramowy degenerat.

Próbowała się w tym wszystkim odnaleźć, lecz nie było logicznego wytłumaczenia sensu dalszego trwania.
Świat, w którym się znalazła, był światem zakłamanym, w którym nie było miłości, zrozumienia i dialogu. Nie mogła w nim liczyć na wyrozumiałość, a pozornie wspólne cele i marzenia stały się omamami.

Trwała w tej niezrozumiałej przestrzeni, oszołomiona kolejnymi ciosami Losu. Łudziła się, że jednak Coś się zmieni. Ale było coraz gorzej.

Po kilku miesiącach jej zdeptana wcześniej „pewność siebie” stała się DROBINKĄ, która wymknęła się spod wycieraczki, podczas kolejnego przeciągu. Jej wewnętrzne przekonanie o tym, że zasługuje na miłość i szacunek - nie umarło. Postanowiła dalej żyć.

Wiedziała, że podstawowym sposobem, który wskazuje nam drogę do jakiegokolwiek rozumianego szczęścia, jest Nadzieja i Wiara.
Ona, ta zdeptana DROBINKA, wierzyła, choć nie miała pewności, czy jeszcze kiedyś usiądzie na zielonej ławce, otulona gałęziami płaczącej wierzby.

Pewnego słonecznego dnia, dotarła do skraju parku i odetchnęła z ulgą.

Wizyta u laryngologa. czwartek, 10 marzec 2011, 15:18
Wczoraj ortopeda, dzisiaj laryngolog – czyli publiczna służba zdrowia. U każdego specjalisty czekałam na wejście ponad 3 godziny w dusznym korytarzu. Jakiś koszmar.
Rzeczywiście, jest 100% prawdy w powiedzeniu, że aby móc się leczyć, trzeba mieć dużo zdrowia, aby to wszystko przetrwać.
Z całego ponad 3 godzinnego znużenia, oczekiwania w ścisku na korytarzu, zapomniałam przypomnieć lekarzowi, by wypisał receptę na kontynuację leku.



Moja Kruszynka wyszła z bardzo smutną minką, bo lekarz powiedział jej, że będzie miała operację. A przecież dopiero, co wyszłyśmy ze szpitala z oddziału chirurgicznego, a tu znowu powrót, ale tym razem na oddział laryngologiczny i czeka nas wycięcie migdałka.



To tyle z codziennych trosk samotnej matki.
Muszę kończyć zapiski i zacząć ubierać dzieci, bo musimy zdążyć na angielski – a przed nami godziny szczytu i kolejne zatory, czyli uliczne korki.

Pozdrawiam wszystkich umęczonych codziennymi obowiązkami.

Wizyta u ortopedy środa, 09 marzec 2011, 20:50
Wróciłam dzisiaj od ortopedy, którego odwiedzam, od czasu do czasu, po operacji jednej kończyny. Kończyny, którą uratował mi lekarz, po brutalnym potraktowaniu mnie przez męża.
Wówczas operacja się udała, noga funkcjonuje „w miarę normalnie” i wygląda prawie „normalnie” (poza ogromną blizną operacyjną, która codziennie przypomina mi o tym zdarzeniu).

Często narzekałam na bóle lędźwiowo-krzyżowe, ale byłam przekonana, że to codzienne przeciążenie, może reumatyzm, czy coś w tym stylu. Ale diagnoza mnie przerosła.
Lekarz po obejrzeniu zdjęć RTG stwierdził, że mam złamaną jedną kość w okolicy dysku i stąd te moje ciągłe bóle. Spytał mnie czy może kiedyś upadłam, lub zostałam skopana – bo tak to wygląda.
Widać wyraźnie źle zrośniętą kość w okolicy krzyża. Według lekarza to uraz sprzed kilku lat.
Dostałam skierowanie na rezonans i potem ma się okazać, czy i kiedy trafię ponownie na stół operacyjny.

Po wyjściu nie miałam wątpliwości – wraca do mnie przeszłość, a raczej jej ślady.
Znowu przypomniałam sobie każde jego kopniaki, każde razy.
Słyszę jakby to było wczoraj – jego tembr głosu, gorące cięte dłonie.

Boję się.


Polskie procedury kontra codzienna praktyka orzekania, czyli "pouczać to my, ale nie nas". poniedziałek, 07 marzec 2011, 21:23
Nurtuje mnie jedna kwestia, która nie daje mi spokoju, a mianowicie:

- czy zgodne z prawem jest podpisywanie dokumentów urzędowych podczas zwolnienia lekarskiego?
- czy taki dokument ma moc prawną?
- czy pracownik instytucji państwowej, będący oficjalnie na zwolnieniu lekarskim, może jednocześnie firmować urzędowe dokumenty swoim podpisem?
- czy taki dokument można unieważnić?

Co powinien zrobić adresat takiego dokumentu, który został sporządzony z naruszeniem prawa?

Jeśli ktoś się orientuje w tej kwesti, proszę o odpowiedź. To ważne.

Żeby coś mogło się zacząć, coś musi się skończyć. Ale czy na pewno musi? poniedziałek, 07 marzec 2011, 01:35
Dotarłam do miejsca, gdzie kończy się bajka i zaczyna prawdziwe życie.
Pewnego popołudnia wyszłam za mąż. I tak oto zaczęłam nowe życie.

Niestety okazało się, że nie zawsze nowe, znaczy lepsze.
I tak też było w moim przypadku. Zakończyłam nagle swoje bajkowe, bezpieczne i radosne życie uśmiechniętej młodej kobiety, by nagle wstąpić w rolę przyszłej mamy, żony i treningowego worka.
Doświadczyłam zdarzeń, których nigdy nie przedstawiały czytane mi w dzieciństwie bajki.

 
Po przekroczeniu tej granicy nie było już powrotu. Szłam, więc dalej, coraz dalej zostawiając za sobą kolorowe kamienie w nadziei, że „ktoś” pójdzie ich śladem i mnie wyciągnie „silną ręką” z tego scenariusza, jaki napisało dla mnie życie. Łudziłam się, że przeniesie mnie z powrotem, pomiędzy moje stare bajki.

Bardzo szybko poczułam tę „silną rękę”, ale ona mnie nie wyciągnęła, lecz popchnęła dalej w kierunku życia. Zdeptała moje kolorowe kamyki, zatrzasnęła bramy raju i rzuciła w krzaki cierniowe.

Od tamtej chwili, ten Tajemniczy Ogród stał się moim domem.



Codziennie pielęgnowałam cierniste krzewy, by któregoś dnia mogły zakwitnąć. Zbierałam po kryjomu wszelkie kamienie, by móc je kiedyś wyrzucić poza bramy raju, celem wskazania do mnie drogi.
Ukrywałam je w kąciku, pod ścianą płaczu porośniętą bluszczem wraz ze wszystkimi tajemnicami, które odkrywałam mieszkając w tym Ogrodzie.

Aż pewnego dnia ściana, po której wspinał się bluszcz zaczęła pękać. Bramy "raju" powoli się uchylały, nieznacznie prowokując mnie do zrobienia małego kroku, do przekroczenia ich progu.

Nie zastanawiałam się długo. Schowałam do kieszeni kilka kamyków, upchnęłam w kapturze parę tajemnic i pod osłoną nocy przekroczyłam granicę tego miejsca.

Kilka metrów dalej zapytałam siebie samą: gdzie ja teraz jestem?

Czy to moja bajka, czy to moje życie?

Przeszłość we wspomnieniach. sobota, 05 marzec 2011, 21:44
Bezsilna jak suche liście pod drzewem, uklęknęłam przy ścianie i wołałam o pomoc. On zatrzasnął właśnie drzwi i wyszedł do kuchni by ukoić swoje pragnienie – bo zaschło mu w gardle.

Błagałam z rozpaczą, klękałam w pokorze i   p r o s i ł a m.
Nie czułam ruchów mojego dziecka. Nie wiedziałam, co się dzieje z moim Maleństwem. Prosiłam o telefon i żądałam pomocy.

On nie słuchał. Rzucał w moim kierunku rozmaite przekleństwa. Wokół powietrze było tak gęste, że zaczynałam się dusić. Szepcząc bezsilnie prosiłam o tlen i otworzenie okna.

Zastygłam w bezruchu, w nadziei na ruch mojego dziecka. Czekałam tak, przez jakiś czas, zmieniałam pozycje, próbowałam wstać. Nasłuchiwałam.

Usłyszałam nagle huk trzaskających drzwi. Boże – on wyszedł – pomyślałam i nie wiem skąd, ale nabrałam energii i siły by wstać. Szybko umyłam się, przebrałam, założyłam kurtkę i chciałam jechać na pogotowie.

Jednak nie zdołałam. Drzwi były zamknięte, a klucze zabrane. Opadłam z sił i zmuszona byłam się rozebrać. Byłam oszołomiona i przestraszona.
Zostałam, bo uciec nie mogłam.

Spokój, spokój mnie tylko uratuje – pomyślałam. Moje dzieciątko dało o sobie znać, więc trochę poczułam się lepiej.
Jedyne, co mogłam zrobić, to zająć się moim nienarodzonym jeszcze Maleństwem i uspokoić się.

Przygotowałam posiłek i bezpieczne schronienie dla nas dwojga. Wzięłam kilka kocy, które rozłożyłam w wannie oraz poduszkę i kołdrę … i czekałam.

Nie byłam w stanie się skupić, nie byłam w stanie odpocząć – czekałam, aż przyjdzie, by móc zamknąć się w łazience i w końcu bezpiecznie usnąć.

Koniec dnia powszedniego. piątek, 04 marzec 2011, 22:54
Dzieci zasnęły - wreszcie, a ja padam na przysłowiowy pysk.
Nie mam siły.
Dzisiejszy dzień mnie wykończył, a do tego wizyta w szpitalu na zdjęcie szwów po zabiegach. NIe obyło się bez płaczu i monstrualnych kolejek przed wejściem do gabinetu.

Uporałam się ze wszystkimi obowiązkami domowymi, a przede mną pisanie pism procesowych. Nie mam siły. Wczoraj siedziałam do drugiej w nocy, a dziś mam zamiar położyć się przed północą.
Idę po prostu spać.

Muszą mi odpocząć moje nogi, które niestety jeszcze nie doszły do siebie po szpitalu. Niby już nie są spuchnięte, ale wciąż mnie bolą i drętwieją.

Potrzebuję jakiegoś sposobu na relaks w pigułce. Jak można się szybko zregenerować i nabrać sił?
Może ktoś ma jakieś pomysły lub rady?
Chętnie skorzystam z Waszego doświadczenia.

Urodziny mojego Kochanego Dziadka. piątek, 04 marzec 2011, 00:40
Nie mogę zasnąć.
Sen z powiek, spędzają mi wspomnienia o bardzo bliskiej mi osobie, którą kochałam z wzajemnością, a której to nie ma już na tym świecie. Osobą tą był Mój Kochany Dziadziuś, który gdyby żył, obchodziłby dziś urodziny. Po raz pierwszy, by złożyć Mu życzenia muszę udać się na cmentarz, a nie do Jego domu.
Bardzo za Nim Tęsknię.

"Ludzie odchodzą, płyną za Morze - codziennie.
Może warto być ostatnią przystanią, która Ich żegna ... ?"

Taką właśnie przystanią była dla mojego Dziadka jego żona – dzięki Bogu żyjąca nadal moja Kochana Babcia. To ona stworzyła mu dom pełen miłości i ciepła, w którym razem 62 lata doświadczali radości, smutków, trudów codziennego życia oraz wspólnoty, której sami dali początek, którą stworzyli – czyli wielopokoleniowej rodziny.

Mój Drogi Dziadek dożył wieku słusznego i tylko dlatego, dzisiaj wspominając Go, nie odczuwam tej śmierci jako niesprawiedliwej... choć i tak jest bardzo smutno.

Przeżył ponad 90 lat (dokładnie 33.043 dni). W swej posturze był niewielkim człowiekiem, jednak był człowiekiem, który miał w sobie ogromną wolę i chęć życia. Do końca swoich dni był świadomy wszystkiego, co go otacza. Rozmawiał z nami, choć sprawiało mu to trudność. Do dziś pamiętam Jego uśmiech skierowany do mnie, Jego uścisk dłoni i wypowiadane słowo „dziękuję”.

Był dla mnie swoistym „stoperem”, w tej codziennej bieganinie, chaosie współczesnego świata. Żył swoim rytmem, miał swoje tempo, swoje cykle, swoje zwyczaje – np. zawsze sam ustawiał zegar, którego głośne wybijanie godziny, nigdy mu nie przeszkadzało.
Przed śmiercią wręcz liczył każde jego wybicie – jakby podświadomie liczył godziny do spotkania się z Panem Bogiem. Codziennie o godz. 16.20 przychodził do swojej córki, tak po prostu, żeby się przywitać, żeby dać buzi mnie - swojej wnuczce i pogłaskać po główce swoje prawnuczki. Potem wychodził mówiąc „idę do swojej Babci, żeby nikt mi jej nie ukradł”.

W obliczu tej śmierci, słowa piosenki Edyty Geppert „jakie życie - taka śmierć” wydają się być bardzo wiarygodne.
Mój Kochany Dziadek żył w swoim tempie, nie robił kilku rzeczy jednocześnie, żył bez zbytecznego natężenia - i tak też umarł - spokojnie, podczas snu.
Pewnej niedzieli (wydaje się, że to było tak niedawno), po prostu nie otworzył swoich piwnych oczu. Po prostu spokojnie spał. Wyglądał na szczęśliwego i spełnionego.

Jeśli rozmawiało się z moim Kochanym Dziadkiem, należało się dosłownie ZATRZYMAĆ. W rozmowie z Nim należało wykazać cierpliwość i czas, którego nam młodym wciąż brakuje. A dziś właśnie brakuje mi mojego Kochanego Dziadka.

Brakuje go także tym, z którymi żył i mieszkał na co dzień, a także bliższej i dalszej rodzinie, zwłaszcza w chwilach tak szczególnych jak dzisiejszy dzień, czyli rocznica Jego urodzin. Dzisiaj zdmuchiwałby z tortu 91 świeczek.

Choć uronię dzisiaj z Babcią trochę łez wspominając Dziadka, to będę starała się nie smucić z powodu Jego śmierci.
Będziemy Go wspominać i cieszyć się, że mieliśmy przyjemność żyć i współprzebywać przez tak długi czas z naszym Śp. Kochanym Dziadkiem – człowiekiem szczerym, uczciwym, sprawiedliwym i traktujących wszystkich z niekłamaną ufnością.
Takiego go zapamiętałam i taki zostanie w moim sercu oraz sercach moich dzieci.

Do zobaczenia Kochany Dziadku.


Moja ostatnia wola - dotyczy dzieci. czwartek, 03 marzec 2011, 20:39
Mam poważne obawy, że moje życie może skończyć się nagle.
Dlatego, też ŚWIADOMIE dokonuję dzisiejszego wpisu.

Jeżeli coś mi się stanie, zginę nagle, lub w jakichś niejasnych okolicznościach,
MOJĄ WOLĄ jest, aby moimi dziećmi zajęli się moi rodzice.
Chcę, aby sąd uznał ich za rodzinę i przyznał im wszelkie prawa do sprawowania pieczy nad moimi dziećmi.

Nie wiem, czy taki wpis na blogu, ma jakąś wartość prawną, ale w tym momencie nie przychodzi mi nic innego do głowy, a niestety obawy moje są realne i nie mogę się ich pozbyć.

Boję się o swoje życie i martwię się o los swoich dzieci.
Nie wyobrażam sobie, aby dziewczynki trafiły w ręce i pod opiekę ich ojca – łobuza, lub do domu dziecka.

Na dzień dzisiejszy, ojciec dzieci nie jest pozbawiony praw rodzicielskich, bo sprawa rozwodowa nadal trwa.
Ma sądownie wyznaczone wizyty odwiedzin w obecności kuratora, z których przez kilka lat nie korzystał, ale teraz zaczął przychodzić. Dzięki tym wizytom jest już w stanie poznać swoje dzieci np. w piaskownicy lub na placu zabaw, bo wcześniej nawet nie wiedział jak wyglądają jego dzieci – więc łatwiej mu będzie je uprowadzić.

Z powodu zbliżającego się końca sprawy karnej, (która również toczy się kilka lat) obawiam się, że po usłyszeniu wyroku, on nie wytrzyma i z zemsty mnie skrzywdzi lub zabije mnie.
Jestem wręcz tego pewna – zresztą wielokrotnie mi to obiecywał i boję się, że dotrzyma słowa.

Co wówczas stanie się z moimi dziećmi? Boję się o nie, o ich przyszłość, o ich los.

Wpis ten traktuję, jako formę testamentu i niniejszym przekazuję świadomie moją wolę dotyczącą sprawowania opieki i władzy rodzicielskiej nad moimi Kochanymi Skarbami.
Pragnę by zajęli się nimi moi rodzice.

Temida6

Mojej tożsamości nikt nie zna. W sieci jestem anonimowa, dzięki temu zdecydowałam się na prowadzenie tego bloga. To właśnie anonimowość zachęciła mnie do pisania prawdy o sobie.
Wie o mnie (tzn. zna moją tożsamość) tylko jedna osoba za granicą Polski. Jeśli umrę z pewnością się o tym dowie od moich rodziców.
I właśnie do Ciebie Droga Koleżanko zwracam się teraz. Po mojej śmierci ujawnij tego bloga (ten dzisiejszy zapis) moim rodzicom i powiedz im, by wykorzystali go przed sądem w walce o prawa do moich dzieci. Wiem, że mogę na Ciebie liczyć. Pozdrawiam Cię serdecznie i Dziękuję za „zaś”.


Kolejna sprawa w sądzie. wtorek, 01 marzec 2011, 20:04
Przyszedł przed oblicze Temidy świadek z „Koziej Wólki”. A Temida pyta go, słucha, – bo zobowiązana jest przecież do pewnych czynności procesowych. Musiała dopuścić dowód z jego zeznań, więc musi go teraz wysłuchać.

A świadek łże jak najęty, w żywe oczy polskiej Temidzie. Wynajęty łgarz przez damskiego łobuza ma czelność i śmiałość zmyślać historie tak niedorzeczne, że sama Temida pozwala sobie na parsknięcia, uśmiechy i komentarze wypowiedziane „mową ciała”.

Pokrzywdzona, podważa wiarygodność świadka, jednak polska Temida wciąż uchyla zadawane przez nią, nie do końca w sposób precyzyjny, pytania.

Wszyscy wychodzą z sądowej sali, w pewnym stopniu rozbawieni, zeznaniami łgającego świadka, który ze swoistym dla siebie przekonaniem, próbował zdyskredytować i upokorzyć pokrzywdzoną przestępstwem kobietę.

Żartują między sobą „papugi” wraz z polską Temidą w spodniach i łańcuchem na szyi, uśmiecha się prokurator, a kobieta pokrzywdzona przestępstwem wychodzi zdezorientowana z sali – bo jej do śmiechu nie jest. Nie boi się tego co usłyszała, bo były to oczywiste niedorzeczności, ale czuje się psychicznie wykończona, bo właśnie z tego powodu, po raz kolejny przedłuża się proces na następne lata.

Czuje się już zmęczona wieloletnimi przedstawieniami, dla których sceną stała się sala sądowa, a aktorami występującymi z angażu damskiego łobuza kolejne „papugi” w togach z zieloną obwódką, wciąż zmieniający się przedstawiciele prokuratury w togach z czerwoną obwódką, sędziowie i sędziny z łańcuchami na szyi i wynajęci świadkowie.

Miała nadzieję, że to już wszyscy świadkowie, ale jak zwykle nadzieja okazała się płonna. Łobuz powołał kolejnych świadków, których zeznania w żaden sposób nie będą korelowały z zarzutem, ale i dla nich polska Temida zmuszona była wyznaczyć następną wokandę, by zgodnie z regułami procesowymi, dać szansę obronie oskarżanemu, którego wciąż chroni „domniemanie niewinności”.

A czy coś chroni pokrzywdzoną? Czy ma ona jakieś gwarancje procesowe? Rzeczywistość, niestety jest brutalna, tak jak przestępstwo którego pokrzywdzona stała się podmiotem. Polska Temida, nawet odrzuciła wniosek o zakaz zbliżania się łobuza do pokrzywdzonej przestępstwem m.in. zgwałcenia, uzasadniając to brakiem przesłanek  na zastosowanie tego środka zabezpieczającego względem gwałciciela i domowego oprawcy.

Pokrzywdzonej więc pozostało uzbroić się, po raz kolejny, w cierpliwość i czekać na termin ostatniej wokandy w tej sprawie i ogłoszenie sprawiedliwego wyroku, zgodnie ze zgromadzonym przez kilka lat materiałem dowodowym.

Pozostało czekać, a w miedzy czasie normalnie żyć.

Ale czy można żyć normalnie w cieniu takich wydarzeń?


Wspomnienie z dawnych tzw. "4 ścian". poniedziałek, 28 luty 2011, 00:55
Usiadłam nieruchomo przy stole, ze zmartwiałym czołem pękniętym w stu miejscach, nagle postarzałam się o kilka lat. Poczułam się złamana, milcząca i zrozpaczona. Otarłam krew z policzków i nóg, dotargałam się z trudem do łazienki i padłam na podłogę bez sił. A ból siekał jak nożem w miejscach najbardziej intymnych.

Siedziałam na zimniej glazurze i myślałam, ale nic nie wymyśliłam, bo nic nie było do wymyślenia. Szukałam sensu, ale go nie znalazłam, bo sensu to wszystko nie miało.

Odtąd nic już nie było takie samo. Wszystkie plany, marzenia zostały pogrzebane w jednej chwili. Zaczęły się czasy ciszy, bólu, skrywanego lęku oraz wstydu.

Trwałam tak pogrążona w rozpaczy, a dziecko we mnie rosło. Rosło i czuło, rosło i doświadczało. Po troszeczku, pomalutku, codziennie, samiutkie, otoczone tylko wodami płodowymi. Byliśmy niby razem, a jednak osobno. Chroniłam je z całych sił, jednak siebie ochronić nie umiałam.

Pewnego dnia, moje najukochańsze maleństwo, przyszło na świat. Świat pełen dorosłych kłótni, krzyków i tłumionej złości. Dopiero, co urodzone, a już tak doświadczone.

Potem było jeszcze gorzej, ale już nie byłam taka sama. Na świecie był Ktoś, za kogo byłam odpowiedzialna. Krzyknęłam wówczas głośno i … wyrwałam się z letargu niemocy. Nie mogłam pozwolić na to, by moje dziecko było naznaczone patologią cierpienia.

Uciekłam. Zabrałam ze sobą najcenniejszy Skarb i próbowałam zapomnieć. A było o czym. Były takie „ciągi”, że łobuz krzywdził mnie na śniadanie, na obiad i na kolacje. Krzywdził na zimno i na gorąco, za karę i na wszelki wypadek. Mocno, lekko, na oślep, albo precyzyjnie.

Wtedy płakałam bezgłośnie, płakałam łkając, płakałam krzycząc i nie było końca tego płaczu, jak nie ma końca morzu. Bezkresna rozpacz wyrwała się z dna mojego ciała, z każdego zakamarka. Czułam się znowu bezradna i samotna, chociaż byliśmy we dwoje (ja i moje nienarodzone dziecko). Wówczas to łzy przywróciły mnie życiu, bo płakać mogą przecież żywi i czujący. A ja czułam, czułam za siebie i za dziecko. Czułam podwójnie.

Potem zaczęłam się podnosić, powoli, bardzo powoli. Najpierw niepewnie i z ogromnym wysiłkiem. Każdy kolejny krok był cięższy od poprzedniego. Bolały mnie rany na plecach, udach i w miejscach intymnych. Bolała i puchła mi głowa. Noga za nogą, zaczęłam iść, wówczas jeszcze nie wiedziałam, dokąd. Na razie wystarczało mi, że stawiałam pierwsze kroki w przeciwnym kierunku od łobuza.

W końcu znalazłam nowe miejsce na ziemi i zapomniałam o fizycznym bólu. Odetchnęłam na chwilę. Odpoczęłam. Zostały jedynie wspomnienia i … kolejne poczęte dzieciątko, które ponownie zagościło pod moim sercem. Byłam przerażona, zawstydzona i zaskoczona.

Znowu nie byłam sama na świecie. Znowu miałam, dla kogo żyć i o kogo się troszczyć. Tym samym nie mogłam pozwolić sobie na zapomnienie. Takie dosłowne, doustne. Nawet nie mogłam się znieczulić i zasnąć na dłużej przy pomocy tabletek. Musiałam być czysta – jak zawsze, choć myśli moje, czyste nie były. Nie chciałam żyć. Nie chciałam być. Chciałam spać i nigdy się nie obudzić.

Ale chcieć, a móc – to dwie różne kwestie. Nigdy nie odważyłam się usnąć na dłużej.

I trwam tak do dziś. Jestem ja i dwa moje Najcenniejsze Skarby. Żyjemy czerpiąc siłę z Nadziei w Sprawiedliwość. Jesteśmy cierpliwe i wytrwałe, uczymy się tego codziennie.

Chodzimy często z Nadzieją na spacery, dzięki której rozpiera nas radość życia i zachwyt. Jesteśmy nią napełnione i wierzymy, że będzie nam towarzyszyła zawsze. Dzięki Nadziei potrafimy być przepełnione szczęściem. Zdarza nam się tańczyć razem wśród traw i kwiatów, uśmiechając się do siebie i najbliższego otoczenia. Potrafimy liczyć kropki biedronkom.

Staram się wychowywać moje Skarby w zaufaniu do świata, by ich dzieciństwo było przepełnione spokojem i radością. Roztaczam nad nimi codziennie złotą aureolę słońca, aby czuły się bezpieczne i były szczęśliwe.

A ja, z biegiem czasu, z biegiem lat, staram się, aby dawne udręki wydały się tylko złym snem. Powoli zapominam je po kolei. Robię wszystko, by zniknęły jak łza z pocałowanego policzka dziecka. Powoli, wyrzucam je ze swojej pamięci, rozpisując się chociażby tutaj i traktując ten blog, jak kozetkę w gabinecie u psychologa.

Zaprzyjaźniłam się z Nadzieją, którą zabieram od kilku lat przed oblicze polskiego Wymiaru Sprawiedliwości. Mam nadzieję, że mnie nie opuści i dotrwamy razem do wyroku, wydanego w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, wobec ojca moich dzieci.

A teraz idę już spać w nadziei, że dzisiejszy dzień będzie wyjątkowy.

Kluczem do dzisiejszego dnia jest liczba: 12.784.


Po powrocie ze szpitala. Całe, lecz nie zdrowe. sobota, 26 luty 2011, 21:42
Mam za sobą, w końcu, przespaną noc we własnym łóżku.

Boże, cóż za przyjemność! – zwłaszcza, że ostatnie kilka nocy spałam na podłodze.
Pilnowałam swoje Skarby, by w nocy się nie odkrywały, by nie zmarzły, by po przebudzeniu nie wystraszyły się obcego im otoczenia. Do tego otaczające je "rurki", przez które sączyły się lekarstwa, niewygodne „motylki” założone na malutkie rączki, które im doskwierały i stanowiły dolegliwości.

Dzisiaj jesteśmy szczęśliwe, że śpimy w swoim domku, w swoich łóżkach, w swojej pościeli. Pomimo, że nadal jesteśmy chore, gdyż wróciłyśmy z tzw. „dobrodziejstwem inwentarza”, czyli z kolejna jednostką chorobową, którą zwalczamy antybiotykami, czujemy wielką ulgę i powoli zapominamy o trudnych chwilach po zabiegach operacyjnych.

Na szczęście, efekt jest zadowalający, a szwy powoli wypadają i rany się goją. Dbamy o siebie nawzajem i robimy wszystko, by wrócić do codziennego naszego rytmu.

Moje Skarby zaczynają już brykać jak Tygrysek ze Stumilowego Lasu, a ja powoli dochodzę do siebie i zapominam o twardej szpitalnej podłodze, leczę spuchnięte nogi i planuję najbliższą codzienność.

Szkoda tylko, że plany te, przerywają mi kolejne wokandy w sądzie i widok damskiego boksera w asyście swoich obrońców. Tak bardzo chciałabym, aby gdzieś zapadł się pod ziemię i nigdy już się nie pojawił w moim życiu.

Chciałabym bardzo móc o nim już nie myśleć.
Gdy będę zdmuchiwać świeczki z mojego urodzinowego tortu, to będzie moje drugie życzenie. Pierwsze, oczywiście dotyczy moich Kochanych Skarbów (ich zdrowia i bezpieczeństwa).
Mam nadzieję, że życzenia te spełnią się i dzięki nim, będę jeszcze kiedyś szczęśliwa.
Idziemy do szpitala - jutro. niedziela, 20 luty 2011, 22:25
Właśnie się spakowałam.
Jadę jutro z moimi Pociechami do szpitala.
Boję się, czy wszystko pójdzie dobrze, czy zabiegi, którym zostaną poddane zostaną wykonane bez żadnych nieprzewidzianych komplikacji.
...
Jestem zmęczona. Przez ostatnie kilka nocy powraca do mnie przeszłość. Na nowo przeżywam koszmary z moich dawnych 4 ścian. Wykańcza mnie to.
Jest mi trudno się skupić, nie potrafię o tym wszystkim zapomnieć.
Dzień jest na tyle krótki, że nie zdążę o tym zapomnieć, a już nadchodzi kolejny sen, będący kontynuacją wcześniejszego koszmaru.
...
A ja muszę mieć siłę, muszę być silna, bo teraz bardziej niż zawsze, moje Kochane Pociechy będą potrzebowały mojego wsparcia i opieki. Muszę mieć siłę, by pomóc im przejść te trudne chwile po operacji.
Sama też się boję, jak to wszystko będzie przebiegało i jaki będzie tego efekt.
...
Mam nadzieję, że dzisiaj się wyśpię, bo nie wiem co mnie czeka w szpitalu.
Wzięłam ze sobą karimatę, bo podobno mam spać na podłodze obok łóżka dzieci.
Nie bardzo sobie to wyobrażam, ale podobno to normale - więc nie będę narzekać, skoro to standard Polskiej Opieki Zdrowotnej.
...
Idę się przytulić do moich Szkrabów, bo jutro mogę już nie mieć takich wygód.

Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że wszystko się uda.
Jawa czy sen? sobota, 19 luty 2011, 19:51
Obudziłam się zlana potem. Byłam przerażona i gdy zorientowałam się, że to tylko sen, odetchnęłam z ulgą.
Był to jeden z koszmarów przeszłości, które mnie nawiedzają. Koszmar, który kiedyś był rzeczywistością, a dziś na szczęście tylko złym wspomnieniem.

Słyszę jego kroki na schodach, coraz cięższe i głośniejsze. Jest już blisko, zaraz otworzy drzwi swoim kluczem. Boję się. Moje dzieciątko, które mam pod sercem jest niespokojne: kopie, wierci się – nie śpi. Chyba nie zdążyło się jeszcze uspokoić po naszej awanturze i szarpaninie.
Słyszę klucz w drzwiach. Boję się i nie wiem, co robić. Przed wyjściem on mnie skrzywdził, wymusił pożycie, kilkakrotnie kopnął i uciekł, mocno trzaskając drzwiami. Był zły na mnie, bo nie chciałam być uległa i nie robiłam tego, na co on miał ochotę. Wykręcał mi ręce, bił po twarzy, brzuchu i krzyczał.
Ten krzyk, ten ton i słowa – słyszę je do dzisiaj, pomimo, że są to już tylko wspomnienia.
Jestem w nocnej koszuli, bo i godzina na to wskazywała. Pomimo mojej zaawansowanej ciąży i późnej pory (2-ga w nocy) ja jeszcze nie spałam. Czekałam, co wydarzy się po jego przyjściu. Czekałam i bałam się.
Strach podpowiedział mi: UCIEKAJ. I tak też zrobiłam – uciekłam. Miałam pod ręką koc, więc schowałam się do łazienki i zamknęłam od wewnątrz. Byłam bezpieczna.
On wszedł do domu. Pomimo późnej pory, pozapalał wszystkie światła i zaczął mnie szukać. „Wychodź ty suko”, „gdzie się się schowałaś … i tak cię znajdę” …
Długo nie musiał szukać. Złapał za drzwi od łazienki i wpadł w furię. „Otwórz te drzwi suko. Jeśli sama nie wyjdziesz, to pożałujesz. Dobrze ci radzę.”
Po 5 minutach przestał szarpać drzwi. Nie wyważył ich, bo bał się kosztów naprawy. Wciąż krzyczał i groził.

A ja, prosiłam go „uspokój się, jest noc, chcę spać … odejdź”. On nie odszedł.
Wyjęłam, więc z pralki, wcześniej schowaną tam pościel i poduszkę. Na dnie wanny poukładałam ubrania, które akurat były brudne w łazience i położyłam na nie koc. Okryłam się na głowę kołdrą, skuliłam na tyle, na ile było to możliwe i zasnęłam – nawet nie wiem kiedy.
Łazienka, była jedynym bezpiecznym schronieniem w domu. Tu czułam się bezpiecznie. Choć niewielka i chłodna, to wtedy była dla mnie jedynym rozwiązaniem i pomysłem na izolację od łobuza.

Obudził mnie hałas. Coś spadło.
Otworzyłam oczy i … zobaczyłam, że to teraźniejszość. Ten huk, to spadająca książka, którą przyniosło mi dziecko, do poczytania.
Boże - pomyślałam – jak dobrze, że jestem bezpieczna. Ja i moje dziecko, które we śnie spało ze mną w wannie, a wcześniej niczego nieświadome, było świadkiem przemocy, świadkiem i podmiotem - bo ból, który mi zadawano, moje dzieciątko również odczuwało.
Dobrze, że to już za nami. I mam nadzieję, że te koszmary i upiory przeszłości pomylą w końcu adres i nie przyjdą do mnie więcej. Bardzo bym chciała, już o tym nie pamiętać.

Zbliża się wieczór i przede mną kolejna noc. Przez te sny, boję się zmrużyć oczy i zacząć spać.
Zygfryd - bohater wszechczasów wtorek, 15 luty 2011, 09:24
Otworzyłam dziś kalendarz, a w nim imieniny Zygfryda.
Pomyślałam, że imię to jest mi bliskie. Dlaczego? - spytałam siebie.
I szybko wewnętrzny głos dał mi odpowiedź.

Kiedyś natrafiłam na tekst nieznanego autora „Pieśni o Nibelungach”. To bardzo ciekawy średniowieczny germański epos bohaterski, który, w wielu swych wątkach jest nadal aktualny.

Po jego lekturze, pomyślałam sobie, że moje doświadczenia życiowe (jakże odmienne od bohaterów eposu), ogromnie mnie wzmocniły oraz dały mi potężną wewnętrzną siłę, gdyż po latach stałam się odporna na kolejne złe doświadczenia (przynajmniej nadal w to głęboko wierzę).

Często czuję się jakby „ktoś” nałożył na mnie grubą, twardą skorupę, dzięki której zewnętrzny świat nie ma do mnie dostępu i nikt nie jest w stanie mnie zranić. Choć niestety mam słaby punkt, taką „piętę Achillesową”, poprzez którą można do mnie dotrzeć - jednak jest on mocno przeze mnie chroniony.

W związku z tym, mówię o sobie czasami, że jestem - jak ówczesny Zygfryd - silna i niepokonana.

Według germańskiego eposu, kąpiel w krwi smoka, którego pokonał Zygfryd, uczyniła go niepokonanym i odpornym na ciosy (zyskał tzw. "rogową skórę").
Pierwotnie była to krew dwóch skłóconych o podział skarbu braci, a spożycie serca jednego z nich dało mu zdolność rozumienia mowy ptaków i odczytywania ludzkich myśli. Obok tegoż miejsca rosła jednak lipa i w chwili kąpieli niewielki liść lipowy spadł między łopatki Zygfryda, co było jego słabym punktem.

Kiedyś często wracałam do tej lektury, ot tak – po prostu.
Dzisiaj, już jako doświadczony życiem człowiek, doszukuję się w niej wielu podobieństw na płaszczyźnie emocji, namiętności i niezwyciężonej siły, która pcha bohatera do głównego celu.

Jednak, jak to w życiu bywa, nawet i bohater eposu nie jest wieczny. Kiedyś umiera, bądź ginie w okolicznościach podstępu i zdrady najbliższego otoczenia.
Tak było również w przypadku naszego najznakomitszego bohatera.
Zygfryd, pogromca smoka i zdobywca skarbu Nibelungów, udaje się do nadreńskiego Worms, na królewski dwór Burgundów. Tam poślubia księżniczkę Brunhildę. Jednak rodzinne waśnie doprowadzają do zamordowania Zygfryda. Wdowa ograbiona ze skarbu (utopionego w Renie) wychodzi za mąż za króla Hunów, Attylę, i myśli o zemście...

Mam tylko taką nadzieję, że ja w wyniku rodzinnych waśni, czy zemsty nie zginę z rąk mojego oprawcy – ojca moich dzieci. Modlę się o to codziennie, bowiem strach przed kolejną krzywdą towarzyszy mi każdego dnia, a jego groźby zemsty i pozbawienia mnie życia wirują nad moją głową nieustannie – jak zjawisko rezonansu.

Aby nie zakończyć tej dzisiejszej refleksji pesymistycznie, zachęcam do przeczytania poniższej legendy o dzisiejszym solenizancie Zygfrydzie.

Poniższy tekst zaczerpnięty z „Mitów i legend Europy”.

Legendy i Baśnie: Zygfryd- pogromca smoków

W mitologi germańskiej także można spotkać smoki. Jednym z nich jest Fafnir. Oto podanie, które przetrwało do naszych czasów:

Sławny Zygfryd oparł ostrze swego miecza na brodzie Kuperana, następnie powiódł je w dół, aż do gardła. Kuperan król Olbrzymów zacharczał, łapiąc z trudem oddech. Złowieszczy wyraz twarzy Zygfryda nie wróżył nic dobrego.
- Otwieraj zaczarowaną jaskinie albo czeka cię śmierć - stanowczo rzekł Zygfryd - Do ciebie należy wybór.

Kuperan w istocie nie miał żadne do wyboru. Nie chciał umierać, tym bardziej w obecności Eugleina, króla Karłów. Ten cały czas bacznie mu się przyglądał z nieskrywanym rozbawieniem. Karły i Olbrzymy darzyły się wzajemnie nieodpartą nienawiścią.
- Pozwól mi wstać. Wezmę klucz do jaskini - Kuperan był całkowicie na łasce wojownika. Zygfryd cofnął ostrze, upokorzony gigant podniósł się powoli.
- Co za hańba! - mamrotał do siebie - jeśli nie uda mi się zemścić, na zawsze stanę się pośmiewiskiem dla tych kurdupli. Klucz, który posiadał był jedynym otwierającym zaczarowaną jaskinie. W grocie smok Fafnir strzegł najwspanialszego na ziemi skarbu.

A był Fafnir olbrzymim potworem, ale dawno temu był zwykłym kowalem. Po tym jak zabił swego ojca Reidmara i zagarnął jego skarby, zmienił się w smoka. Kryształy, złoto, srebro i inne klejnoty wytwarzane były przez pracowite karły. Jeżeli teraz Kuperan wpuściłby Zygfryda i Eugleina do jaskini, Karły odzyskały by swoje kosztowności. Niestety, jasnowłosy wojownik okazał się znacznie silniejszy niż olbrzym przypuszczał. Pokonany w walce, zmuszony został do uległości. Niewielką pociechą było, że Zygfryd, syn króla Zygmunta, znany był jako znakomity wojownik i wielki pogromca smoków. Władca Olbrzymów nie dopuszczał do siebie myśli, że mógłby być pokonany przez kogokolwiek. Sięgając z niechęcią do skrytki po klucz, gorączkowo myślał nad sposobem zemsty.

- Ten wojownik jest wielkim bohaterem, lecz jak każdy człowiek musi mieć jakiś słaby punkt - rozmyślał. I przypomniał sobie, że kiedy Zygfryd zabił swego pierwszego smoka, zjadł jego mięso. W rezultacie smocza łuska porosła jego ciało, pokrywając je żelaznym pancerzem. Pozostało jednak jedno miejsce między łopatkami, które tak, jak u smoków w miejscu skrzydeł nie pokryte było łuską.
- Tam właśnie powinienem go ugodzić - postanowił gigant wiodąc Zygfryda i Eugleina do zaczarowanej jaskini. Wojownik postępował za olbrzymem bacznie go obserwując, podczas gdy Euglein cały czas opowiadał o skarbach ukrytych w jaskini.
- My Karły rzuciliśmy klątwę. Ktokolwiek zabierze nasze złoto musi umrzeć. Lecz i my będziemy mieć poważny problem do rozwiązania.
- A mianowicie? - zapytał Zygfryd.
- Fanfir, który strzeże skarbu, może zostać zabity jedynie przy pomocy magicznego miecza, którym zabił swego ojca Reidmara. Miecz ten ukryty jest gdzieś w jaskini, niestety nie wiem gdzie.

W tej chwili Kuperan odwrócił się, lecz Zygfryd natychmiast przystawił mu ostrze do piersi na wypadek, gdyby tamten próbował zaatakować. Wielkolud uśmiechnął się i uniósł ręce do góry na znak, że nie ma złych zamiarów.
- Wiem gdzie znajduje się te zaczarowana broń - powiedział olbrzym - Ponieważ darowałeś mi życie pokażę ci to miejsce.
Kuperan wyjął klucz i otworzył drzwi, za którymi ukazał się długi, kręty korytarz, skąpany w dziwnym, jaskrawym świetle, które stawało się coraz jaśniejsze, w miarę jak posuwali się w kierunku jego źródła. Weszli do ogromnej sali i Zygfryd dostrzegł, że owo światło pochodziło ze ścian pokrytych złotem i klejnotami.

- Nic dziwnego, iż grota ta uważana jest za najwspanialszy skarb na ziemi - rzekł rozglądając się dookoła z podziwem.
W pobliżu rozległ się nagle głuchy łoskot. jaskinia zadrżała. Po chwili do łoskotu dołączył świszczący niesamowity odgłos. Przerażony Euglein skrył się za pobliską skałą.
- To ziejący ogniem smok Fanair - zawołał Kuperan. Pobiegł w róg sali i odciągnął grubą zasłonę, za którą znajdował się czarodziejski miecz, wbity w potężny głaz.
- Oto oręż, którym możesz zabić Fafnira, o ile uda ci się go wydobyć - olbrzym uśmiechnął się z niechęcią.
Nie zwlekając Zygfryd rzucił się w kierunku miecza i chwycił jego rękojeść. Próbował dźwignąć i wyrwać go, lecz ostrze ani drgnęło. Rozległ się nagle przeszywający krzyk Eugleina.
- Zygfrydzie uważaj! - wojownik odwrócił głowę i zobaczył małego króla Karłów, który rzucił się na zbrojną w ogromny sztylet rękę Kuperana i wytrącił mu go z dłoni. Zygfryd cudem uniknął śmiertelnego ciosu. Wielkolud wrzasnął zaskoczony i chciał ponowić atak. Schylił sie szybko po sztylet, lecz Zygfryd był szybszy.

Natężył wszystkie siły, wyrwał wreszcie miecz i jednym ciosem wbił go w ciało Kuperana, który martwy zwalił się na ziemię.
- Miecz, którym można zabić smoka, można pokonać także zdrajcę - krzyknął gniewnie. Ryk zbliżał się i narastał.
- Jest tutaj! Fafnir nadchodzi! - Euglein pierwszy dostrzegł potwora. Król karłów pierwszy dostrzegł smoka i zniknął Zygfrydowi z pola widzenia. W chwilę po tym jaskinię napełnił gorący podmuch i ukazał się w swej przerażającej postaci Fafnir. Był w istocie ogromnym stworzeniem o ciele pokrytym łuską. Każdemu jego rykowi towarzyszyły płomienie wydobywające się z jego ogromnej paszczy. Żar był tak straszliwy, że tarcza Zygfryda rozpaliła się do czerwoności. Fafnir zmierzał prosto w jego stronę. W ślepiach ogromnego gada wrzała dzika wściekłość.

Zygfryd zaczął się rozglądać za miejscem, w którym mógłby się skryć. Dostrzegł wąski korytarz wśród skał, zbyt ciasny aby Fafnir mógł się tam dostać. Z tego skalnego przesmyku, jak z bezpiecznej kryjówki raził Zygfryd Fafnira głazami. Jeden z rzutów był wyjątkowo celny. Głaz utknął w otwartej paszczy smoka i zdusił wydobywające się zeń płomienie. Ujrzawszy to, bohater ruszył do ataku zadając potworowi potężne ciosy magicznym mieczem. Ku swemu przerażeniu dostrzegł, że nawet ta cudowna broń nie jest w stanie naruszyć twardego pancerza z łusek.

Nagle z drugiej strony groty dał się słyszeć głos:
- Fafnir, Fafnir spójrz tutaj! - to Euglein wołał bestię.
Smok obejrzał się. Zygfryd doskonale potrafił wykorzystać ten moment.
Dostrzegł miejsce na smoczej skórze niepokryte łuskami, rzucił się do przodu i wbił swój miecz w odsłonięte miejsce. Cios był celny. Zygfryd wyrwał szybko broń z cielska smoka, a z rany buchnął ogromny podmuch ognia. Oszalały z bólu Fafnir tłukł swoim potężnym ogonem po całej sali. Nieustraszony bohater uderzył po raz wtóry. Tym razem miecz trafił prosto w serce. Smok wydał przeraźliwy skowyt i runął z potężnym hukiem na ziemię. Ostatni płomień zabłysnął z jego rany, a oczy przygasły. Po chwili Fafnir nie żył.
Król Euglein wyszedł tańcząc i śmiejąc się ze swego ukrycia. Podskoczył i uścisnął Zygfryda.
- Nareszcie! Nareszcie! Skarb, który jest własnością Karłów należy znów do nich - zawołał.
Szczęśliwy podarował Zygfrydowi w nagrodę jeden z najcenniejszych klejnotów jakie były w jaskini. Wojownik umieścił go na swej tarczy tak, by wszyscy rozpoznawali w nim tego, który odniósł znakomite zwycięstwo pokonując potężnego Króla Olbrzymów i niszcząc potęgę najgroźniejszego smoka.


WALENTYNKI, czyli Dzień Zakochanych poniedziałek, 14 luty 2011, 07:39
 WALENTYNKI

Święto to wywodzi się z kultury anglosaskiej, ma ponad pięciowiekową tradycję, a święty Walenty patronuje mu od około XV wieku.
Dlaczego w tym dniu, patrona chorych na epilepsję i choroby umysłowe obrano także patronem zakochanych?

Może dlatego, że stan uczuciowy zakochanych niezależnie od ilorazu inteligencji, płci i wieku chwilami przypomina umysłową chorobę?
Być może ma też symboliczny związek z okresem godowym ptaków łączących się w pary, który na Wyspach Brytyjskich przypada na ten właśnie czas? Para gołębi przecież także stała się symbolem zakochanych.

Etymologii doszukiwać się należy w pasterskim rzymskim święcie Lupercalia, obchodzonym w dniach 14 i 15 lutego, kiedy to kapłani Fauna, Luperkowie (Luperci), w grocie, w której wilczyca wychowała legendarnych założycieli Rzymu, Remusa i Romulusa, składali Faunowi ofiarę, poświęcając kozę na znak płodności i psa na znak oczyszczenia.
Atrybuty kozy, a raczej jej męskiego przedstawiciela, znanego z demonstrowania swej siły seksualnej przypisano bogowi płodności i patronowi pasterzy - Faunowi.
Rzemyki z pociętej koziej skóry zanurzano w jej krwi, ich dotyk miał zapewniać płodność i urodzaj.
Wokół Palatynu odbywał się wyścig dwóch męskich drużyn, w którym młodzi zawodnicy odziani w skóry poświęconych kóz, biegnąc chłostali widzów ich skrawkami.
Dotknięcie takim skrawkiem kobiety miało sprawić, że wkrótce stanie się matką, co jest ukoronowaniem ludzkiego związku.
Kobiety swoje wypisane imiona wrzucały do urny. Mężczyźni losowali je i odszukiwali kobiety ku chwale Fauna i w wiadomym celu.
(Jak z tego wynika, juz w starożytności znane były "randki w ciemno", a w początkowym okresie nierzadkie w czasie tych świąt były też dzikie pogonie za kobietami).
Rozwiązłości obyczajów kres położył cesarz rzymski Oktawian August, nakazując przedmałżeńską wstrzemięźliwość, ogłaszając trwałość związku małżeńskiego i zabraniając prostytucji, a za złamanie nakazu wstrzemięźliwości dla przykładu karząc swoją rodzoną córkę i wnuczkę zesłaniem na bezludną wyspę.
Lupercalia pod taką presją zmieniły charakter, ich patronką stała się Junona (February Juno), opiekunka kobiet, seksualnego pożycia i macierzyństwa, której czczenie przypadało na 15 lutego.
W tym dniu natchnieni miłością młodzieńcy okazywali uczucia swoim wybrankom wypisując ich imiona a następnie podrzucając pod domostwa i w tym można upatrywać początków zwyczaju obdarowywania osób ukochanych dedykowanymi prezencikami.

Chrześcijaństwo z rozmysłem zezwalało na kultywowanie zakorzenionych obyczajów, starając się zaadaptować wiele świąt do swoich potrzeb, by integracja z pogańską społecznością odbywała się płynniej.
Święto pasterzy zachowano, przypisując mu nowego ale równie ważnego i silnego patrona. Został nim święty Walenty (valentulus - ten silny).
Patronat przypisuje się dwóm świętym:
Kapłanowi Walentemu który za panowania cesarza Klaudiusza II Gota został skazany za udzielanie narzeczonym ślubu chrześcijańskiego wbrew edyktowi cesarskiemu i stracony w dniu 14 lutego.
Legenda głosi, że zaprzyjaźniwszy się z córką więziennego strażnika pokochał ją i pozostawił jej na pożegnanie liść o kształcie serca podpisany "Od twojego Walentego".

Drugim Walentym był biskup miasta Terni w Umbrii, za panowania cesarza Aureliana znany z krzewienia chrześcijańskiej wiary wśród Rzymian, który jako pierwszy pobłogosławił związek małżeński między poganinem i chrześcijanką, a stracony został podczas prześladowań chrześcijan.
Nad jego grobem w Termii powstała Bazylika Flamińska stając się miejscem licznych pielgrzymek. Znajduje się w niej srebrny relikwiarz kryjący szczątki świętego i opatrzony napisem "Święty Walenty, patron miłości".
(Istnieją tez hipotezy, że papież Juliusz I w IV w. wzniósł grobowiec innemu Walentemu, fundatorowi bazyliki przy rzymskiej via Flaminia, a tylko legenda przypisała jego pochodzenie biskupowi z Terni)
Według legend obie postaci wśród innych przymiotów posiadały też moc uzdrawiania chorych, być może i to ma związek z imieniem Walenty (Vale - bądź zdrów, valetinis - choroba, valetudinarium - szpital) niewykluczone jednak, że chodzi o tę samą postać.

W dniu świętego Walentego wyrażanie uczuć ma charakter świąteczny, a zwyczaj choć przypisywany głównie zakochanym, obejmuje okazywanie ich także osobom tej samej płci a kochanym.
Drobne symboliczne prezenciki zwane Walentynkami ofiarowuje się zwykle anonimowo, na pamiątke legendy podpisując jedynie "Twój Walenty" czy "Twoja Walentynka".

W czasach rycerstwa i wiekach średnich wykształcały się piękne tradycje i symbole Dnia zakochanych, łączone elementami różnych kultur, barwne i oryginalne.
Czasy się zmieniły, ale część tradycji przetrwała. Kypidynek przeszywający serca strzałą miłości nadal króluje wśród atrybutów w kolorach złota i czerwieni, choć przytłoczony nieco lukrowanym różem i ilością kiczowatych gadżetów masowej produkcji, a finezyjne walentynki - madrygały miłosne zdobione przepięknymi malowidłami, (a nawet klejnocikami) składane w przemyślny sposób zastąpiły dziś tandetne kartki i SMS-y o prymitywnych, czasem wręcz obscenicznych treściach.

Walentynki w Polsce nie mają jeszcze swojej tradycji, powszechniej znane od lat 90-tych, napotkały silny opór części społeczeństwa niechętnie patrzącego na wdrażanie w polską kulturę obcych zwyczajów. Tym bardziej niechęć wzbudza skomercjalizowana forma, w której się je podaje w krajach anglosaskich i z czego wzorce zaczyna czerpać rodzimy przemysł.
Niemniej sama idea Święta Zakochanych (a może kochających?) jest sympatyczna.
Może tylko kolejnego zezowatego pluszaka z uczepionym plastikowym serduszkiem warto zamienić na urodziwy owoc czy jedną pąsową różę, a kiczowatą kartkę czy SMS'a zastąpić prawdziwą poezją?
I chociaż wartości uniwersalne jakimi są miłość i przyjaźń pielęgnować należy stale, bez szukania pretekstu dla słowa "kocham", dlaczego nie zaakceptować dnia okazywania uczuć?
Wszak łakną ich wszyscy, niezależnie kto i w jakim dniu im patronuje.

Pozdrawiam wszystkich, którzy kochać potrafią.
SERCE - tak naprawdę. niedziela, 13 luty 2011, 19:04
„Serce nigdy nie ma zmarszczek. Ono ma blizny.”


 
Popularnie mówi się, że jest to pompa ssąco-tłocząca, zbudowana z mięśnia.

Jednak tak naprawdę serce jest niezwykłym narządem.
Wielkości pięści, waży zaledwie około 300 gramów.
Bije czterdzieści milionów razy w roku i tłoczy 3,5 mln litrów krwi przez prawie 160 tys. kilometrów układu naczyniowego. Do tego celu wytwarza samoistnie prąd o natężeniu ok. 20 watów.

Może bardzo szybko zmieniać częstotliwość uderzeń od 60 do 200 na minutę, a pojemność minutową od dwóch do 12 litrów.
Zamiar, aby tę pompę zastąpić wszczepioną do ciała maszyną, jest jednym z najtrudniejszych celów, jakie sobie kiedykolwiek postawiła technika.

Serce ma kształt stożka o podstawie zwróconej do góry w prawo i ku tyłowi, o koniuszku należącym do komory lewej, skierowanym do przodu w lewo i ku dołowi, uderzającym w czasie skurczu o przednią ścianę klatki piersiowej.


Serce tak naprawdę nie kwantyfikuje uczuć i emocji.
Niezależnie od tego czy są one pozytywne, czy negatywne - zawsze mocno działają one na serce zmuszając je do przyspieszonej pracy.
Jednak wyznanie miłości, choć powoduje fizycznie podobne reakcje serca (jak obrażanie czy nienawiść) wywołuje bodziec pozytywny.
Natomiast bodziec negatywny działa na mięsień sercowy uszkadzająco.
 
 
Zakochani są wśród nas. niedziela, 13 luty 2011, 16:39
Nie tylko 14 lutego ! 

Zakochani, zatrzymani w miłosnym uniesieniu.
Uniesieni, lecimy wraz z pragnieniami do krainy miłości.
W krainie tej nie stąpamy po ziemi, lecz żyjemy z głowami w chmurach.
Jest nam cudownie, lukrowo i jesteśmy zachwyceni. Latamy.

                             
Ale … jesteśmy ludźmi i tęsknimy do innych ludzi, niż obiekt naszych marzeń i westchnień.
Powoli, spadamy. Wracamy.
Na własne życzenie: życzenie stąpania twardo nogami po ziemi.
Chcemy czuć i głęboko oddychać. Chcemy żyć.

                      
Znowu jesteśmy u siebie.
Żyjemy codziennością, i staramy się pielęgnować nasz Ogród Marzeń.
Uśmiechnięci i pewni sukcesów, każdego dnia zbieramy owoce z naszego Ogrodu.
Staramy się siać, byśmy mogli wkrótce zbierać.

Codziennie.

                      

Wirtualna prawda. piątek, 11 luty 2011, 08:15
Zespół, który nie istniał, choć słyszeli o nim wszyscy.

Niemiecki zespół „Milli Vanilli” zadebiutował w późnych latach 80-tych, a w roku 1989 doczekał się nawet nagrody Grammy dla najlepszego nowego artysty na scenie muzycznej. To wówczas single "Blame It On The Rain" i "Girl You Know It's True" wywindowały niemieckie gwiazdy na szczyty list przebojów.

Duet złożony z Roberta Pilatusa i Fabrice'a Morvana okazał się parą modeli wynajętych tylko do teledysków, a rzeczywistymi autorami muzyki była inna para muzyków, która występowała w mało znanym niemieckim zespole Numarx. Byli zdecydowanie bardziej utalentowani muzycznie niż duo Morvan i Pilatus, ale... gorzej wyglądali.

Oświadczenie wydane przez Franka Fariana, w którym ten producent muzyczny i twórca sukcesu „Milli Vanilli” przyznawał się do mistyfikacji, okazało się wielkim skandalem. Zespołowi (jako jedynemu do tej pory w historii) odebrano nagrodę Grammy.


Pierwsza poranna myśl piątek, 11 luty 2011, 07:31
Wczoraj zrzuciłam z siebie ogromny ciężar. Myślałam, że będzie mi lżej.
Jednak wcale nie czuję się lżejsza.
Mam za sobą kolejną nie przespaną noc, choć miałam dziś spać jak dziecko. Tak nie było. Jestem bardzo zmęczona.

Moje szkraby, śpią słodko. Okryłam je kołderką, gdy wychodziłam do pracy, dałam buziaczka i zatęskniłam za swoim dzieciństwem.
Dokładnie pamiętam te chwile, kiedy moja mama przykrywała mnie pierzynką i życzyła miłego, radosnego dnia. Przychodziła do mnie babcia, bym nie bała się spać sama.
Dzisiaj tak samo mają moje Aniołki.
Jestem szczęśliwa, że mam kogo przykrywać kołderką i mam za kim tęsknić w pracy.
Bardzo je kocham.

...
Poranek w pigułce. wtorek, 08 luty 2011, 06:43
Jest jeszcze noc. Mam za sobą już drogę do pracy i wypitą pierwszą kawę.
Chętnie bym przytuliła się do poduszeczki, ale nie mam takiej w pobliżu.
Wokół mnie brązowe biurka, czarne, wysłużone już krzesła i włączone radio.
Radio, bez którego bałabym się tu siedzieć sama o tej porze.
Jest ciemno, cicho, a za oknem hula wiatr.

Jestem już spokojniejsza o moje szczęście, do którego zapukała choroba.
Powoli gorączka opadła i jest coraz lepiej. Otworzyłyśmy jej drzwi i wygoniłyśmy ją.
A wszystko wraca do normy.
Moje maleństwo zaczyna mieć apetyt, w oczach pojawia się radość i nadzieja na powrót do przedszkola.

Moje drugie szczęście - na szczęście jest zdrowe, choć w nocy miałam wątpliwości, gdyż wciąż kaszelek nie dawał jej słodko spać.
Fikała w łóżeczku jak tygrysek ze Stumilowego Lasu.

Mam nadzieję, że jak wrócę z pracy przywitają mnie, jak zawsze: gorącym uściskiem, wesołym uśmiechem i dziecięcą beztroską.
Ich wesołe i szczęśliwe minki, są dla mnie największym podziękowaniem za trudy codzienności.
Dodają mi skrzydeł i koją dorosłe troski.

Tak właśnie wygląda moja „pigułka na szczęście”, czyli kiedy jestem daleko - wspominam i tęsknię do moich Aniołków, a wtedy czuję się naprawdę szczęśliwa i mogę spokojnie zająć się pracą.

A właśnie – jestem w pracy …. więc zabieram się do roboty.

A moim Aniołkom życzę
KOLOROWYCH SNÓW.

Refleksja po dniu wczorajszym poniedziałek, 07 luty 2011, 06:47
KAŻDY DZIEŃ I KAŻDA CHWILA ...

POZOSTAJE W SERCU I WCALE NIE PRZEMIJA.


Szczęście które trwa ... niedziela, 06 luty 2011, 19:37

Jest już wieczór i kładziemy się spać.
Utuleni, stęsknieni, upragnieni.

Wszystkie jesteśmy szczęśliwe i radosne.
Razem z książką wsuwamy się pod kołdrę
I przenosimy się do świata marzeń i fantazji.

Może znajdziemy w nim tę czterolistną koniczynkę - znak szczęścia i pomyślności.

...

Dobrej Nocy życzę
I na pomyślność liczę.

...


Najważniejszy Dzień w Roku. niedziela, 06 luty 2011, 16:58
Dziś jest szczególny dla mnie dzień.
Dzień wspomnień magicznych wydarzeń sprzed lat.
Dniu temu towarzyszą następujące cyfry: 12.762 + 2.191 + 1.826.
To pewien klucz, który włożony do odpowiedniego zamka
Przenosi nas w świat nadziei i wiary w lepszą przyszłość.

Jestem szczęśliwa, choć wokół mnie szara codzienność i chore dziecko.
Jednak magia dzisiejszego dnia, otula nas i chroni przed zaskoczeniem
I nieproszonymi gośćmi.



Moje szkraby są dzisiaj wyjątkowe i wspaniałe.
Są niepowtarzalne, słodkie i kochane.
Jeden szkrab ma kilka lat, drugi szkrab ma latek kilka.
Śmieją się, skaczą, przytulają
I na każdym kroku pokazują jak bardzo mnie kochają.
Z wzajemnością.

Pomimo choroby, która znowu do mojej kruszynki przyszła,
Jesteśmy razem szczęśliwe i robimy wszystko, aby od nas wyszła.

Jak dziecię moje wstanie z poobiedniej drzemki - mam nadzieję, że zdrowsze!
Postaram się zrobić kilka fotek, aby pamiętały te ważne chwile,
By nie umknęły im z pamięci, jak wiosenne motyle.

Szczęścia życzę wszystkim Wam i Nam,
Byśmy mogli być wolni od lęków i ludzi nieprzyjaznych nam.
Aby codzienność nasza barwy zmieniała,
A Dobra Wróżka właściwy kierunek nam wskazywała.

Są dni, które pamiętać należy, te, które w sercu będą zapisane.
Wraz z nimi słowa - życzenia, cieple, piękne, kochane...
Po prostu życzenia szczęścia w każdej życia dziedzinie,
Niech będą jak kwiaty wiecznie kwitnące,
Niech nigdy, przenigdy nie miną.

Lecz do życzeń i radę maleńką dołączyć wypada:
Szczęścia należy pragnąć, bo częściej do pragnących wpada!


Przeszłość...Teraźniejszość...Przyszłość środa, 02 luty 2011, 22:08
Czasami zastanawiam się w jakim "wymiarze czasu i przestrzeni" żyję.

Obiektywnie rzecz przyjmując, żyjemy "teraz", czyli w teraźniejszości.
Jednak wciąż, żyjemy wspomnieniami i doświadczeniami z przeszłości, wyciągając z nich wnioski na przyszłość (jeśli potrafimy i chcemy).

Więc gdzie ja jestem?
Jestem "teraz - dziś", a może "teraz - wczoraj" lub jednak "teraz - myślami biegnę w stonę jutra"?

W jakiej przestrzeni się znajduję?
Co oznacza w przestrzeni "teraz"? Czy to jest coś stałego - constans?
I ile trwa to "teraz"?

...

"Teraz", w tej jednej chwili - myślę o przeszłości, swoim dzieciństwie, swoim nieudanym małżeństwie, o pracy, o dzisiejszych wydarzeniach, o dzieciach i ich potrzebach oraz troskach, o ich radościach i sukcesach, o jutrzejszych obowiązkach i powinnościach, o jutrzejszym zebraniu w szkole, o zakupach świeczek na urodzinowy tort, o zajęciach pozalekcyjnych i o tym, jak ja to wszystko pogodzę i czy zdążę. Czy dam radę?

"Teraz" ... czy teraz jak to piszę, to jest jeszcze "teraz", czy może już "potem".
A kiedy będzie: później - jeszcze dalej - jutro - w przyszłości.

Gdzie jest ta granica pomiędzy "teraz", a "potem"?

Czy czas w ogóle ma jakieś ograniczenia?

...

Skończyłam właśnie myśleć o jutrzejszych obowiązkach i planach codziennego grafiku samotnej matki.
Idę za chwilkę do łazienki, by zostawić w wannie trudy i zmęczenie dzisiejszego dnia.
Włączę sobie łagodną muzykę, wleję do wody kojący olejek i postaram się odprężyć, choć przez chwilę zrelaksować.
To wszystko zrobię "za chwilę".

A to "za chwilę" to znaczy "potem"?
"Potem", czyli w najbliższej przyszłości.

W przyszłości, ale nie ... jutro, lecz ... za chwilę, tzn. ... zaraz, ... prawie teraz, ... już.

...

Dobranoc. "Niedługo" idę spać.

"Niedługo" - to znaczy kiedy???

...

Wizyta duszpasterska - kolęda. niedziela, 30 styczeń 2011, 17:12
Za mną długo oczekiwana wizyta Pasterza Dusz, czyli tzw. wizyta duszpasterska.

Miałam nadzieję, na krótką rozmowę z Księdzem, jednak i On okazał się typowym przedstawicielem XXI wieku - szybko, byle jak i do przodu.

Nie spodobało mi się to, ale nie dałam po sobie znać, gdyż zostałam wychowana w pokorze wobec Kościoła, a tym bardziej, że podczas wizyty obecni byli moi rodzice.

Podjęłam temat rozmowy dotyczący zmian, które zaproponował Papież tj. rygorów zawierania małżeństwa i chciałam skonfrontować swoje spostrzeżenia ze stanowiskiem lokalnego przedstawiciela Kościoła. Rozczarowałam się, gdyż Pasterz Dusz, wręcz poderwał się z fotela i oznajmił, że przed nim jeszcze kilka domów, które musi odwiedzić, więc nie będzie podejmował żadnej dyskusji.

Zostawił jeden obrazek dla dzieci, wziął przygotowaną ofiarę dla lokalnej Parafii, zapisał w zeszycie  i w pośpiechu pobłogosławił dom i ... wyszedł.

Dziadek w korytarzu poprosił jeszcze o drugi obrazek dla drugiego dziecka. Zdziwiony tym Ksiądz, zgodnie z oczekiwaniami dziadka, dał mu obrazek i już go nie było.

...

Wizyta ta przekreśliła sens głoszonej Kolędy w domach Parafian.
Zabrakło tej wyjatkowej atmosfery refleksji nad Słowem Bożym oraz dialogu, który w sposób bezpardonowy został przerwany, a właściwie w ogóle nie podjęty.

Szkoda, ale mimo wszystko, wiem że za rok ponownie przyjmę DuszPasterza i w pokorze przygotuję wszelkie ceremoniały, które towarzyszą tej wizycie.

Także i moje dzieci, które powtarzały "Ojcze Nasz" by pomodlić sie wspólnie z Księdzem - lecz nie zdążyły, będą ubrane w odświętne sukieneczki i będą się uśmiechały z zeszytem od religi w ręku.

Tak zostałam wychowana.
...

Ja chciałam jednak z tej wizyty coś "mieć" dla siebie. Może to egoizm, jednak ośmieliłam się "chcieć".
Zabrakło mi w tym wszystkim przesłania, które mogłoby mnie prowadzić przez życie przez następne dwanaście miesięcy.

Przesłania, które będzie dawało siłę w momentach zwątpienia oraz które będzie koiło ból w momentach rozdarcia wewnętrznego.

Przesłania i Słowa Bożego, które byłoby ostoją i balsamem dla duszy.

Nie otrzymałam tego.

Pewnie znajdę to wszystko w lekturze Pisma Świętego.
W wolnych chwilach będę więc poszukiwać.


Barwy życia - bezbarwne wtorek, 25 styczeń 2011, 21:44
Doznałam dziś barw rozpaczy.

Były koloru bezbarwnego i smakowały - były słone.

...

Dzisiaj miałam zderzenie z bezduszną ścianą Temidy.
Ja swoje i Ona swoje.
Zupełnie jak - szyny tramwajowe,
Czyli dwie równoległe, które leżą obok siebie i nigdy nie znajdą wspólnego toru jazdy,
Choć obie stanowią wspólną drogę dla tramwaju i prowadzą w tym samym kierunku.

A my, czyli ja i Ona, zmierzałyśmy co prawda do przodu,
Ale daleko nam jeszcze do skrzyżowania.
Skrzyżowania - wspólnie wypracowanego kompromisu i celu.
Znamy się, ale jesteśmy wciąż sobie obce i dalekie, choć pozornie tak bliskie.

...

Bardzo bolało, choć nikt mnie nie dotknął.
Dzisiaj przypomniałam sobie co to znaczy łkać.
Łkać z bezsilności, strachu i bezradności.

Stałam w centrum dużego miasta, a byłam samotna.
Wokół pełno ludzi, samochodów, i obcych twarzy,
A po środku ja - samotna walcząca kobieta.

Boję się. Nie mam już siły.
I pomyśleć, że wczoraj miałam w sobie tyle Wiary i Ufności.
A dzisiaj, nie potrafiłam nawet okazać złości.
Ręce mi opadły - dosłownie.

Chcę zapomnieć i uciec od dzisiejszych doznań bezbarwnych barw życia.

Bezbarwnych, ale nie bezbolesnych - szkoda.



Węże zrzucają skórę, a ja zrzucam ciernie. poniedziałek, 24 styczeń 2011, 21:49
Coś we mnie po-wo-li pęka.
Ta skorupa, która mnie otaczała, pozornie ochraniała, zaczyna ze mnie schodzić. Po-wo-li kruszeje.

Czuję się z tym dobrze, jestem silniejsza.

O tyle silniejsza, że mam odwagę ponownie walczyć o swoje prawa.

Co więcej, już to zrobiłam.

Całkiem niedawno odważyłam się poprosić o pomoc - ... i nie bolało.
Mam nadzieję, że niedługo zobaczę tego pierwsze efekty.

Następnie zdecydowałam się zdyscyplinować jeden z organów Wymiaru Sprawiedliwości - ... i czekam na efekty.

Jestem pełna nadziei i wiary, że Rok 2011 będzie dla mnie przełomowy i pozytywny.

W końcu musi "COŚ" drgnąć i zgodnie ze zjawiskiem rezonansu, ogarnie to "COŚ" moją życiową przestrzeń i sprawi, że będzie ona bez strachu i lęków, a w ich miejsce wstąpi radość życia, pewność siebie i wiara w drugiego człowieka.

Będę się starała nie zejść z obranego kursu.
Będę wytrwała i dzielna.

Obudziłam się i już tak zostanie!
Dzień Dziadka sobota, 22 styczeń 2011, 19:12
DLA KOCHANEGO DZIADKA

Dziadek jest naszym przyjacielem
Każdy wnuk dobrze o tym wie,
A z przyjacielem jest wesoło
Dziadek wie zawsze czego chcę.

Dziadek zawsze mnie rozumie
Ze mną popłacze i pośmieje się
Bo Dziadek wie, co wnuczka czuje
I zawsze jej pomóc chce.

Kochany Dziadku w dniu święta Twego
Życzę Ci zawsze zdrowia dobrego
I żeby Twoje marzenia, duże i małe
Zawsze się spełniały.

I wiedz, Dziadku Drogi, że miłość moja
Do Ciebie, zawsze będzie nieskończona.


Dzień Babci piątek, 21 styczeń 2011, 22:26
DLA KOCHANEJ BABCI

Babcia Wspaniałą przyjaciółką jest
Pośmieje się ze mną i popłacze
I dobrą radę zawsze mi da
Bardzo się cieszę Babciu, że Ciebie mam.

Babcia Najlepsze piecze ciastka
Osłodzić mi życie potrafi
A najważniejsze jest, że zawsze
Wie co mnie trapi.

Babcia zawsze zna najświeższe ploteczki
A gdy z nich się śmieje, ma w policzku
Urocze dołeczki.

Babciu Droga, za wszystko
Chcę ci bardzo podziękować
I powiedzieć Ci, że zawsze będę Cię kochać.

Jesteś dla mnie jak Skarb Wielki
Dlatego jeszcze raz - Wielkie Dzięki



Urodziny znanego Misia. wtorek, 18 styczeń 2011, 22:43
Kubuś Puchatek ulubieniec milionów na całym świecie obchodzi dziś 85 urodziny!

Miś o małym rozumku, który bawi i zaskakuje powiedzonkami wciąż robi zawrotną karierę.
Jest z centrum zainteresowania zarówno dorosłych, jak i oczywiście dzieci.

Alan Alexander Milne stworzył postać Kubusia dla swojego syna Christophera, który kilka lat wcześniej otrzymał od ojca pluszowego niedźwiadka.

Książkę o Kubusiu Puchatku wydano po raz pierwszy w 1962 roku.

Fajne urodziny, fajnego Misia, bo "Kubuś to fajny Miś".




Z okazji niezwykłych urodzin dla mojej Niezwykłej Mamy. poniedziałek, 17 styczeń 2011, 18:50
Jesteś podstawą naszej rodziny i sprawiasz, że czuję się bezpiecznie.
Robisz tak wiele dla wszystkich i tak mało dla siebie.

Za rzadko mówię Ci jak bardzo Cię kocham
i że jesteś najlepszą Mamą na świecie.

Jesteś warta swojej wagi w złocie.

Kocham Cię – Twoja córka.




Nadzieja i wiara w "jutro". piątek, 14 styczeń 2011, 20:28
Wczoraj dostrzegłam "światełko w tunelu".

Mam nadzieję, że ono nie zgaśnie i za jego blaskiem wyjdę z cienia i mroku i ujrzę promienie słońca, które mnie ogrzeją.

Po raz kolejny wychodzę z cienia i zbieram siłę do dalszej walki w imię Sprawiedliwości i Poczucia Bezpieczeństwa.

Oby tylko, nie przeszkodziła mi w tym Zemsta mojego męża, który planuje mnie zabić.

Boję się, ale staram się tego nie okazywać - choć nie jest to łatwe.

Ile jeszcze mi dni zostało? Czy zdążę z dziećmi wyjechać nad morze?
Może?
Światełko w tunelu. środa, 12 styczeń 2011, 22:23
Jutro idę na umówione spotkanie z przedstawicielem ogólnie zwanego Wymiaru Sprawiedliwości.

Ciekawa jestem, czy spotkam się z życzliwością i chęcią zainteresowania moją sprawą tegoż przedstawiciela.

Mam nadzieję, że wychodząc z tego spotkania, ujrzę "światełko w tunelu" beznadziei, stachu i lęku.

Chcę uwierzyć, ponownie, w Polską Sprawiedliwość.

Idę tam, z resztkami nadziei, na pozytywny oddźwięk jutrzejszego spotkania.

TEMIDA6.
Nowy rok, nowy krok. sobota, 08 styczeń 2011, 20:23
Nowy Rok 2011r. już trwa od tygodnia, a ja nie mam na nic czasu.
Mój kalendarz styczniowy jest wyjątkowo pełny: same wizyty u lekarzy różnych specjalności. Wizyty dotyczące dzieci, więc ogromny to dla mnie trud zwalniania sie z pracy i bycia wszędzie tam, gdzie powinna być matka z dzieckiem.

Za nami Święta, Sylwester i 3 Króli, a jutro WOŚP Jurka Owsiaka. Wiele wydarzeń, wiele oczekiwań i wiele obowiązków z tym związanych, aby pozostawić w pamięci dzieci, wspomnienie że spędziły wspaniałe chwile w rodzinnym gronie. Myślę, że udało mi się to.

Przyjemnie jest patrzeć na uśmiech i radość moich kochanych szkrabów.

Tak bardzo jestem szczęśliwa, że jesteśmy razem.

Życzę sobie, abyśmy wszyscy razem doczekali kolejnych Świąt i aby "człowiek", który tak bardzo mnie skrzywdził nie zrealizował swoich gróźb.

Z nadzieją i wiarą TEMIDA6.
Nieziemska Sprawiedliwość wtorek, 28 grudzień 2010, 17:25
Spędzasz sen z jej zmęczonych powiek.
Błądzisz gdzieś głęboko w jej głowie.
Jesteś inny niż jakiś napotkany człowiek
Ona ze strachu przed Tobą traci mowę.

Tyś jest skrzynką zaklętą
Z całym potencjałem dobra zamkniętą.
Jak płyta kompaktowa
Wielokrotnie zużyta, wcale nie nowa.

Życzyć agonii - to zbrodnia moralna,
Ale sprawiedliwość ludzka i tak Cię nie dosięgnie.
Ona czuje się wobec Ciebie mała i bezradna
Więc zrzuca teraz z siebie spętane ciernie.


Nie nękaj jej więcej, nie bij, nie rozkazuj !
Choć ludzkie prawo ma mało zakazów,
To wiedz, że Bóg, który istnieje i obserwuje
Czeka na Cię w czyśćcu
I odpowiednią pokutę dla Ciebie szykuje.

WIGILIA piątek, 24 grudzień 2010, 21:26
Doznałam dziś wzruszających chwil, patrząc na swoje szkraby, które autentycznie cieszyły się na widok Św. Mikołaja.
Niebywałe, że dzieci potrafią tak fantastycznie cieszyć się i radować.

Fajne jest też to, że atmosfera ta udzieliła się dorosłym, choć z perspektywy dorosłego domownika (zmęczonego przygotowaniami do Wigilii), spotkanie to wyglądało inaczej.

Na szczęście dzieciom nie brakowało energii, etuzjazmu, sił i radości z otrzymywanych od Św. Mikołaja kolejnych zabawek. Miło było na to patrzeć i być w centum takich emocji.

Z taką fajną i autentyczną radością chciałabym położyć się spać, lecz niestety nie mogę, gdyż wydarzenia dzisiejszego dnia powodują u mnie smutek i lęk. Mam na myśli uduszenie przez ojca swoich dzieci: 4 letniej Dagmary i 7 letniego Wiktorka - czyli wydarzenia z dnia 21.12.2010r. w centrum Łodzi. Dziś odbył się pogrzeb tych dwóch aniołków. Boże pomóż dojść do równowagi psychicznej ich matce, która straciła swoje kochane dzieci. DLACZEGO to się wydarzyło? DLACZEGO ???

10 Grudnia - IPA - Stop przemocy wobec kobiet niedziela, 12 grudzień 2010, 22:29
Za nami data 10 Grudnia.
O tyle jest ona ważna, że stanowi nazwę Internetowej Platformy Antyprzemocowej - Stop przemocy wobec kobiet.
Jest tam projekt pt. "Wyjdź z cienia".

Ja z tego cienia wyszłam i niestety, nadal żyję w cieniu przestępcy.
On latami korzysta z domniemania niewinności i jest na wolności, przeciągając wraz z adwokatem jak najdłużej sprawę karną.
A ja, zmuszona jestem funkcjonować w jego oparach, w jego cieniu.

Kiedy wychodziłam z cienia, uciekałam od przestępstwa dokonywanego w tzw. 4 ścianach - miałam nadzieję na pomoc z zewnątrz.
Zawiodłam się.

Jedyne co usłyszałam, to to, że jestem dzielna oraz wielokrotnie kierowane do mnie słowa współczucia.
Tego rodzaju pomoc, z pewnością, nie pomaga się podnieść i wrócić do normalnego życia, a wręcz osłabia i podcina skrzydła, które poprzez wyjście z cienia, ma się ochotę rozłożyci i odlecieć jak najdalej ... od łobuza i przestępcy.

Dziś, po wielu latach nie wiem, czy doradziłabym koleżance, by wierzyła w Sprawiedliwość i próbowała wyjść z cienia, by dochodzić jej w SĄDZIE.
Niestety nasz Polski Wymiar Sprawiedliwości jest Baardzo Nierychliwy.
Nie wiem, czy okaże się sprawiedliwy.

Wiem, że mnie zafundował przez ostatnie lata tzw. wiktymizację wtórną.

Dziś jestem zupełnie innym człowiekiem niż przed traumatycznymi zdarzeniami, których stałam się ofiarą, a także innym (słabszym) od momentu rozpoczęcia - jak się okazało baradzo długiej drogi - dochodzenia ukarania wykształconego łobuza (ojca moich dzieci, które są owocem jego przestępstwa, których nigdy nie chciał, nalegał na aborcję, a później celowo znęcał się nade mną, by się nie urodziły).

Dziś "łobuz w białych rękawiczkach" korzysta z domniemania niewinności, którą gwarantuje mu polski Ustawodawca. Korzysta z pełni praw publicznych, społecznych. Próbuje po latach ingerować w życie mojej rodziny, którą od samego początku niszczył. Ale wszystko przecież robi w "granicach prawa", bo przecież jest tylko oskarżonym, w trakcie procesu karnego. Nie został przecież jeszcze osądzony - więc może zbliżać się do dzieci i przedstawiać sie jako ich "tata".
A ja, czy mogę dzieciom powiedzieć prawdę o ich "tacie"? Czy powinny znać prawdę? Czy mam czekać, aż dorosną i same się przekonają jakim jest człowiekiem?
... Nie wiem, jak powinnam postąpić. ...

Pytam więc: czy rzeczywiście warto było wychodzić z cienia i ujawniać "kulisy 4 ścian" i narażać się na przeróżne reakcje otoczenia? Czy to było warto, skoro łobuz przez tyle lat, korzysta z pełni praw wolnego człowieka?
Co więcej, on działa w granicach prawa: chodzi z głową do góry, śmieje się mnie i mojej rodzinie prosto w twarz i ... bawi się w ciuciu-babkę z Polskim Wymiarem Sprawiedliwości.

A ja, czyli ta, która wyszła z cienia: muszę zbierać resztki sił, by nie okazać łobuzowi strachu i lęku przed nim. Muszę żyć pełna trwogi i obaw o siebie oraz dzieci. Muszę trwać w nadziei na SPRAWIEDLIWOŚĆ.

Czy wytrwam? Czy zdołam? Czy dam radę?
Czy doczekam?

???
Zwątpienie wtorek, 07 grudzień 2010, 19:33
Są takie dni, że żyć się nie chce.

Wiara w sprawiedliwość zostaje podkopana.

Dobrze, że na świecie są dzieci - to dzięki nim dzisiaj będzie o jedno samobójstwo mniej.

Gdzieś, w tej mrocznej części nas, siedzi pokusa, by przejść na drugą stronę lustra.

Boże, dziękuję Ci, że uczyniłeś mnie matką.
Spotkanie z przestępcą. sobota, 04 grudzień 2010, 20:17
Przychodzi do mojego domu pod pretekstem dzieci w ramach ustalonych przez sąd wizyt.
Lekceważy mnie, wręcz urąga w obecności dzieci i sądowego stróża.
Jest argoancki.

...

Ja nie mam siły. Jestem bardzo wykończona takim spotkaniem.
Czuję się bezsilna.

...

Boże spraw, aby już więcej tutaj nie przyszedł.

...

Brak mi sił.
Dziękuję Ci Mamo. czwartek, 02 grudzień 2010, 21:43
Dziękuję Tobie Mamo - za to, że jesteś przy mnie  i mnie wspierasz.
Nie wiem czy dałabym sobie radę bez Ciebie.

Mam wrażenie, że nie daję już rady z samą sobą.
A Ty Mamo - wytrzymujesz to wszystko.

Dziękuję Tobie Mamo - za to, że troszczysz się o moje dzieci.
Jak na Was patrzę, przypomina mi sie moje szczęśliwe dzieciństwo - w Twoich ramionach.

Dobrze, że potrafisz mnie zastąpić i ofiarować moim dzieciom mnóstwo miłości.
Jesteś dla nich słońcem, które je ogrzewa i kolorowym parasolem, który je ochrania.

Jesteś dla Nas balsamem, ukojeniem i oazą spokoju.
Twoje rady są bezcenne. Jesteś Mądrą i Wyjątkową Kobietą.

KOCHAM CIĘ

Rozmowa. środa, 01 grudzień 2010, 20:06
XX: Tak bardzo chciałabym pozbyć się ogarniającego mnie wciąż lęku. Towarzyszy mi w każdej chwili, każdego dnia. Boję się coraz bardziej i coraz częściej.
YY: Czego? Czego boisz się tak bardzo?
XX: Mówiąc ogólnie to - wszystkiego. A szczególnie - boję się niespodziewanego ataku, przemocy i bólu. Boję się śmierci.
YY: Czy mogę ci jakoś pomóc?
XX: Przytul mnie i zapewnij, że nikt mnie nie skrzywdzi.
YY: Wiesz, że nie mam na to wpływu. Nie mogę ci nic obiecać, mogę cię tylko wspierać.
XX: Wiem i dlatego właśnie się boję.
YY: ...cisza...
XX: Wiesz, boję się przede wszystkim o los swoich dzieci?
YY: Dlaczego?
XX: Co się z nimi stanie, kto je wychowa, jeżeli on mnie zabije?
YY: Kto chce cię skrzywdzić i dlaczego?
XX: Ten, który mnie gwałcił i który teraz oczekuje na wyrok.
YY: ...cisza...
XX: On mnie nienawidzi i chce się zemścić. Pokazuje mi to przy każdym spotkaniu w sądzie. A teraz jeszcze przychodzi do mojego domu.
YY:...cisza...
XX: Ja się wciąż go boję, a czasami jeszcze bardziej niż kiedyś - bo zapomniałam już o faktycznym fizycznym bólu. A teraz może znowu się zacząć. Boję się.
YY: Jak mogę ci pomóc?
XX: Bądź przy mnie i bądź czujna, a w razie czego wezwij pomoc i uchroń moje dzieci.
YY: Nie martw się, pomogę ci. Będę z tobą.
XX: Dziękuję, że jesteś.

Niemoc i bezradność. niedziela, 28 listopad 2010, 17:19
Ciekawa jestem jak długo sądy i szeroko rozumiany Wymiar Sprawiedliwości będzie swoimi decyzjami chronił interesów sprawcy, a nie osobę pokrzywdzoną?!

Jak długo wytrzyma ten nacisk - osoba poszkodowana i jej rodzina?

Obawiam się, że jestem już na granicy wytrzymałości. Brakuje mi sił i wiary w sprawiedliwość.

Jedynym bodźcem do dalszego życia są moje dzieci - bo mnie już nie ma.
Nic już nie czuję. O niczym nie marzę. Niczego nie pragnę. Boję się.

Jestem jak "pies Pavłowa", który tylko reaguje na lampkę i wtedy wówczas działa, funkcjonuje.
Moją lampką są potrzeby moich pociech. Gdy one zasypiają, mój mózg też zasypia.


Wiem jedno, nie chcę aby tak było zawsze.

Chcę poczuć kiedyś morski wiatr na swojej twarzy,
chcę chodzić z dziećmi po piaszczystej plaży.
Nie chcę pamiętać wydarzeń z przeszłości,
nie chcę już rozpamiętywać złej miłości.


A co na to wszystko Wymiar Sprawiedliwości?
Łobuz śmieje się i ... wciąż jest na wolności,
A ja i dzieci, żyjemy w lęku i ... w poczuciu bezradności.







Rola kuratora w systemie Wymiaru Sprawiedliwości. poniedziałek, 08 listopad 2010, 17:36
Usłyszałam dziś od kierownika , który nadzoruje grupę kuratorów zawodowych przy sądzie rejonowym w moim mieście, że kurator nie jest od spraw rodzinnych. Spytałam więc: od czego jest więc kurator rodzinny, który przychodzi do domu, jak nie od spraw rodzinnych?
Spotkałam się z głupim uśmiechem i nagłą zmianą tematu. Rozmowie przysłuchiwały się dwie panie kuratorki (podległe kierownikowi) i tylko spuściły swoje głowy bez komentarza.

Zadaję więc pytanie: jaką rolę pełni kurator, który towarzyszy podczas wizyt ojca do dzieci, skoro w jego notatkach do sądu nie wolno zawrzeć rzeczywistego przebiegu spotkania z dzieckiem. Czemu więc służą sporządzne przez niego notatki i ile są one warte? Dlaczego kurator nie chce zapisać w notatce czego był świadkiem, tj. skandalicznego  zachowania się ojca wobec dziecka.

Co dziwne, kurator potwierdził, w obecności swojego przełożonego, że był świadkiem wskazanych przeze mnie zachowań ojca wobec dziecka i jeżeli powołam go na świadka do sądu, to on wszystko potwierdzi. Dlaczego więc uchyla się od zapisu tego zdarzenia w notatce służbowiej kierowanej do sądu?
Jestem pełna lęku o dzieci, a bezczynność i zaniechanie kuratora wzbudza we mnie obawy i jest dla mnie niezrozumiałym zachowaniem oraz unikaniem odpowiedzialności na danym stanowisku - stanowisku społecznego zaufania.

Pełna obaw. środa, 03 listopad 2010, 19:53
Jestem pełna obaw i strachu. Boję się dalej żyć.
Jestem w połowie drogi do ukończenia moich sądowych spraw, czyli nadziei o
sprawiedliwość i wolność od moich lęków o dzieci i siebie. Jest to długa droga, trwająca już kilka lat.
Mam nadzieję, że prawdą okaże się powiedzenie, że „sąd nie rychliwy, ale sprawiedliwy”. Tylko to, trzyma mnie i pozwala żyć dalej – ta „odroczona w czasie sprawiedliwość”.

Wtedy, gdy byłam w samym centrum bólu, fizycznej krzywdy było mi łatwo to przeciąć. Wystarczyło się tylko odważyć i ... uciec. I tak też zrobiłam – po prostu uciekłam.

Dziś na moich barkach skupiły się wszystkie konsekwencje tej decyzji tzn. wieloletnie procesy, upokarzające mnie zeznania (przed policją, prokuraturą, sądem), lęk o konieczność zaangażowania w te procesy osoby spoza najbliższej rodziny, ciągłe odraczanie kolejnych terminów przed sądem, lęk przed łobuzem, który śmieje mi się w twarz, bo udaje mu się po raz kolejny przesunąć kolejny termin rozprawy itd. ...

Boję się, jestem już słaba i już nie działają na mnie, wypracowane przeze mnie „techniki podnoszenia się na nogi”, czyli wmawiania sobie, że jestem silna, że dam radę, że mam dla kogo żyć, że już nic gorszego stać się nie może. A ja ostatnio żyję w lęku, że „coś” jednak stać się może i wciąż się tego boję.

Boję się o siebie i dzieci. Boję się fizycznej krzywdy, boję się nagłej śmierci i bólu z tym związanym. Boję się zamknięcia, przymusowej izolacji. Boję się gwałtu. Boję się, że łobuz znowu mnie skrzywdzi. Boję się nawet pomyśleć, co wtedy będzie z moimi dziećmi. Jak one będą żyć bez swojej mamusi. Są jeszcze takie małe i nie wiedzą, do czego zdolny jest ich ojciec, który w sposób bestialski obchodził się ze mną. Boję się.

Najgorsze jest to, że nie widzę żadnej alternatywy pomocy. Jestem sama - tylko ja i dzieci. W tle jest bezkarny łobuz, budzący we mnie strach i stwarzający realne zagrożenie. Boję się.

Nie ma tego złego ... poniedziałek, 01 listopad 2010, 17:42
Miotam się na tratwie, chcę płynąć pod prąd,
Już niedługo wodospad, wpadnę w rzeki głąb.
Trzymam się masztu, wprawdzie połamanego,
Lecz trwam w nadziei, że nie stanie się nic złego.

Nagle, słońce skryło się za obłoki.
Na czarnym niebie, błyskawica się pokazała,
Drzewa od uderzenia puściły swe soki -
Czuję się bezradna i taka mała.

Jednak nie dane dzisiaj zginąć mi było,
Gdyż nagle znowu coś się zmieniło.
Przestrzeń tak bliska i daleka zarazem
Okazała się przepięknym krajobrazem.

Teraz - jak przez mgłę, obraz mi się jawi.
Stoję mokra przed lustrem, lecz nie widzę siebie,
Pan Bóg mnie teraz błogosławi
Jezu Chryste - chyba jestem w niebie.


Wiersze sobota, 23 październik 2010, 17:42
Przyjaźń

Przyjacielu, weź mą dłoń -
Czy potrafisz odczytać me myśli ?
Mam nadzieję,
Że żadna z nich Ci się nie przyśni.
Bo goryczy i smutku chciałabym Ci darować
I strachu w Twym umyśle nie hodować.

Przyjacielu, spójrz na mą twarz -
Czy potrafisz odczytać me uczucia ?
Czy widzisz w mych oczach
Coś więcej od destrukcji i zepsucia ?
Zetrzyj łzy z mego policzka
I nie obwiniaj siebie,
Gdyż Tam - wysoko w niebie
Święte Oczy patrzą na Ciebie.

Cel bloga: 1 sobota, 23 październik 2010, 12:11
Celem powstania tego blogga jest m.in. uświadomienie:

* pokrzywdzonym, że warto walczyć o sprawiedliwość, choć niestety za bardzo wysoką cenę. Za cenę czasu, zdrowia, wiary w sprawiedliwość i koniecznego honorarium dla adwokatów (którzy nie wszyscy są uczciwi). Ale mimo wszystko WARTO, zwłaszcza jeśli ma się dla kogo żyć - dla swoich dzieci.
* instytucjom Wymiaru Sprawiedliwości (tj. prokuratura, sąd), że w swych działaniach są skostniałe, wręcz sparaliżowane i zbyt wielką wiarę przywiązują do tzw. "domniemania niewinności", tym samym każąc udowadniać kobiecie zgwałconej, że na pewno nie przyczyniła się do spowodowania gwałtu i że na pewno została zgwałcona,
* psychologom, że czas który poświęcają na terapię z pokrzywdzonym przestępstwem zgwałcenia nie powinni liczyć co do minuty: od - do, bo to z pewnością nie wystarcza i wręcz pogłębia doznaną krzywdę. Trudno jest bowiem rozmawiać o przeżytym gwałcie od godz. 13.30 do 14.30 w środku tygodnia, wracając lub zwalniając się z pracy,
* rodzinom zgwałconych kobiet - jak bardzo ważna jest ich rola w powrocie do normalności. Rola słuchacza, powiernika i przyjaciela w jednym. To najbliżsi są pierwszą ostoją dla zgwałconej kobiety i niestety również są ostatnią deską ratunku, bowiem powrót do normalności trwa latami, a tylko kochający nas ludzie są w stanie to wytrwać razem z nami.

Celem jest wiara, że sprawca poniesie adekwatną karę do popełnionego czynu.
Celem jest wiara, że już nikt nas nie skrzywdzi ponownie.
Celem jest wiara, że nasze dzieci nie spotka podobne nieszczęcie.
Celem jest wiara, że osoby trzecie wyciągną do nas pomocną dłoń.
Celem jest wiara, że już całkiem niedługo będzie można o tym wszystkim zapomnieć.
Celem jest wiara w normalne, spokojne życie.
Celem jest wiara w spokojny sen.
Celem jest wiara, nadzieja i tęsknota "w lepsze jutro".




                                    
  .

... STREFA DLA GOŚCI ... ZAPRASZAM ...
 
                   



ZWIERZAJĄC SIĘ z własnych sekretów,
TRACIMY CZĘŚĆ WOLNOŚCI -
stając się niewolnikami CUDZEGO ZAUFANIA.

Dlatego tak cenna i kusząca jest ANONIMOWOŚĆ W SIECI.
Dzięki jej pozorom mogę dalej żyć, bez konieczności milczenia i zamykania się w sobie.





"BY DOJŚĆ DO ŹRÓDŁA, TRZEBA PŁYNĄĆ POD PRĄD"

                
                                                                 St. J. Lec















CHWILA RELAKSU:






POLICZ ZWIERZĘTA:

















Wyszukiwanie
Wyszukaj w tym blogu:
Fraza:
Od kalendarz do kalendarz
 
Zobacz serwisy INTERIA.PL